agnieszkawieckowska.com
Kolonoskopia w Szwecji. - Agnes na szwedzkiej ziemi
Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć co to jest kolonoskopia. Badanie-postrach które jest przez wszystkich najczęściej wymieniane jako najgorsze z badań. Zacznę od tego dlaczego to badanie zrobiłam. Latem zeszłego roku zaczął mnie boleć brzuch. Ból był umiejscowiony w różnych miejscach i pojawiał się nagle. Czasami zwyczajnie mnie ćmiło, a czasem był to nagły, rwący ból. W pierwszej chwili pomyślałam, że to coś nie tak z raną po cesarce. Dwie wizyty u dwóch różnych ginekologów które miałam w tym czasie wykluczyły to powiązenie. Rana była już zagojona i od strony ginekologicznej było wszystko ok. Bóle powtarzały się coraz częściej przy jednoczesnych częstych wizytach w toalecie. Umówiłam się do mojego lekarza rodzinnego i po przebadaniu stwierdził, że to prawdopodobnie jest zespół jelita drażliwego. Dla pewności i też dlatego, że ból występuje w różnych miejscach skierował mnie na kolonoskopię. Super. Nie spodziewałam się badania rodem z grubej rury. Lekarz kazał mi czekać na list z zaproszeniem na badanie. Czekałam i czekałam – trwało to prawie cztery miesiące aż w końcu się doczekałam. W liście który otrzymałam był podany termin i miejsce wykonania badania. Była też instrukcja jak mam się przygotować, opis badania i informacja, że na moim profilu aptecznym pojawi się recepta na środek przeczyszczający. O tym jak wygląda kolonoskopia wiedziałam z pierwszej ręki od bliskich osób które miały to badanie. Wiedziałam również, że środek przeczyszczający jest niesmaczny i jak to potem wygląda po jego wypiciu. Nastawiona więc byłam na straszne rzeczy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że kilka dni przed badaniem musiałam wprowadzić sobie płynną dietę. Jak to ja z moją dysleksją źle spojrzałam na datę wykonania badania. W ten sposób zafundowałam sobie jeden dzień więcej diety. Najgorsze było dla mnie to, że co ja zrobię jak zacznie mnie czyścić a będę w tym czasie sama z dzieckiem. Postanowiłam więc wypić środek czyszczący w czasie kiedy Bibułka spała. Wiedziałam, że jest niesmaczny więc postanowiłam go wypić jak najszybciej. Dwa litry wypiłam prawie ciurkiem. Po pierwszym stwierdziłam, że to wcale nie jest takie złe. Przy drugim zaczęłam zmieniać zdanie. Przy trzecim myślałam, że zwymiotuję i już piłam tak jak powinnam czyli szklanka co kilkanaście minut. Do kuchni po kolejny kubek szłam jak na ścięcie. W ulotce wyczytałam, że dobrze jest jeżeli środek rozpuści się w zimnej wodzie. Dla mnie było to nieporozumienie. Po wypiciu trzech litrów było mi tak zimno, że aż zaczęło mną telepać. Wypiłam to świństwo i zaczęłam czekać w okolicy toalety na wielkie buuum. Tak mi to przecież wszyscy opisali – że można nawet nie zdążyć. W moim przypadku chyba zadziałało to, że dietę rozpoczęłam dzień wcześniej i że praktycznie wszystko było w formie płynnej. W każdym razie nie było nic spektakularnego. Gorsze było to, że zrobiło mi się niedobrze. W dniu badania zwlekłam się o godzinę szybciej z łóżka i wypiłam ostatni litr. Tym razem rozpuściłam środek czyszczący w ciepłej wodzie i po każdej szklance zagryzałam cytrynę. Było o niebo lepiej ale znowu zrobiło mi się niedobrze. Moim największym marzeniem było napicie się pepsi. Badanie miałam mieć wykonane w przychodni którą już doskonale znam. Sophiahemmet jeszcze kilka lat temu było państwowym szpitalem ale zostało sprywatyzowane i w tej chwili jest prywatną przychodnią która ma podpisaną umowę z państwową służbą zdrowia. Podobno kiedyś był tu świetny oddział położniczy. “Oddział” gastryczny jest bardzo przyjazny jeżeli tak to można nazwać. Dla pacjentów przygotowane są do picia napoje. Jeżeli ktoś ma ochotę to jest też woda. Wybija godzina zero i po każdego pacjenta wychodzi pielęgniarka/asystentka lekarza przeprowadzającego badanie. Moja pielęgniarka po przedstawieniu się powiedziała, że mam lekarza który mówi po polsku więc Pan B. został w poczekalni. Faktycznie przydzielono mi polską lekarkę. Tak naprawdę to bardziej ucieszyłam się z faktu, że to kobieta bo nie ukrywajmy, że to badanie jest mało komfortowe. Pani doktor na wstępie zapytała mnie czy wypiłam środek czyszczący. Następnie poleciła mi się rozebrać w przylegającej łazience i założyć specjalne galoty z dziurą na tyłku. Nie musiałam ściągać góry ale skarpety tak – bo jak Pani doktor wspomniała czasami przy badaniu coś może zabrudzić kozetkę i leżące na niej stopy. W liście było napisane, że badanie jest w znieczuleniu i nie zaleca się w tym dniu prowadzenia auta. Taaa i z takim nastawieniem przyszłam na badanie. Nastawiłam się na lajcik w znieczuleniu. Przecież w Szwecji nie może być tak jak w Polsce hardcore na żywca. Jakież było moje zdziwienie kiedy po ułożeniu się na kozetce usłyszałam, że dostanę miejscowe znieczulenie (psiknięcie w tyłek) tak, żeby bez problemu wprowadzić kamerę. Byłam w takim szoku, że nawet nie zdążyłam zapytać o znieczulenie całkowite. Lekarka wepchnęła mi w tyłek rurkę i nawet się nie obejrzałam a miałam ją gdzieś w okolicy podbrzusza. Niestety dalej nie dało rady. Blizna po cesarce trochę utrudnia kolonoskopię (mocniej boli). Nie dałam też rady ponieważ ze względu na moją budowę (jestem wysoka i szczupła) moje jelito jest bardzo ściśnięte. Lekarz zadecydowała, że zmienia kamerę i dostanę coś mniejszych rozmiarów. Tak więc procedura rozpoczęła się od nowa. Nie wyobrażam sobie jakby miało wyglądać badanie z tamtą, grubszą kamerą. Badanie było dziwne, czułam jak coś mi jeździło w brzuchu i rozpierało. Chwilami było to bardzo nieprzyjemne. Momentami bolało. Ból był dziwny – trochę podobny do skurczy porodowych ale nie aż tak silny. Podczas badania leżałam raz na lewym boku, raz na plecach i raz na brzuchu. Cały czas też mogłam oglądać swoje wnętrze w którymś z trzech monitorów którymi obstawiona była kozetka. Obok mnie siedziała pielęgniarka która przez cały czas trzymała mnie za rękę, gładziła po plecach, chwaliła i czasami zagadywała. Dużo mi też pomogły oddechy – takie jak na porodówce. To faktycznie pomagało. Niestety oprócz bólu był też dyskomfort zapachowy. Podczas badania wylewa się z zadka woda z pozostałościami po treści pokarmowej (podobno lekarze często narzekają na złe oczyszczenie pacjentów) i wychodzą gazy. Kilka razy musiałyśmy się zatrzymać bo kamera nie mogła przejść dalej. Lekarka pytała wtedy czy dam radę dalej. Dałam radę do końca i nawet się nie popłakałam. Dalej już jest w miarę. Kamera zjeżdża w dół. Lekarz robi zdjęcia. Nieprzyjemne jest pobieranie próbek. Czuje się szarpnięcia w brzuchu i to jest jedna z tych gorszych rzeczy w trakcie badania. Tak poza tym nie mogę na nic narzekać. W gabinecie było ciepło więc nie zmarzłam, lekarz był bardzo miły a o pielęgniarce to nawet nie wspomnę. Bardzo podobało mi się to, że lekarz wszystko tłumaczył, uprzedzał i bardzo pomagał. Nie było narzekania na złe oczyszczenie (być może nie było na co narzekać) i cała ta otoczka sprawiła, że badanie uważam za coś co da się radę przejść. Na wyniki czeka się około pięciu tygodni ale lekarz od razu mówi czy widzi coś niepokojącego. Po badaniu wypiłam masę słodkiego, gazowanego napoju i byłam jak nowo narodzona. Stwierdziłam nawet, że w tym wszystkim najgorsze było picie tego paskudnego środka który po któreś szklance smakował jak olej.