thebarhounes.pl
Love love - wrzesień - The Barhounes
Zimno! Piszę ten post z pozycji kocowego burito. Jesień to moja ulubiona pora roku, ale muszę jeszcze przyzwyczaić się do norweskiego chłodu, który zaskoczył mnie z dnia na dzień. Dawno nie dzieliłam się ulubieńcami moimi, rzeczami, które szczególnie polubiłam. Ostatnie miesiące były intensywne i specyficzne. Lubiłam głównie miasto nowe nasze, dużo spędzaliśmy więc czasu na eksploracji. Ale dużo też było zderzeń z rzeczywistością, przez co czasu brakowało i miejsca w głowie na przyjemności i lubienie różnych rzeczy. A potem zdarzył się wrzesień. Miesiąc, który zapowiadał się fatalnie. Samotnie. Wymagająco. Spodziewałam, że mnie ten wrzesień rozgniecie, przemieli, przeżuje, wyciśnie ze mnie ostatnie dobre emocje. Nie mogę powiedzieć, że to był lekki miesiąc, ale był zdecydowanie lepszy niż się spodziewałam. Moja mała dziewczynka okazała się najdzielniejszą dziewczynką na świecie. Mój mąż potwierdził po raz kolejny, że jest najlepszym tatą. Powiodła się misja poszukiwania mieszkania, ale o tym za jakiś czas. Powiodły się misje pracowo-formalnościowe. Nawiązałam pierwszą relację koleżeńską, która mam nadzieję, że przetrwa. I wykorzystałam mocno ten czas „porzucenia” na pobycie ze sobą, na dłuższe wyspanie i oglądanie seriali w łóżku, co pewnie już niedługo znów odejdzie w niepamięć. A więc w końcu, dzielę się dobrocią, która mi towarzyszyła w tym samotnym miesiącu. Z piwniczki w Rejkiawiku Już Wam kiedyś pisałam o tym, że moja relacja z podcastami, to nie była miłość od pierwszego wrażenia. I z tym podcastem też tak było. Widziałam na insta szał na tę podcasterkę, przesłuchałam jeden odcinek (a w zasadzie kawałek) i meeeeh, nie dla mnie. Ale przyszedł wrzesień, a wraz z nim skończył się mój bilet miesięczny. A że mieszkałam w centrum i do obu prac miałam około pół godziny spaceru, to postanowiłam zamiast wozić się autobusem, zmotywować się do spacerów. A do tego potrzebowałam jakiegoś umilacza. I wtedy właśnie postanowiłam dać jej drugą szansę. Tej Okuniewskiej. O Boże! Zupełnie nie rozumiem, co mi nie leżało za pierwszym razem, bo przecież to jest bomba. Nagrywane w piwniczce w Rejkiawiku opowieści o życiu, emigracji, relacjach z ludźmi, jedzeniu, terapii, wspomnieniach. Totalnie się uzależniłam. I jeśli ktoś akurat był w Oslo i widział dziewczynę ze słuchawkami na uszach, śmiejącą się w głos – to ja, to na pewno byłam ja. Zaczęłam od „Tu Okuniewska” i myślałam, że przy tej serii zostanę. Myślałam, że drugi podcast Asi – Moje przyjaciółki idiotki – to jednak sobie odpuszczę. A tu, zaskoczenie. Bez moralizatorstwa i dobrych rad, historie z życia, o kiepskich związkach. Te podcasty mają tylko jedną wadę – kiedyś się kończą. Ja już przesłuchałam wszystkie i teraz czekam na kolejne. Definitely too good to go O ile się nie mylę, to w Polsce ta aplikacja dopiero się rozkręca, ale koniecznie miejcie ją na oku. „Too good to go” to bowiem połączenie walki z wyrzucaniem jedzenia, oszczędzaniem pieniędzy, dbaniem o środowisko. Restauracje, piekarnie, sklepy wrzucają paczki-niespodzianki. Wy wybieracie miejsce, z którego taką paczkę chcecie odebrać, płacicie online, a potem w ustalonym czasie odbieracie i zajadacie się 😊 Założenie jest takie, że w paczce lądują rzeczy, które następnego dnia nie mogłyby być sprzedane ze względu na ich krótki termin przydatności do spożycia, albo po prostu politykę firmy. Ja póki co testuję piekarnią i zajadam się pysznym chlebem, słodkościami i kanapkami. Jest niespodzianka (póki co zdarzały mi się jedynie miłe), a płacę tylko ułamek ceny. Sprawdźcie koniecznie, czy aplikacja działa już w Waszym mieście. And what if? Chciałabym polecić Wam jakąś super książkę, bo nie ma nic lepszego jesienią niż zawinąć się w koc i czytać. I przeczytałam nawet dwie, ale żadna nie taka, że wow. Więc polecę Wam seriale, bo te z kolei mi się we wrześniu udały. I też dwa. Oba o trudnych relacjach. „What/if” zaczyna się od intratnej propozycji – młoda przedsiębiorczyni dostanie potrzebne pieniądze na rozwój firmy, pod warunkiem, że inwestorka spędzi jedną noc z jej mężem. I nigdy się nie dowie, co się tej nocy wydarzyło. I ona się na to zgadza. Domyślania, co wydarzyło się tej nocy, co wydarzyło się wiele lat wcześniej i jak te wszystkie historie się łączą. Może to nie jest najlepszy serial na świecie, ale ja tam chciałam się dowiedzieć, jak to się skończy. Chciałabym polecić Wam jakąś super książkę, bo nie ma nic lepszego jesienią niż zawinąć się w koc i czytać. I przeczytałam nawet dwie, ale żadna nie taka, że wow. Więc polecę Wam seriale, bo te z kolei mi się we wrześniu udały. I też dwa. Oba o trudnych relacjach. „What/if” zaczyna się od intratnej propozycji – młoda przedsiębiorczyni dostanie potrzebne pieniądze na rozwój firmy, pod warunkiem, że inwestorka spędzi jedną noc z jej mężem. I nigdy się nie dowie, co się tej nocy wydarzyło. I ona się na to zgadza. Domyślania, co wydarzyło się tej nocy, co wydarzyło się wiele lat wcześniej i jak te wszystkie historie się łączą. Może to nie jest najlepszy serial na świecie, ale ja tam chciałam się dowiedzieć, jak to się skończy. Drugi serial („Doktor Foster”) zaczyna się od absurdalnego na pozór podejrzenia zdrady. Absurd okazuje się jednak prawdą, a relacje między zdradzoną, zdradzającymi, rodziną i otoczeniem przybierają nie do końca spodziewany obrót. Głębokie wejście w ludzkie emocje i relacje. To nie jest łatwe do obejrzenia. Chwilami przyprawia o ciarki, gdy okazuje się, że można być w związku długie długie lata, być przekonanym, że ten związek jest bardzo udany, a potem srogo się rozczarować. A jakie są wasze guilty pleasure na długie jesienne wieczory?