agnieszkawieckowska.com
Szalony weekend w Barcelonie. - Agnes na szwedzkiej ziemi
Barcelona od zawsze była moim marzeniem dlatego kiedy Pan B. kupił bilety do Barcelony dosłownie szalałam ze szczęścia. W Barcelonie wylądowaliśmy w połowie września. Przywitała nas upalna pogoda. Totalny szok – w Sztokholmie już była prawdziwa jesień. Chwila podróży i wylądowaliśmy na La Rambla w pobliżu której mieliśmy nocleg. La Rambla wiadomo – główny deptak Barcelony ale w bok już trochę gorzej. Im bardziej oddalaliśmy się od La Rambla tym większe slamsy nas otaczały. Co chwila dolatywał do nas zapaszek palonej trawki. Zresztą na La Rambla co chwila ktoś nas zaczepiał pytając cicho “hasz, koka”? W końcu dotarliśmy do naszego hostelu. W tym hostelu wszystko było mikroskopijne – mini pokój, mini łazienka i mini winda. Co tam mini pokój – przebraliśmy się i polecieliśmy coś zjeść na La Rambla. Nie chciało nam się chodzić i szukać no i turystycznie zapłaciliśmy za średnie jedzenie. Następnego dnia wylądowaliśmy w pobliskiej cukierni na kawie i ruszyliśmy na zwiedzanie Barcelony. Szczerze? Z każdym krokiem byłam coraz bardziej rozczarowana. To miało być to wymarzone miasto? No fakt tego dnia widzieliśmy tylko część Barcelony. W każdym razie byłam tak przejęta, że jesteśmy w Barcelonie, że jest strasznie ciepło i że trafiliśmy na super miejsce z pyszną Sangrią, że nie zauważyłam że niektórzy ludzie przyglądają mi się bardziej niż powinni. Nie zaskoczyłam nawet w restauracji do której poszliśmy na obiad a w której kelnerzy dziwnie się do mnie uśmiechali. Dopiero kilka tygodni później po zabraniu się za zdjęcia odkryłam powód maślanych oczek kelnera który nas obsługiwał. Lansowałam się w prześwitującej sukience! Normalnie było mi widać majtki. A ja planowałam w tej sukience pojechać do Maroko… Po całym dniu łażenia wylądowaliśmy z winem musującym na plaży, a potem w pizzerii w której sprzedawali genialną pizzę na kawałki i na końcu na boskiej Sangrii w pubie prowadzonym przez Anglika. W pubie poznaliśmy kilku Amerykanów którzy zaproponowali nam wypicie wspólnego drinka w innym pubie. Pub okazał się strasznie obskurny i jednocześnie strasznie oblężony – chyba była to popularna miejscówka. Pan B. dotąd utrzymuje kontakt z jednym z Amerykanów. Następnego dnia mieliśmy ambitny plan zwiedzenia innej części Barcelony z Parkiem Güell i innymi budynkami autorstwa Gaudiego. Jak zwykle ruszyliśmy La Rambla. Teraz patrząc na to zdjęcie myślę sobie, że rok później na tym deptaku zginie kilkanaście osób. Dojechaliśmy do Parku i….tylko tyle??? Za to tyle ludzi??? Azjatów to bym wystrzeliła w kosmos. Serio! Staną i stoją pół godziny i strzelają tysiące zdjęć – jak z karabinu. A park taki sobie. Serio! Z Parku ruszyliśmy w dół Barcelony. Trafiliśmy na cichy plac – w nieturystyczną część miasta. Faktycznie mało turystów, sami tubylcy i….kelner który nas orżnął. A Barcelona szara, brzydka. Wieczorem postanowiliśmy znaleźć jakąś knajpkę z hiszpańskim jedzeniem. W końcu trzeba było spróbować tej słynnej paella. Trafiliśmy do całkiem drogiej restauracji. Jedzenie pięknie podane, przystawki sratata tylko… słabe w smaku. Kolejna droga knajpa ze słabym jedzeniem na naszym koncie. Na koniec wieczoru jak zwykle wylądowaliśmy w pubie u Anglika. Barcelona może słaba do zwiedzania ale jako miasto imprezowe wręcz doskonała. Następnego dnia wyruszyliśmy pod Sagrada Familia. Już przed wyjazdem postanowiliśmy, że sobie odpuszczamy wejście do znanej świątyni. Nie mieliśmy ochoty tracić masy czasu na stanie w kolejce. Sagrada nigdy nie była naszym głównym celem. Prawdę mówiąc z zewnątrz też nie zrobiła na nas jakiegoś wielkiego wrażenia. Kopiec termitów i tyle. Jedyny plus to zaraz przy kościele znaleźliśmy fajną knajpkę – właściwie bar prowadzony Azjatów. Bar w którym było super, hiszpańskie jedzenie. I tyle było z naszego zwiedzania, ponieważ wymyśliliśmy sobie że jedziemy do Aldika na zakupy. Zjechaliśmy pół Barcelony a potem kawał szliśmy od metra żeby w końcu dojść do tego marketu w którym okazało się, że zaopatrzenie nie jest takie jak w Niemczech. Wróciliśmy praktycznie z niczym za to ze świadomością, że straciliśmy pół dnia na oglądanie peryferyjnych osiedli Barcelony. Przynajmniej jakieś koty udało się nakarmić bo przecież akcja dokarmianie kotów musi być. Nigdy przedtem ani potem nie mieliśmy tak imprezowego i w sumie relaksującego wyjazdu. Tak się wyluzowaliśmy że aż to zaowocowało fasolą. Nie nie Freją. Inną fasolą. No ale żeby tak kolorowo nie było to tradycyjnie musiałam na koniec strzelić focha. Tym razem miałam naprawdę poważny powód. Ile można wysłuchiwać o dziuniach? Znosić teksty o pchających się w oczy cyckach? No ile? Nie wiem ile ale moja tolerancja w tym zakresie jest naprawdę niska. Kiedyś przez chwilę spotykałam się z kolesiem który idąc ze mną po ulicy cały czas komentował wszystkie laski dookoła – jak to on by je wydymał. Po tym przypale moja tolerancja na takie teksty jest zerowa. A Barcelona? Raczej nie wrócimy.