brzydkieslowonak.pl
JAK POLITYKA KULTURALNA DEWASTUJE KULTURĘ
Mam nieodparte wrażenie, że polskie ministerstwo od kultury, samorządy i tłuste misie z branży rozrywkowej przybiły sobie piątkę i robią wszystko, aby utrzymać ludzi pod obleśnym buciorem kilku mitów, z których najbardziej czarującymi są aksjomaty, że o wartości dzieła decyduje w pierwszej kolejności ilość osób, która zechce to dzieło uznać, a w rezultacie kupić, czyli – po drugie - zysk jaki przynosi. Kolejny mit to narzucenie autorytetu krytyka i recenzenta (obecnie w tej funkcji media), czyli figury, która zadecyduje czy coś jest dziełem dobrym lub złym i zakomunikuje o tym społeczeństwu. Wreszcie kolejny mit, koniecznej obecności animatora w budowaniu społecznego uczestnictwa w kulturze. Tu z pewnością pojawia się zarzut, że się przypieprzam i to ostro. Wszystkie powyższe wyszczególnienia na pierwszy rzut oka wcale nie brzmią przecież jak absurdy, ale są uznanymi czynnikami porządkującymi uczestnictwo w kulturze tak licznej rzeszy obywateli, których w samej Polsce jest chyba z 36 milionów. I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. Dogmatem całej tej konstrukcji jest założenie, że w kulturze muszą uczestniczyć WSZYSCY. Każdy ma swój udział – poprzez demokrację i podatki – w życiu zbiorowym, więc musi być uwzględniony we wszystkich tabelach wszystkich ministerstw, urzędów, instytutów i kancelarii. Skoro dorzuca się do wspólnego worka, w którym nie ma przegródek, to należy mu się udział we wszystkim, co się z tego worka finansuje. Za pomocą tej prostej racjonalizacji usprawiedliwiamy więc wszystkie, nawet najbardziej pomylone, idiotyczne, przepłacone, przepompowane, chybione i obraźliwe projekty kulturalne (tak, to słowo klucz we współczesnej kulturze), których autorzy nie mogą się nadziwić, że nie budzą powszechnej akceptacji i uznania.