zabras

World of Warcraft: Political Upheaval - aka "What if the Crown Prince of Stormwind Was Gay?"

*~First off: THIS IS ALL SPECULATION. This is me musing over ideas and what-not, I do not at ALL mean to offend, insult, or demean anyone of any orientation. This is just me talking into the sky. *~

So - this morning, I finished War Crimes by the esteemed Christie Golden. There are spoilers for the book below, so read at your own risk. 

Keep reading

gardevoirai:

*he blinks his eyes and flails his arms a little to regain his balance, his head spinning* Whoo! Oh man, that was… wow, like, that was fast. Man, thank you so much, Galinda! You are, like, um… infinitely better than an airplane, yeah…

Infinitely better. *Zabra gives a solemn nod*

Galinda: You’re very welcome. Zabra, give me a call if you boys need anything, alright? You know I’m just a thought away. Behave, now! *And with a Crack! she vanishes*

*With a slight grumpy sigh and a tinge of red still on his cheeks, Zabra distracts himself with looking around - taking in his first sights of Lumoise*

… Woah. There’s… There’s so much… there’s so… many… coffee shops?!

anonymous asked:

Larry:) Lou i Harry w dzieciństwie byli najlepszymi przyjaciółmi, dopóki Louis nie przeprowadził się do Londynu. Minęło kilka lat. Pewnego dnia Lou spotyka bezdomnego chłopaka, którym okazuje się Harry. Hazza mówi mu, że został wyrzucony z domu (sama wymyśl powód dlaczego) i nie wiedząc co z sobą zrobić błąka się po całej Anglii. Louis przygarnia chłopaka do siebie. Po kilku dniach po imprezie, na której Hazza dużo wypiła, wyznaje miłość Louisowi. Reakcję Lou pozostawiam Tobie:)

Od autorki: Dobrze, a więc stresuję się trochę przed dodaniem tego. Jeżeli Ci się spodoba, będę zachwycona! 

Ps:Gimnazjaliści! Życzę wszystkim powodzenia na jutrzejszych egzaminach. Dacie rade kwiatuszki. Wierzę w Was całym sercem.

Idę zrobić sobie ciepłą herbatę, zakładam słuchawki i słucham Eda.

Ps2: Jestem bezgranicznie zakochana i nieodwracalnie uzależniona od Eda Sheerana, kto ze mną? 

              __________________________________

Louis usiadł na dużej huśtawce znajdującej się w jego ogrodzie, płacząc cicho. Jego usta były szeroko otarte, zasysając głośno powietrze, a oczy czerwone i popuchnięte.

Kilka minut wcześniej jego ciało obejmowało przyjemne ciepło, jego szyja łaskotana była przez miękkie loki, jego ręce spoczywały na smukłych biodrach. A teraz? Teraz po prostu tego nie było.

Czuł ogarniającą go pustkę. Jego umysł był czarny jak smoła, a ręce zimne od braku ciepłej skóry przy sobie.

Nie było go. Harry opuścił dom Louisa godzinę wcześniej z cichym:

-Louis, nigdy o Tobie nie zapomnę, obiecuję, zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi.

A Louis rozpłakał się, zapamiętując każdy szczegół Harry’ego. Jego loki, jego oczy, jego usta, jego ręce, jego nogi, jego wszystko.

Wyjeżdżał do pieprzonego Londynu zostawiając przeszłość za sobą.

Jego głowa opadła na kolana a kolejny szloch przebił się przez jego gardło.

Nienawidził swojego życia.

Kilka lat później.

Londyn. Louis naprawdę uwielbiał to miasto. Uwielbiał ten gwar, ludzi biegających po ulicach, tętniące życiem sklepy. Nie przeszkadzał mu nawet wiecznie padający deszcz i niska temperatura. Jego czarny parasol dawał radę nawet w najtrudniejszych sytuacjach.

Tak szybko jak Louis zaaklimatyzował się w Londynie, tak szybko stracił jakikolwiek kontakt ze swoim dawnym życiem. Przez pierwsze miesiące codziennie dzwonił do swoich starych znajomych, a szczególnie do Harry’ego z którym rozmawiał długie godziny (połowę przepłakali z tęsknoty). Z biegiem czasu Harry jednak przestał odbierać jego telefony, przestał odpowiadać na listy. Kiedy dzwonił do ojca Harry’ego, ten mówiła, że Styles przeżywa ciężki okres, więc Louis dał sobie spokój.

Oczywiście nie zapomniał o Harrym, w jego głowie prawie codziennie pojawiał się obraz przyjaciela, ze swoimi słodkimi dołeczkami w policzkach czy miękkimi lokami, ale z biegiem czasu obraz ten rozmywał się coraz bardziej i Louis po prostu przestał zawracać sobie głowę przyjacielem, który nie dawał znaku życia. Pomyślał, że Harry znalazł sobie nowego, lepszego przyjaciela i Louis poszedł w zapomnienie.

Jego czarne conversy uderzały o zabłoconą ulicę i Louis wsłuchiwał się w głos kropli odbijających się od parasola. Szedł właśnie do biblioteki. Dziś miał ochotę po prostu pochodzić między książkami, powdychać ich zapach żeby na końcu usiąść w zaciszu dużego pomieszczenia na miękkiej kanapie i poczytać dobrą książkę, poleconą przez miłego bibliotekarza.

Jego wzrok skanował ulicę. Uśmiechnął się do starszej kwiaciarki, która pomachała mu znad dużego fikusa uśmiechając się czule.

Chwilę później Louis poczuł lekkie uderzenie. Jego parasol upadł na ziemie, przez co stracił nieco równowagę, poślizgując się na śliskiej powierzchni chodnika.

-Przepraszam-usłyszał cichy głos.

Jego oczy rozszerzyły się w szoku a z ust wydobył się cichy pisk. Znał ten głos tak dobrze.

-O mój boże!- zawołał, podnosząc głowę do góry, a na jego twarzy zakwitł wielki uśmiech. Zniknął on jednak, kiedy zobaczył sylwetkę chłopaka przed sobą.

Jego włosy przykryte były brzydką szarą czapką, która niedbale zwisała z jego głowy. Duży, w połowie dziurawy płaszcz okrywał jego ramiona, a czarne brudne spodnie i zniszczone, brązowe buty były całkowicie przemoczone.

Louis w szoku zakrył swoje usta.

-Harry?- zapytał cicho.

Nie mógł uwierzyć. Stał przed nim. Jego Harry był tuż obok. Nie wyglądał jednak najlepiej. Był blady i wychudzony, brudny i mokry. Entuzjazm Louisa był nieco mniejszy.

-Cześć Louis- odpowiedział chłopak, uśmiechając się nieśmiało

-Dlaczego tak wyglądasz?- Louis zmarszczył brwi. Uśmiech Harry’ego zbladł, na jego twarzy narodził się grymas.

-Jakby Ci to powiedzieć, Lou. Myślę, że jestem bezdomny.-Harry wzruszył ramionami, nie wiedząc jak inaczej dobrać słowa.

-Już nie-odpowiedział tylko Louis, przytulając mocno chłopaka. Był mokry, brudny i nie pachniał za ładnie, ale nie obchodziło go to. Miał go przy sobie, czuł jego ciepło i uśmiechnął się szeroko.- Zabieram Cię do domu.

~*~

Godzinę później usiedli przy małym stoliku w kuchni. Harry wziął długi prysznic pozbywając się brudu i przebierając się w czyste ubrania, które przygotował mu Louis.

-Co się stało?- pytanie Louisa piekło jego język już od samego początku ich spotkania.

Harry spiął się, a z jego ust wydobyło się ciche westchnienie.

-Usiądź wygodnie Louis, wiele zmieniło się od Twojego wyjazdu.

~*~

Po twarzy Louisa płynęły pojedyncze łzy, które ścierał powoli. Kilka razy sięgnął przez stolik aby położyć rękę na barkach Harry’ego, przez którego ciało przechodziły pojedyncze dreszcze, a jego głos był tak bardzo roztrzęsiony, że Louis ledwie rozumiał jego słowa.

-Kiedy ojciec pierwszy raz mnie uderzył, myślałem, że to po prostu przez nerwy. Pokłóciliśmy się i trochę go poniosło. Uderzył mnie w twarz. Nie było to nic wielkiego. Miałem podbite oko przez kilka dni, jednak nikt o nic nie pytał. Kilka miesięcy później napady agresji u mojego ojca zaczęły się powtarzać. Obrywałem coraz częściej, w brzuch, w uda, raz nawet kopnął mnie w głowę przez co wylądowałem w szpitalu. Po kilku tygodniach miałem tego dosyć, ale przecież nie mogłem uciec z domu, niby gdzie miałbym pójść? Któregoś dnia postawiłem się, powiedziałem, że nie zasługuję na to aby być moim ojcem, że nienawidzę go najbardziej na świecie. Dostałem kilka razy po twarzy z głośnym „wypierdalaj z mojego domu”. Spakowałem walizkę i wsiadłem w najbliższy pociąg do Londynu. Nie miałem ze sobą pieniędzy. Szwendałem się po ulicach, czasami dostając od ludzi parę groszy jak oni twierdzili „przez te urocze loczki”. Miałem cichą nadziej, że spotkam tutaj Ciebie i cóż, moje prośby zostały wysłuchane. –zakończył Harry, zbierając z twarzy ostatnie łzy.

-Ale dlaczego nie odzywałeś się do mnie? Dlaczego o niczym mi nie powiedziałeś?- głos Louisa był cichy. Tak bardzo nienawidził siebie za to, że zostawił Harry’ego samego z tym wszystkim.

-Ty byłeś tutaj, ja byłem tam. Nie mógłbyś mi pomóc.

-Harry, dobrze wiesz, że zrobiłbym wszystk…-zaczął Louis, lecz Harry przerwał mu, wstając z krzesła.

-Nie masz nic przeciwko abym położył się spać? Jestem wykończony. Obiecuję, że to będzie tylko jedna noc, naprawdę.

-Możesz zostać ile tylko chcesz, tęskniłem za Tobą.- ramiona Louisa objęły smukłą sylwetkę Harry’ego. Styles położył głowę na ramieniu przyjaciela.

-Ja też, nawet nie wiesz jak bardzo-mówił sennie Harry, kiedy Louis prowadził go do łóżka i przykrywał ciepłą kołdrą.

Louis uśmiechnął się.

Jego Londyn wreszcie stał się słoneczny.

~*~

Kilka dni później Louis został zaproszony na małą imprezę z okazji otwarcia nowej kawiarenki na rogu ulicy. Nie było to nic dużego, jednak Louis postanowił wziąć ze sobą Harry’ego aby pokazać mu chodź trochę korzyści z mieszkania w Londynie.

Przez ostatnie dni Louis zdążył przyzwyczaić się do obecności Harry’ego. Chłopak codziennie rano wstawał, robił im śniadanie, następnie, kiedy Louis wychodził do pracy sprzątał mieszkanie. Twierdził, że tylko tak może odwdzięczyć się Louisowi za gościnę, więc jeżeli Harry miał po prostu być przy Louisie, to ten nie miał nic przeciwko temu.

Tak więc, Louis i Harry siedzieli w rogu małej kawiarenki a głośne głosy ludzi otaczały ich ze wszystkich stron. Zrobiło się dość tłoczno, przez co ich ramiona ocierały się o siebie, a Louis patrzył na usta Harry’ego, kiedy ten pił swojego kolorowego drinka.

Obrócił się delikatnie i ich spojrzenia się spotkały. Harry oblizał wargi ze słodkiego napoju.

-Co?- zapytał, zagryzając dolną wargę. –Dlaczego tak patrzysz?

-Cóż, zmieniłeś się.- odparł Louis. Zarumienił się, ponieważ został przyłapany na gapieniu się.

-Kilka tygodni na ulicy robi swoje.-głos Harry’ego był smutny i Louis potrząsnął szybko głową.

-Nie, wydoroślałeś.-odparł tylko, bardziej opierając się o kanapę. Harry posłał mu tylko szybki uśmiech wracają do sączenia drinka.

Kilka godzin później stali przed lokalem. Ludzie rozchodzili się do swoich domów po udanej imprezie. Przeszli kilka kroków zatrzymując się pod małym muzeum. Kilka malutkich lampek świeciło się na nad sklepieniem, co przypominało złote kwiaty rosnące na drzewach.

Harry zaśmiał się, kiedy Louis powiedział mu o swoim spostrzeżeniu.

Stali chwilę, po prostu się śmiejąc i rozmawiając cicho. Nie mieli ochoty na powrót do domu.

-Wiesz Louis, nie powiedziałem Ci o czymś.-zaczął Harry i Louis spojrzał na niego z zainteresowaniem.

-Co ukrywasz Hazz?-głos chłopaka był rozbawiony i Harry uśmiechnął się przelotnie.

-Powiedziałem mojemu ojcu coś więcej, niż to, że go nienawidzę.

Louis popatrzył na niego pytającym spojrzeniem. Harry wziął głęboki oddech.

-Powiedziałem mu, że jestem gejem.- uśmiechnął się smutno, kiedy oczy Louisa otarły się szeroko.

-Harry…-zaczął Louis, przerażony tak dużą nietolerancją jego ojca.

-I powiedziałem mu jeszcze, że jestem zakochany w swoim najlepszym przyjacielu.-głos Harry’ego był cichy i Louis zbliżył się. Nie zauważył, że stoi zaledwie kilka centymetrów od chłopaka.

-Oh- Louis nie był w stanie powiedzieć nic więcej.

-Kocham Cię Louis, zawsze Cię kochałem. Kochałem Cię od pierwszego dnia, kiedy spojrzałem w Twoje lazurowe oczy, kochałem Cię, kiedy zabrałeś mi moją ulubioną zabawkę przez co płakałem przez cały dzień, kochałem Cię za każdym razem, kiedy przytulałeś mnie do siebie, kochałem Cię, kiedy zostawałeś u mnie na noc, a ja nie spałem tylko po prostu patrzyłem na Ciebie całą noc i nie mogłem przestać. I kocham Cię teraz. Kocham Cię tak mocno, że to aż boli. Usychałem z tęsknoty za Tobą, umierałem z miłości.- kiedy Louis usłyszał głos Harry’ego, zrobił kilka kroków w tył, oszołomiony jego wyznaniem. Z nieba zaczęły kapać krople deszczu, które spadały na różowe policzki Harry’ego.

Spojrzał on na Louisa smutnymi oczami przetopionymi odrzuceniem. Patrzyli na siebie kilka sekund po czym Styles obrócił się, zaczynając iść. Deszcz płynął po jego twarzy razem ze słonymi łzami.

Louis potrząsnął głową. Obrazy Harry’ego zaczęły wdzierać się do jego umysłu.

Jego zaspany uśmiech, kiedy budził się rano z cichym „dzień dobry”, jego błyszczące oczy, kiedy chlapali się wodą w ogrodzie Louisa. Jego ciepłe ramiona oplatające talię Tomlinsona. Jego oddech na karku Louisa i loki łaskoczące jego szyje. Jego łzy cierpienia kapiące po brodzie, wsiąkające w koszulkę.

Louis zrobił krok, mocno chwytając chłopaka za rękę i obracając go w swoją stronę.

Usta Louisa odnalazły te należące do Harry’ego. Ciepły oddech otulił wnętrze ust Tomlinosna i ten wysunął niezgrabnie język, aby polizać dolną wargę chłopaka.

Całowali się długo i namiętnie w deszczu maleńkich złotych kwiatów.

Kiedy oderwali się od siebie Louis szepnął w usta Harry’ego ciche:

-Już nie jesteś bezdomny. Zamieszkałeś w moim sercu.

Najszczęśliwsi są ludzie, którzy najbardziej cierpią. Pomyślał Louis.

*CRACK!*

From thin air, a Gallade appears decked in his full leather armour, eyeing his surroundings carefully. Over his shoulder floats a little Misdreavus, giving a yawn before gently headbutting the Gallade.

“Dreeeaaaaaaaa!”
“Yeah, yeah Tipo, alright. We’ll be home soon.”

Zabra steps deeper into his surroundings, a dense forest which allowed only small threads of light to drop from the canopy above. By all accounts, it looked like the forest he lived in - the trees seemed to be the same kind, the foliage around looked similar, but Zabra couldn’t shake the feeling he was in the wrong place somehow.

His train of thought was disrupted as Tipo gives a loud, indignant “Drrreeeeeaaaaaaaaa!” straight into Zabra’s ear.

“Damnit, Teep! I know you’re tired, we can’t be far away. Now hush! I need to work out what way we’re meant to be walking.”

Trying to hush the wailing Misdreavus, Zabra continues to wander the forest in a bid to find a path.