Patrzę na niego i jest mi przykro. I nie chodzi o to, że się pomyliłam. Że nie jest taki jak bym chciała, że jak każdy popełnia błędy. Że jego oczy nie są tak brązowe jak zapamiętałam. Jest mi przykro, bo pomimo tego wszystkiego co się stało, mimo tego, że tyle razy mnie zawiódł, że traktuje ludzi z góry, że jest cholernym, aroganckim dupkiem, który nikim się nie przejmuje i myśli tylko o sobie, nadal mi na nim zależy. W ten okropny, najtrudniejszy sposób. Bezwarunkowy. Patrzę na niego i widzę te wszystkie sceny, w których mnie zranił, albo zrobił to komuś innemu, na moich oczach. Słucham jego głosu i słyszę zuchwałość. Pewność siebie, która już dawno przekroczyła granice. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy jest dla niego szansa i zawsze wtedy cichy głosik szeptał mi do ucha, że tylko miłość może go uzdrowić. Ale nie moja. Pokazały mi to jego oczy pełne obojętności, gdy pojawiałam się w jego życiu po raz kolejny, po krótkiej przerwie. Moja miłość nigdy nie miała prawa dla niego zaistnieć, lecz mimo to nie umarła. Uparcie trwała i krwawiła z każdym jego potknięciem. Rozpraszała się w złych chwilach, by zebrać do kupy w tych rzadkich, dobrych.
Dlatego jest mi przykro. Bo choćbym chciała, nie umiem przestać go kochać. A on nigdy nie zacznie.