lukaszlyczkowski.pl
Metallica S&M2 – arcydzieło, z paroma minusami [recenzja]
Minęło 20 lat od pierwszego koncertu Metallicy z San Francisco Symphony. Poprzedni koncert (skrócony) nagrałem na VHS (kto jeszcze pamięta ten nośnik?) i katowałem niemiłosiernie niektóre fragmenty. Gdy zespół ogłosił, że w okrągłą rocznicę zamierza powtórzyć ten projekt oczywiście musiałem kupić bilet – niestety nie na wydarzenie, ale na premierę kinową. Uczucia mieszane, chociaż bardzo pozytywne. Nad całością projektu unosi się duch Michaela Kamena. Kompozytor, który zmarł w 2003 roku napisał aranże do pierwszej części i dyrygował orkiestrą podczas wydarzenia. Niektóre z utworów – wykonane po latach – miały bardzo podobną oprawę. Ale po kolei. Postaram się nie przechodzić utwór po utworze, ale od czegoś trzeba zacząć. Oczywiście koncert musiało rozpocząć „The Ecstasy of Gold” Enio Morricone. Kawałek poprzedza wszystkie koncerty zespołu, więc wykonanie go przez okriestrę było tak pewne jak i piękne. Następnie – tak jak 20 lat temu – nadszedł czas na „The Call of Ktulu”. Utwór i jego montumentalność się oczywiście obronił, ale był niemalże niezmieniony (albo mi się wydaje) w stosunku do pierwowzoru. W „For whom the bells toll” niestety zabrakło odpowiedniego nagłośnienia basu i znowu miałem wrażenie, że orkiestra gra to samo – przynajmniej w kluczowych momentach. Fajnie orkiestra zaprezentowała się w „The Day That Never Comes”, po którym weszło „The Memory Remains”. Publiczność jak zawsze odśpiewała partię Marianne Faithfull co robiło ogromne wrażenie. Następnie energia trochę siadła. Utwory z „Hardwired… To Self-Destruct” wypadły trochę bezbarwnie. Trochę lepiej było z „Outlaw torn”, ale całkowicie rozczarowałem się wykonaniem „No Leaf Clover”. Rozczarowała i aranżacja (pierwsze wykonanie miało bardzo klimatyczne wejścia oboju – np. w 50 sek.) i wykonanie (głos Jamesa nie domagał miejscami). Na pewno do tej wersji nie będę wracał tak często jak do tej: Druga część zaczęła się nie lada gratką dla melomanów. Najpierw by pokazać możliwości jedna z najlepszych okriestr na świecie wykonała „Scynthian Suite Op. 20” Prokofieva. Następnie – już z zespołem – zaprezentowano futyrystyczną „Iron Foundry” Moslova, co wypadło bardzo klimatycznie. Kontynuując kameralny nastrój sekcja rytmiczna i James wykonali „The Unforgiven III”, co wypadło bardzo klimatycznie. Po piosence „All Within My Hands” nadszedł moment, który mnie zaskoczył. Wiedziałem, że na setliście jest „(Anesthesia) Pulling Teeth”. Myślałem, że to będzie moment Roberta jednakże utwór ten wykonał kontrabasista Scott Pingel. Absolutny opad szczęki, majtek i w ogóle sztos. Hołd dla Cliffa Burtona wyszedł niesamowicie. Na zakończenie koncertu, po „Wherever I May Roam” nadszedł czas na to co wiadome i spodziewane „One”, „Master of Puppets”, „Nothing Else Matters” oraz „Enter Sandman”. Chociaż z przyjemnością wrócę do koncertu (szczególnie w warunkach pozwalających na cieszenie się pełnią dźwięku) to trzeba zauważyć parę minusów… Nawet niekoniecznie wprawne oko wychwyci fakt, że montaże pochodzą z dwóch koncertów. Nie zawsze zgadza się położenie muzyków na scenie, fryzura oraz szczegóły. Metallica podczas torunee w Europie była w formie, jednak w San Francisco już widać problemy Jamesa. Napuchnięta twarz, niedomagający miejscami głos… W 1999 r. było lepiej… Oczywiście, Metallica to machina do robienia show i jako niespełniony muzyk życzyłbym sobie zagrania koncertu takiego jak ich gorsze wykony, ale jednak potencjał był większy. Dodatkowo, jako basiście zabrakło mi obecności Roberta, który robił swoje jak prawdziwy spec, ale nie dostał „momentu”. Gdyby na playliście znalazł się np. „Orion” czy Anesthesia w jego wykonaniu, byłbym bardzo zadowolony. Tak czy owak nie mogę się doczekać obejrzenia i wysłuchania koncertu ponownie.Wracaj do zdrowia James. Na następnym koncercie muszę złapać kostkę!