thebarhounes.pl
Radar na Marokańczyka - The Barhounes
Piątkowe popołudnie. Wpadamy zdyszani na krakowskie lotnisko (bo przecież mieliśmy być przed czasem, a wyszło jak zwykle). Sprawdzamy tablicę przylotów. Jest, wylądowali. Ale jeszcze kontrola paszportów, odbiór bagażu, więc nie jesteśmy jeszcze tak całkiem spóźnieni. Ale czy na pewno wszystko ok? Czemu jeszcze nie wychodzą? Czy na pewno z kontrolą wszystko poszło gładko? Y. krąży poddenerwowany, my z I. grzecznie czekamy przy drzwiach i zaglądamy do środka za każdym razem, gdy ktoś wychodzi. Nadal ich nie widać. Y. krąży jeszcze szybciej i jest coraz bardziej zdenerwowany. Obok mnie stoi dwóch mężczyzn. Starszy (Polak) pyta młodszego z nieco ciemniejszym kolorem skóry: “A mama będzie miała na sobie chustkę?”. Domyślam się, że młodszy czeka na ten sam lot z Marrakeszu, co my. Szepczę mojemu mężowi, że ten chłopak chyba też jest Marokańczykiem i już wiem, co zaraz nastąpi. Jeszcze przez minutę będą na siebie spoglądać ukradkiem, aż usłyszę “Salam Alejkum” i podadzą sobie dłonie. Nie myliłam się. Już stoimy i rozmawiamy razem. Trochę po arabsku, angielsku i polsku. Już wiemy, że mama Bilala zakumplowała się z mamą Y. (ja trochę niedowierzam, ale rzeczywiście tak było. W samolocie było tylko kilkoro Marokańczyków i wszystkich ich zdążymy poznać na lotnisku). W końcu widzimy ich przez drzwi, jak czekają na bagaże. W międzyczasie Bilal zachęca nas do przyjazdu do Warszawy. Chłopcy opowiadają sobie nawzajem swoje historie. Zanim doczekamy się na naszych bliskich, poznamy jeszcze jedną marokańską rodzinę. Podejdą do nas, żeby zapytać, jak się dostać do centrum miasta. Przegadamy 20 minut. Potem kolejno wychodzą moi teściowie, mama Bilala i Yousef. Yousef to chłopak, którego moi teściowie spotkali na lotnisku i obiecał, że pomoże, jakby trzeba było coś tłumaczyć podczas kontroli i w razie czego do nas zadzwoni. Ostatecznie pomógł mamie Bilala, której postanowiono dodatkowo skontrolować dokumenty. Ale już jesteśmy wszyscy. Witamy się i ściskamy, znajomi i nieznajomi. Spędzamy na lotnisku nadprogramowe pół godziny, bo mamy nie mogą się nagadać ze somą, a wszyscy chcą też pozaczepiać I. Ostatecznie Yousef zabierze się z Bilalem do Warszawy, choć miał spędzić noc w Krakowie. My wsiadamy w samochód i wracamy do Wrocławia. Pewnie nigdy się już nie spotkamy, ale przez chwilę byliśmy dobrymi znajomymi. (ps. A jednak! Spotkaliśmy tę rodzinę, która pytała o drogę na wrocławskim rynku, świat jest jednak całkiem mały 😉) I powiem Wam, że to zawsze tak jest, że jak tylko gdzieś idziemy z Y. i na swojej drodze spotykamy Marokańczyka (na początku wcale o tym nie wiedząc), to więcej niż pewne, że co najmniej się zaczepią, żeby wymienić pozdrowienia, a może i wymienią numerami telefonów i umówią na kawę za kilka dni. I może się mylę, ale nam, Polakom, tak często się to nie zdarza. Mam rację, czy nie? Ps. żeby nie przegapić żadnych wpisów, śledźcie nas na facebooku, a więcej nas znajdziecie na instagramie The Barhounes i mrs_barhoun.