thebarhounes.pl
Emigracja to nie jest bułka z masłem... - The Barhounes
… a szkoda, bo gdybyście mnie zapytali, co teraz zjadłabym najchętniej, to byłaby to właśnie chrupiąca bułeczka z grubą warstwą masła. Życie. Każda emigracja jest inna. Inaczej się emigruje z partnerem, który od razu może podjąć pracę. Inaczej bez dziecka. Inaczej, gdy na początku rozdzielamy i jedno przygotowuje grunt dla reszty. Inaczej emigruje się z innymi życiowymi doświadczeniami i wiedzą. Inaczej ze znajomościami i inaczej bez nich. Każdego spotka trochę coś innego, bo pójdzie inną ulicą, trafi na innych ludzi i spotkają go inne zbiegi okoliczności. Pewnie są historie, które są łatwe, przyjemne i bez podkrążonych oczu. Moja taka nie jest. Nie zmienia to faktu, że ani przez sekundę nie żałowałam. Tylko raz, przez sekundę, pomyślałam, że chcę do domu. To dopiero miesiąc, ale już wiele się wydarzyło. Było dużo radości i zachwytów. I poczucia, że to miejsce jest takie nasze i że jest spójne z naszą energią. Było dużo nerwów, stresów. Wątpliwości. Rozpisywania planów A, B, C, a nawet D i E. Dostosowywania się do szybko zmieniających się okoliczności. Nieprzespanych nocy i nerwowych poranków. Czasem na siebie syczeliśmy. Częściej przytulaliśmy bez słowa. Nie jest łatwo. Ale czuję, że będzie warto. Gdzie jest nasz dom? To jest dla mnie najtrudniejsze w tym wszystkim. Wciąż nie mamy mieszkania na stałe (mniej lub bardziej oczywiście) i tak się tułamy, miesiąc tu, miesiąc tam. Trafiają nam się miejscówki, które kradną nasze serca i w których jest nam po prostu dobrze. Nawet teraz, gdy nie mamy prawie żadnych mebli i tylko jeden garnek. Ale mamy za to ogromny taras z huśtawką i widokiem na las. Uczymy się akceptować to, co dostajemy. Uczymy się brać to, co przynosi nam życie. Chcielibyśmy inaczej. Bez tej niepewności co za miesiąc. I nie będę ukrywać, że chciałabym meblować, dekorować i mieć poczucie, że oto jest nasz nowy dom. Czekamy na sprzyjające wiatry. Na numery przyznane przez urzędy i otwarte konto w banku. Bez tego jest trudno. Szukanie mieszkania w Oslo to zamknięte koło, gdy dopiero przyjechałeś. Musisz gdzieś się zatrzymać, żeby móc pracować. Ale żeby wynająć mieszkanie musisz mieć albo umowę, albo numer personalny, a do tego jeszcze okazać referencje i wpłacić na konto depozyt w wysokości trzech czynszy. Nie pytajcie ile to. Praca czy płaca Historia mojej pracy jest długa i zawiła. I nagram o niej filmik, bo łatwiej będzie tą historię opowiedzieć niż opisać. Chyba. W skrócie – praca znalazła się szybciej niż się spodziewałam. Podjęłam pochopne decyzje, przez co przepracowałam 10 dni za darmo, ale była to cenna lekcja życia i pracy też. Praca jest, a nawet dwie. I nie znaczy to wiele. Bo owszem, pracę można mieć, ale taką na pełen wymiar to już ciężko. Więc mam dwie, z minimum z minimum na umowach. To oznacza, że w tym tygodniu przepracuję prawdopodobnie jakieś 23,5 godziny i to tylko dzięki dobrej osobie, która odstąpi(ła) mi kilka swoich godzin. Gdzie są moje hajsy? Bilans pierwszego miesiąca w Oslo jest taki, że nie zarobiliśmy ani pół norweskiej korony. Wydaliśmy za to zdecydowanie więcej niż pół. Na przykład 750 na bilet miesięczny komunikacji miejskiej. Jeden. To jakieś drobne 330zł. Jedliśmy też w tym miesiącu. I mieszkaliśmy. Na koncie nie do ruszenia leży spora sumka, którą zainwestujemy w depozyt, jak już w końcu ktoś zechce nam wynająć mieszkanie. Jeszcze Jeszcze długo będzie niepewnie. Jeszcze długo będziemy liczyć każdą koronę i przygotowywać plany A, B, C, D i E. Jeszcze na dobre nawet nie ruszyła cała machina urzędowych przygód. Jeszcze wiele złych decyzji podejmiemy, wiele razy się pokłócimy i będziemy mieli dość. Ale wciąż też jeszcze pełno w nas zachwytów i radości. I poczucia, że na teraz to dobre dla nas miejsce. Dajemy sobie prawo do tego, żeby za jakiś czas zmienić zdanie. Wrócić, albo szukać dalej. Dziś dajemy sobie szansę, żeby te trudne początki były szansą na lepsze. Ps. Na kanale ukazały się dwa weekly vlogi z naszymi codziennymi zmaganiami.. Zapraszam 🙂