herbatkaubachny.pl
Nowy Rok nowa Ja?! - Herbatka u Bachny
Od jakiegoś czasu najwięcej pomysłów przychodzi mi do głowy podczas…sprzątania łazienki lub mycia włosów. Tam gdzie woda, tam pomysły. Ponieważ przyznałam się publicznie, że blog będzie o wszystkim i o niczym, stąd nie muszę się specjalnie ograniczać w jego treści, dzięki czemu pomysłów na posty mam więcej niż włosów na głowie – i dobrze. W tym poście opowiem Wam o moich przemyśleniach noworocznych i celach na następne miesiące. Jednak nie przeczytacie tutaj o zrzuceniu 7 kg, przytyciu 3 kg, awansie, omijaniu szerokim łukiem słodyczy czy wycieczce na księżyc. Są one bardziej przyziemne i codzienne i może kogoś również zainspirują. Po pierwsze – list od siebie do siebie 1 stycznia napisałam list od siebie do siebie i wkleiłam go do specjalnego kalendarza, o którym za chwilę Wam opowiem. Opisałam w nim aktualne swoje położenie, tj. sytuację zawodową, rodzinną i zdrowotną. Przedstawiłam w skrócie swoje cele (więcej cierpliwości i motywacji, a mniej stresu i przejmowania się tym, że 3 tygodnie temu padał deszcz, a zapowiadali śnieg itd.). Dodałam do tego parę marzeń (może moje bajki w końcu wyjdą z szuflady i ktoś je przeczyta?). Nie wspomniałam natomiast o żadnych planach. Dlaczego? Bo ostatni rok pokazał mi, że nie opłaca się planować niczego, co ma mieć miejsce za tydzień i dalej. W moim przypadku plany się nie sprawdzają – albo z przyczyn ode mnie niezależnych, nie da się ich zrealizować, albo życie robi niespodziankę i jest fajniej niż sobie zaplanowałam. Dla przykładu: w ciągu 2 miesięcy grudzień – styczeń wpadliśmy na pomysł przeprowadzki z Poznania do Warszawy i to zrobiliśmy – bo tak! Pisząc list włączyłam muzykę i zapisałam co konkretnie słuchałam. Do tego krótko opisałam gdzie siedziałam i w co byłam ubrana. Nie wiem jak Wy, ale ja mam tendencję do zapamiętywania detali chwili – zapach, smak, kolor. Na samym końcu napisałam, że trzymam za siebie kciuki i życzę sobie powodzenia. Po co napisałam ten list? Po to, aby równo po roku otworzyć go i przeczytać i zobaczyć ile się w moim życiu zmieniło. Poczuć jak wiele mieści się w słowie „rok” i jak dużo można osiągnąć, zepsuć bądź naprawić. Ile można zdziałać przez 365 dni i ile można stracić, gdy żyje się bez życia. Coś czuję, że pisanie listu do samej siebie zostanie u mnie tradycją. Za 50 lat otworzę je wszystkie, jeden po drugim, i będę czytać z łezką w oku. Po drugie – kalendarz myśli i osiągnięć Systematyczność to moja pięta achillesowa, nad czym bardzo ubolewam. Dorzucić do tego niską samoocenę i brak wiary w siebie i mieszanka depresyjna gotowa. W kalendarzu będę zapisywać czynności, które zrobiłam, a które pomogły mi cieszyć się danym dniem, a w konsekwencji całym rokiem – rozpoczęcie nowej książki, powrót do hobby parę lat temu rzuconego w kąt, 45 minut ćwiczeń dla bolącego kręgosłupa, znalezienie nowej pysznej herbaty, pokonanie lęku, zrobienie czegoś kreatywnego itd. Nie muszą być to wielkie czynności czy drogie rzeczy. W ramach motywacji zapisuję również jakie ćwiczenia zrobiłam i czas ich trwania. Pierwszy tydzień chce się jeszcze ćwiczyć, w kolejnych coraz mniej, a puste miejsce w kalendarzu w rubryczce „ćwiczenia” da mi kopniaka w tyłek. Dzisiaj jednak złapałam się na małej pułapce kalendarzowej. Wracając zadowolona z łazienki z Kretem w ręce zapisałam w kalendarzu „Posprzątałam i umyłam całe mieszkanie – można jeść z podłogi!”. Przeczytałam to zdanie 3 razy. Potem raz głośno i…. skreśliłam je. Jeżeli miałabym zapisywać tego typu rzeczy jako osiągnięcia dnia (a niewątpliwie jest to osiągnięcie!), to za miesiąc ¾ kalendarza wyglądałoby następująco: „Wyrzuciłam śmieci, zrobiłam dwudaniowy obiad, byłam w 3 marketach szukając sera smażonego, zrobiłam 3 prania i umyłam balkon”. Kalendarz zamiast być motywacją do kreatywnego i ciekawego życia, zamieniłby się w dziennik perfekcyjnej pani domu – nuda! Dzięki kalendarzowi Le Petit Prince wpadłam na kolejny pomysł wykorzystania rubryczek i zaczęłam zapisywać filmy, które obejrzałam danego dnia z komentarzem, w formie buźki i oceny, dzięki temu będę mieć spis filmów na każdy humor i sytuację. Po trzecie – kalendarz zdrowia Tak, kolejny kalendarz, ale jest malutki i sprawniej w nim zapisywać TE rzeczy niż w zwykłym zeszycie. Co w nim zapisuję? Leki jakie brałam, dni w których wypiłam %, nowe potrawy, dzień cyklu, objawy itd. Wiem, brzmi jakbym zapisywała każdą krostkę i pierdołę związaną ze zdrowiem, ale tak nie jest. Po co? Chociażby po to, abym wiedziała co mnie znowu uczuliło, czego nie mogę jeść, albo z której knajpki lepiej abyśmy nie zamawiali jedzenia; dzień cyklu i objawy z tym związane przydadzą się podczas wizyty u ginekologa czy innego lekarza, plus sama siebie jeszcze lepiej poznam, np. kiedy należy we mnie rzucać czekoladą, zamiast prowadzić bezsensowną dyskusję. Po czwarte – zeszyt snów Jestem tą szczęściarą, która co noc ma parę snów. Wszystkie są kolorowe, pełne zapachów, smaków, dźwięków i emocji. Fajnie nie? Gorzej jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że takie sny wiążą się z niewyspaniem, zmęczeniem mózgu i przeżywaniem każdego z nich do godziny 16. Jeżeli są to piękne sny, to pół biedy, jednak ostatnio są one wypełnione koszmarkami większymi bądź mniejszymi. Aby nie dostać na głowę, warto spisać je w paru zdaniach i zastanowić się co JA chciałam sobie przez nie powiedzieć czy uświadomić. Zajmuje to 10 minut, a rezultat jest taki, że po tym czasie nie wracam już do nich i mogę zacząć dzień z czystą kartką w mózgu, bez bazgrołów sennych. A co się dowiem o sobie, to moje! Po piąte – kalendarz z cytatami Dostałam go od siostry i był to jeden z fajniejszych prezentów. Ja mam „Rok pozytywnych zmian” (wyd. Święty Paweł – brak w nim jednak świętoszenia [edit: do marca znalazło się jednak parę „boskich” kartek 🙂 ]). Codzienna możliwość przewinięcia kolejnej strony, pozwala poczuć nowy dzień i przeczytać budującą myśl. Dzisiejsza sentencja brzmi następująco: „Gdy jesteśmy na rozdrożu, to zakres posiadanej wiedzy i doświadczenia oraz rozsądek podpowiadają nam, którą z dróg wybrać”. Piękne, motywujące i ciepłe zdanie. Ja dzisiaj wstałam lewą nogą, więc myśl zinterpretowałam po swojemu – Jeżeli życie znowu pokaże mi język, to mogę być pewna, że te 20 lat siedzenia nad książkami, te bolące kopniaki w tyłek od ludzi i odrobina mózgu pozwoli mi dzisiejszy dzień przeżyć i zasnąć z poczuciem wygranej. Po szóste – pisz, czytaj, skacz, graj…rób co serce ci mówi! Myjąc podłogę (i znowu pomogła woda), pomyślałam, że po co mam pisać tego posta, skoro po pierwsze nikt go nie przeczyta, a po drugie większość stwierdzi, że mam z głową – lepiej zostawić wszystko dla siebie, przynajmniej nikt mnie nie skrytykuje. Po chwili jednak pomyślałam, że może jednak komuś pomysł z pisaniem listu da odrobinę radości? Może ktoś ma podobne problemy ze zdrowiem i prowadzenie kalendarza zdrowia pomoże mu ogarnąć codzienność? Przypomniała mi się momentalnie rozmowa z najlepszą panią psycholog jaką poznałam w życiu, a miałam z Nią zajęcia na studiach: Co ci sprawia aktualnie przyjemność? Hmm…lubię robić zdjęcia. A jakie są to zdjęcia? Głupie. Dlaczego uważasz, że są głupie? Bo lubię robić zdjęcia dziwnym rzeczom, np. klamerce samotnie wiszącej na sznurku, szklance ze strużką kawy… A co robisz potem z tymi zdjęciami? Nic. Leżą na dnie komputera. A nie chciałabyś podzielić się swoim spojrzeniem na świat z innymi? Chciałabym, ale boję się, że mnie wyśmieją. No i? Nawet jeśli ktoś je skrytykuje, to przecież to co robisz nigdy nie będzie podobać się wszystkim. A skoro sprawia ci to przyjemność, tym bardziej, że nie jest to nic karalnego i nie sprawia innym przykrości, to rób to! Rób to, co sprawia ci radość, nawet jakby była to najmniejsza rzecz, z pozoru nawet głupia. Rób zdjęcia i wstawiaj je do Internetu. Może gdzieś jest osoba, która doceni samotną klamerkę, strużkę kawy, czy inne codzienne detale. Pisanie bajek, robienie zdjęć, wstawianie przepisów do Internetu i wiele wiele innych naszych „głupich” hobby można odnieść do tej rozmowy. Nowy Rok jest idealnym czasem dla wszystkich osób, które wstydzą się lub boją wyjść ze swoimi marzeniami czy planami z urycia. Jednak bojąc się krytyki daleko nie zajdziemy, stąd warto zacisnąć na początku zęby, potem poczuć się jak kaczka – niech z nas spływa negatywna opinia innych – i w końcu zadbać o swoje marzenia, plany, zdrowie i szczęście. I tego wszystkiego Wam życzę w Nowym Roku! Trzymam kciuki za Was i za siebie. Nie mam zielonego pojęcia gdzie zapisałam zdjęcie klamerki, ale znalazłam zdjęcie ze spaceru 🙂 Podlinkuję Wam stronki z kalendarzami, może komuś się przydadzą: Mały Książę – online niedostępny, ale jest jeszcze stacjonarnie Rok pozytywnych zmian Zeszyt „sennik” – stacjonarnie w Flying Tiger, mają tam najtańsze i najpiękniejsze zeszyty w linie z pożółkłymi kartkami Kalendarz zdrowia – również jedynie stacjonarnie