ustach

Powiem ci coś, boś młody i jeszcze nie zdążyłeś sobie życia zmarnować. Słuchaj i zapamiętaj: siedem jest grzechów głównych, a najcięższym z nich lenistwo. Pod wieloma imionami będzie się ono przed tobą maskować; jako posępnica albo melancholia będzie występować najłacniej. Nie poddawaj się gnuśności, jak raz cię dopadnie, nigdy nie odpuści. Noce prześpisz, dni przeziewasz, trudnościom umykając, wysiłków unikając, oślepniesz i ogłuchniesz na żywioły wszelkie. (…) Zamiast radości poczujesz zazdrość wobec wszystkich, którym życie smakuje. Nie będziesz żył, tylko pleśniał, z pleśnią na ustach dreptał w miejscu, cudzym pleśniom wrogi.
—  W. Kuczok “Senność”
Mamy po kilkanaście lat, cholera to jest dopiero początek naszego życia, powinniśmy wstawać każdego ranka z uśmiechem na ustach, bo każdy ranek to nowy początek. Nawet widząc deszcz i mgłę za oknem. A my zakrywamy kołdrą głowę i najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka.
Daddy ♢ Rozdział czwarty ♢

Tytuł: Daddy  

Autor: broisthreetimesno /idkhoney/

Banner: harrehgurl (jej prace to cuda, polecam ♥)

Miejsce akcji: Wielka Brytania

Czas akcji: nieokreślony;  Louis Tomlinson 24 lata, Harry Styles 20 lat

Pairing: Larry Stylinson, pobocznie Ziall Horlik

W pozostałych rolach: Liam Payne, Nick Grimshaw, Kian Lawley, Eleanor Calder, Jade Thirlwall, Gemma Styles, Lottie Tomlinson

Opis:

- Tatusiu, kto to jest?

- No właśnie, tatusiu kim jestem? - zapytał Harry z chytrym uśmieszkiem na ustach.Louis głośno przełknął ślinę, piorunując wzrokiem zielonookiego nonszalancko opierającego się biodrem o drewniany stół. Przeniósł wzrok na pięciolatka mocno ściskającego w małych rączkach niebieski kocyk. Wpatrywał się w swojego tatusia z zaciekawieniem w oczach, cały czas czekając na jego odpowiedź. – Umm, Ethan, to jest umm….

w którym Louis jest chamskim tatusiem lubiącym przytulać się troszeczkę za bardzo, a Harry słoneczkiem zdobywającym to co chce w inny sposób niż wszyscy.

Ostrzeżenia: Miłość męsko-męska.

Od Autorki: Dobry wieczór :D Mam nadzieję, że wam się spodoba!!

Jeśli ktoś chciałby być informowany o rozdziałach to niech napisze do mnie tutaj albo na twitterze lub na wattpadzie.

♢ Rozdział czwarty ♢

- Jeszcze jedna.

- Ale wujku, ja nie chcę. - jęknął Ethan odpychając od siebie mały, kolorowy talerzyk.

- Musisz zjeść całe śniadanie. Jeśli tego nie zrobisz nie będziesz miał siły się bawić, kiedy pójdziemy do parku. - Zayn pouczył malucha sącząc czarną kawę.

- Nie prawda! - pisnął chłopczyk. - Kiedyś w przedszkolu nie zjadłem drugiego śniadania, a i tak się bawiłem!

- Czemu nie zjadłeś tego co tatuś ci przygotował? - Malik skupił się na drugiej części wypowiedzi Ethana marszcząc brwi.

- Nie byłem głodny i teraz też nie jestem. Wujku, możemy porysować?

- Kiedy zjesz jeszcze jedną przepyszną kanapkę, którą ci zrobiłem, oczywiście.

- Ale wujku-

- Ale Ethan.

- Wujku-

- Ethan.

- Zayn!

- Nazwałeś mnie-

- Zayn! - Jade weszła do pokoju nie kłopocząc się pukaniem. - Ile raz mam cię wołać?

- Już… tak, um co się stało?

- Przyszedł Styles, czeka na ciebie już piętnaście minut.

Zayn pospiesznie zerknął na czarny zegarek na jego nadgarstku poczym głośno westchnął. - Cho-cholewka um, zapomniałem o nim. Możesz chwilę popilnować małego? Potrzebuje maksymalnie dwudziestu minut.

- Nie mogę, za chwilę wychodzę, mam umówione przymiarki do następnego pokazu. W sumie muszę już iść, bo się spóźnię. Pa Zayn, cześć mały. - dziewczyna rzuciła przepraszające spojrzenie Malikowi.

- Ta jasne, uważaj na korki. - mężczyzna westchnął kucając przed wesoło machającym nogami chłopcem.

- Zawrzyjmy umowę…

- Co umowę? - dopytał maluch marszcząc czoło.

- Dobrze, inaczej. Posiedzisz tutaj chwilę sam dokończysz śniadanie, pooglądasz telewizje albo porysujesz, co tam chcesz, a ja wrócę naprawdę szybko i potem pójdziemy na lody?

- Dobrze wujku.

- Będziesz grzecznym chłopcem?

- Zawsze jestem grzeczny. - Ethan odpowiedział pukając palcem w czoło Zayna.

- Powiedzmy. - Malik uśmiechnął się wstając. - Zanim skończysz bajkę, wrócę.

- Dobrze, dobrze. - odmruknął maluch moszcząc się na obrotowym fotelu.

Zayn cicho zamknął za sobą drzwi, nie chcąc rozpraszać dziecka, które zdążyło się już skupić na bajce lecącej teraz w telewizji.

- Przepraszam cię, zagapiłem się i sam nawet-

- Nie ma sprawy stary rozumiem. - zaśmiał się Harry klepiąc mulata po plecach.

Zayn uśmiechnął się wdzięczy podchodząc do biurka. - Dobrze więc tutaj mam już gotową umowę, chcesz przeczytać przed podpisaniem, prawda?

- Oczywiście. - Odpowiedział Harry siadając naprzeciwko Zayna. 

Odebrał od niego plik kartek i zaczął go dokładnie czytać, kiedy Mulat przeszukiwał szuflady zawzięcie czegoś szukając. Po chwili wyciągnął małą prostokątną wizytówkę i zadowolony rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu.

- Umowa na trzynaście miesięcy?  A jeśli będę chciał ją wcześniej zakończyć?

- Będziesz musiał zapłacić karę, masz to napisane na dole strony.

- Tak samo wygląda sytuacja z wami? Przerywacie płacicie? - Zayn pokiwał energicznie głową przyglądając się czemuś za plecami Stylesa. Harry przebiegł ostatni raz wzrokiem po umowie, była korzystna i nie widział żadnych przeciwwskazań. Mógł ją podpisywać. Otworzył usta chcąc powiedzieć o tym Zaynowi kiedy ten stukając palcami o blat biurka mruknął.

- Widzę cię.

- Um to dobrze? - zapytał zmieszany Harry odkładając umowę.

- Ani mi się waż robaku.

- Ale ja… co? Nie mogę jej odłożyć? Umm przepraszam. - powiedział zielonooki układając kartki na swoich kolanach.

- Ethan wracaj tu w tej chwili, pamiętasz jak się umawialiśmy?

- Ale jak się umawialiśmu Za-

- Ale wujku bajka już się skończyła! - Harremu przerwał dziecięcy głos. Zaskoczony szybko odwrócił się w stronę głosu dokładnie skanując pokój. Zatrzymał się na małym chłopcu próbującym dosięgnąć klamki.

- Ethan uspokój się i nie podskakuj przy tych drzwiach. Podejdź tutaj. - Harry zafascynowany patrzył jak chłopczyk zabawnie poprawia sobie dresowe spodnie i powolnym krokiem idzie w kierunku Malika. Może to głupio zabrzmi, ale Harry nie często widywał małe dzieci więc ten mały człowiek wydał mu się odrobinę ciekawy.

- Wskakuj. Później porozmawiamy o twoim zachowaniu. - Burknął Zayn odsuwając się od biurka. Maluch z drobną pomocą posłusznie wdrapał się na kolana Zayna siadając przodem do Harrego. Ułożył swoje małe rączki na szklanym biurku po czym całą swoją uwagę przeniósł na mężczyznę siedzącego naprzeciwko niego.

- Przepraszam cię Harry. Muszę go dzisiaj pilnować,  a jak pewnie sam zauwa- - Hej Harry. 

- Ethan przerwał swojemu wujkowi wyciągając dłoń w kierunku Harrego.

- Hej Ethan. - Rozbawiony brunet ostrożnie ujął małą dłoń i potrząsnął nią patrząc w wyjątkowo niebieski tęczówki malucha.

- Właśnie, widzisz jaki on jest.

- Uroczy. - Harry uśmiechnął się szeroko, cały czas nie spuszczając z niego wzroku. Ethan w zachwycie otworzył usta i z głośnym piskiem wczołgał się na biurko pełznąc do Harrego.

-Ethan!

- Jakie fajne, mogę dotknąć!? - Maluch wyciągnął obie rączki starając się w tyknąć palce w dołeczki Harrego. 

Mężczyzna wybuchł głośnym śmiechem po części spowodowanym miną męczennika Zayna, chociaż w większości była to zasługa oślepiającego zachwytu w dużych niebieskich oczach.

- Oczywiście, że tak. Chodź tutaj mały.

- Nie musisz tego robić, zabiorę go od-

- Jest okej Zayn. - Brunet posłał mężczyźnie uspokajające spojrzenie podczas ściągania chłopca z biurka. Posadził do sobie wygodnie na kolanach, wcześniej zrzucając umowę, po czym pochylił się ułatwiając maluchowi zadanie.

Rozanielony Ethan zaklaskał w dłonie, a po chwili zadowolony wtykał na zmianę palce wskazujące w dołeczki, które znajdowały się w policzkach Harrego.

- Mały demon. - jęknął Zayn schylając się po kartki. Podsunął je Harremu podając również długopis i wcześniej znalezioną wizytówkę.

- Pewnie po tatusiu.

- Jakbyś ich znał. - Zaśmiał się Zayn. - Są identyczni. Kiedy sobie coś umyślą, nic ich nie zatrzyma. Mały Louis też wszędzie właził, wszystkiego dotykał, zawsze w centrum zainteresowania.

- Louis?

- Tatuś! Znasz tatusia Harry?

- Ja-

- Nie ładnie jest przerywać Ethan, mówiłem ci już o tym.

- Wujku, nie przeszkadzaj rozmawiam z Harrym. - Maluch zmarszczył brwi, grożąc mulatowi palcem. - To jest nie ładne.

- Widzisz!? - Zapytał bezsilnie. - Obaj tacy są. Skaranie boskie z tymi Tomlinsonami.

-  To znasz mojego tatusia Harry? - Dopytywał maluch cały czas maltretując policzki Stylesa.

- Tak, chyba tak. - Odpowiedział skołowany. Nie był do końca pewny czy dobrze wszystko usłyszał i zrozumiał.Dziecko siedzące na jego kolanach jest Louisa? Tego Louisa? Louisa Tomlinsona!?

- To super! Lubię cię Harry, przyjdź do nas. Pobawisz się ze mną i tatusiem!

- Nie przeginaj robaku. - Ostrzegł go Malik wstając zza biurka. Podszedł do nich i odczepił malucha od chłopaka. 

- Przepraszam za niego, pójdę go gdzieś schować. Przejrzyj jeszcze raz umowę i chyba możemy podpisywać, prawda? Harry tylko pokiwał głową będąc teraz totalnie zdezorientowanym i niepewnym. Nie zwrócił nawet uwagi na telefon, który wibrował mu teraz w kieszeni. Dopiero Zayn wyrwał go z zamyślenia odzywając się do niego.

- Dzwoni ci telefon Harry, nie krępuj się i odbierz. To może być coś ważnego.

- Tak już odbieram, dzięki. - zielonooki szybko wyciągnął telefon i nie sprawdzając kto dzwoni odebrał połączenie.

- Halo?

- Skończyłeś już Styles?

- Jeszcze nie, Smith. A ty już wyszedłeś z domu?

- Tak i zaraz będę przejeżdżał obok twojej agencji, odebrać cię?

- Jakbyś mógł, będę za pięć minut, poczekaj na mnie.

- Okej, do zobaczenia. - odpowiedział chłopak i zakończył połączenia.Harry schował telefon do kieszeni odwracając się w stronę Malika. - Możemy podpisywać.

- To świetnie, już zaznaczyłem w których miejscach masz podpisać, dałem ci też adres faceta, którego pokaz jest w przyszłym tygodniu. Chciałbym żebyś zgłosił się do niego najlepiej dzisiaj. Powinienem być u niego po południu, ale nie wiem czy uda mi się na chwilę wyrwać, a wolę nie brać ze sobą Ethana, za dużo tam kruchych i drogich rzeczy. - Styles uśmiechnął się delikatnie oddając plik kartek mężczyźnie. Podniósł wizytówkę marszcząc brwi.

- To będzie ten pokaz ludzi lodu czy coś takiego?

- Tak, najbardziej szokujące wydarzenie miesiąca. - Zayn powiedział to bardzo wysokim głosem, a Harry od razu skojarzył go z niskim, grubym mężczyzną próbującym udawać Włocha, z którym pracował w zeszłym roku. Momentalnie skrzywił się wywołując chichot u Malika.

 - Wiem o czym myślisz, dupek, ale dużo płaci, dasz rade. Wspieram cię mentalnie czy coś.

- Dzięki. - Harry prychnął odgarniając włosy z czoła. - Będę się już zbierał. To do dzisiaj?

- Jeśli przeżyje, to tak. Do zobaczenia Harry.  - odprowadził młodszego chłopaka do drzwi po czym rzucił się w przeciwnym kierunku, mając nadzieję, że mały Tomlinson niczego nie przeskrobał. ♢


- Hej mała!

- Mała to jest twoja-

- Kochaniutki przecież wiesz, że nie. - Lucky wyszczerzył się w jego stronę poprawiając na kapelusz na głowie.

- Co ty masz taki dobry humor?

- A czemu mam nie mieć? Słoneczko świeci, ptaszki ćwierkają-

- Boże po prostu powiedz mi kogo dzisiaj zaliczysz, a nie.

- Jesteś taki szorstki Haroldzie. Nikogo dzisiaj nie przelecę, mam poważną randkę.

 - Harry otworzył szeroko oczy dramatycznie nabierając powietrza. Otarł niewidzialne łzy.

- Mój mały chłopczyk dorasta, chce się ustatkować, kimże jest ta niewiasta?

- Zejdź mi z oczu baranie.

- Jesteś taki nudny Luckylukeyu. - zironizował starszy chłopak.

- Zamilcz, albo cię wywalę z tego samochodu.

- Tylko spróbuj. - Harry machnął na niego ręką, podgłaszając radio. I on wcale nie wył razem z Arianą chcąc jeszcze bardziej zdenerwować przyjaciela. Harry wcale tego nie robił. 

- Più veloce! Più veloce* idioci!  - irytujący głos z fałszywym akcentem wrzynał się w mózg każdego w promieniu dziesięciu kilometrów powodując nerwicę.

- Okłamałeś mnie! Ja stąd wychodzę! - Lucky zawył gwałtownie odwracając się. Harry szybko złapał go za ramię przytrzymując w miejscu.

- Zarobię tutaj kupę kasy i kupie ci zapas jedzenia na tydzień. Po prostu pomóż mi przetrwać próbę z tym udawanym Włochem. - Harry był całkowicie poważny wbijając palce w ramę przyjaciela.

Facet u którego teraz byli był najbardziej wkurwiającą osobą chodzącą po świecie i już nie raz każdemu z nich zaszedł za skórę. 

Był straszny, ale bogaty, bardzo.Tak bardzo, bardzo, wiecie tak “mój samochód jest wart więcej niż ty zarobisz przez całe swoje życie”. Nie miał za grosz talentu, ani pojęcia o modzie, ale za pieniądze można mieć wszystko, nawet pokaz z pieprzonymi rzeźbami lodowymi i fontannami najdroższego szampana.

I to wcale nie było dziwne, że Lucky siorbał teraz szampana wtykając całą twarz do pozłacanej fontanny.

Pozłacanej, Harry prychnął, jak złoto ma się do lodu i do szarości która panowała w pomieszczeniu. Pokręcił tylko litościwie głową uderzając w plecy Smitha kiedy ten zachłysnął się i niemo błagał o pomoc, świszcząc coś o nie tej dziurce.

- Uspokój się.

- Na trzeźwo tego nie przetrwam. Postaw się w mojej sytuacji.

- Stawiam się i mówię sobie, tobie, że ubrudziłeś sobie, mnie, najlepszą koszulę w której idziesz, idę, dzisiaj na super ważną randkę.

- Cholera wiesz może gdzie tu jest łaz-

- Na lewo od wejścia, tylko nie ucieknij mi i tak cię znajdę. - Lucky nawet nie odpowiedział, był zbyt zajęty tarciem plamy na swojej łososiowej koszuli i on śmiał mówić, że to Harry wygląda jak gej. Łososiowy, od razu nie ubiera się w fuksje i karmazyny, swoją drogą Harry nie miał pojęcia skąd zna takie kolory, ale na razie postanowił w to nie wnikać.

Przeczesał palcami włosy kierując się w stronę niskiego skwarka.Zapamiętajcie jedną, świętą zasadę, opalenizna z solarium nie sprawi, że będziesz wyglądać jak prawdziwy Włoch czy Włoszka. Nigdy.

- Przepraszam Pana, Pan Malik kazał mi-

- Wreszcie się pojawiłeś! Cretino**! Twój strój jest już gotowy, po prostu się przebierz, przejdź po wybiegu i zejdź mi z oczu! Minchione***!

- Oczywiście proszę pana. - zaciskając zęby odpowiedział Harry. Mały człowieczek odszedł, a zielonooki mógł wreszcie zajęczeć w rozpaczy. Był tutaj pięć minut i już miał go dość. - Mała, zdradliwa, głupia menda-

- Harry! - coś małego zapiszczało, a chwilę później niezidentyfikowany obiekt przyczepił się do nogi Styles'a.

- Hej Ethan. - mężczyzna poczochrał karmelowe włoski chłopca uśmiechając się do niego szeroko. 

- Gdzie twój wujek?

- Nie wiem, wujek jest za wolny. Tatuś zawsze mnie goni i łapie, a wujek nie umie biegać. Wiesz Harry próbuje go nauczyć, ale on nadal nie umie. A ty umiesz biegać? - chłopczyk zakończył swój słowotok posyłając Harremu wybrakowany uśmiech.

- Myślę, że umiem.

- To super! Pobiegasz za mną?- Może innym razem, poszukamy teraz wujka, na pewno martwi się o ciebie.

- Ethan!

- O wilku mowa. - sapnął Harry szukając wzrokiem mulata.

- O jakim wilku? Masz wilka Harry? Takiego dużego?! - zapytał podekscytowany Ethan podskakując w miejscu.

- Jezu Ethan ile razy mam ci powtarzać żebyś ode mnie uciekał robaku? - Zayn szybko uklękł przed maluchem mocno go do siebie tuląc.

Harry zafascynowany obserwował ich małą chwilę, zastanawiając się czy on też mógłby się kiedyś tak zachować.

Chłopiec oplótł małymi rączkami jego szyję ufnie tuląc się do mężczyzny.- Przepraszam wujku, ale Harry tutaj był, przybiegłem do niego.

- Ale robaku nie znasz Harrego, to mógł być ktoś inny, mogłeś się pomylić. Nie rób tego więcej dobrze?

- Tak wujku, przepraszam. - Zayn wstał trzymając mamroczącego malucha na rękach.

- Przepraszam Cię Harry, normalnie nie zachowuje się tak w stosunku do obcych ludzi, nie wiem czemu to robi. Jest raczej nieśmiały przy obcych, dopiero potem zaczyna szaleć.

- Nie ma sprawy, jest uroczym chłopcem. Nie przeszkadza mi to zainteresowanie.

- O, a co to za zbiorowisko? Witam jestem Lucky, najlepszy przyjaciel i lepsza połowa tego tutaj idioty. A ty cholernie przystojny mulacie z dzieckiem na rękach?

- Zayn Malik szef tego tutaj idioty. - Malik zachichotał wyciągając dłoń w kierunku Smitcha.

- A ty maluszku? - zapytał dziecięcym głosem Blue.

- Jestem Ethan proszę pana.

- Mówi mi Lucky, jestem za młody na pana. - maluch zachichotał głośno kiedy białowłosy chłopak połaskotał po brzuszku. - Jesteś taki uroczy. Puci puci… Harry! Zróbmy sobie dziecko? Co o tym myślisz?

- Co? Jakie dziecko?

- No takiego maluszka, będzie idealny, oboje jesteśmy modelami, czujesz jak to będzie stworzyć ideał?

Przerażony Styles odsunął się od przyjaciela. - Przecież… co?! Jak ty to sobie wyobrażasz?!

- Oh uspokój się, tylko żartowałem cykorze. Mógłbym pożyczyć Ethana Zayn? Tak na chwilę! Proszę? - Harry przyglądał się swojemu przyjacielowi, do końca nie poznając osoby stojącej przed nim. Fakt Lucky miał trzy siostry, ale skąd w nim takie szaleństwo na punkcie dzieci?Malik z uśmiechem podał małego chłopca Smithowi. 

- Chcę go potem w jednym kawałku nic ma mu się nie stać.

- Oczywiście tatusiu, zaopiekuje się małym Malikiem.

Zayn zaśmiał się wskazując na siebie ręką. - Nie uważasz, że skoro to mój syn powinien być do mnie choć trochę podobny?

Lucky zmarszczył czoło dokładnie przyglądając się mulatowi. Kilkakrotnie przeskoczył wzrokiem pomiędzy nim, a małym chłopcem oceniając sytuację. - Szczegóły, to tylko szczegóły. Może matka Ethana miała jakieś silne geny czy coś?

- Ale ja nie mam mamy. - mały chłopczyk spojrzał na mężczyznę trzymającego go na rękach jakby powiedział właśnie najgłupszą rzecz na świecie.

- Zapewniam cię, że nie miała, a Ethan nie jest moim synem, jestem tylko wujkiem.

- Oh w takim razie kto jest jego tatą?

- Louis.

- Jaki Louis? - zapytał Blue czochrając włosy Ethanowi.

- Mój szef Louis. - odpowiedział Harry. Spojrzał jeszcze na Zayna szukając oznak oburzenia, albo jakiegokolwiek słów, którymi wyprowadziłby Harrego z błędu ale Malik wydawał się śmiertelnie spokojny i pewny odpowiadając Stylesowi spojrzeniem.

Tak więc cholera. 

Harry nie przewidział takiego obrotu sprawy. Znaczy wiedział, ale nie był pewny, mogło mu się wydawać, a teraz jest pewny i w ogóle, i jeszcze się plącze.

Więc tak jakby cholera.

* più veloce / szybciej** 

cretino / kretyn*** 

minchione / prostak



♢ Rozdział piąty ♢

♢  Wszystkie rozdziały ♢



♢  Skomentuj ♢

Wycieczka po szkole~ Chorong x Jihyun.

do: is-jihyun

Na szczęście poniedziałek w szkole nie był tak męczący jak zaczął się poprzedni tydzień i Chorong nie była zmęczona. Miała jeszcze więcej energii niż zwykle, prawdę mówiąc była też trochę podekscytowana tym, że przez ostatnie dni doszło tak dużo osób do szkoły. Chciała poznać każdego z osobna i teraz akurat miała okazję. Była dzisiaj wieczorem umówiona z Jihyun, która była od niej starsza, lecz niedawno doszła do szkoły. Chorong zamierzała pokazać starszej koleżance parę ciekawych miejsc w szkole i miała nadzieję, że podczas tego spotkania obie się trochę zbliżą do siebie albo nawet już zakolegują. Po zjedzeniu obiadu w szkolnej stołówce, wróciła do swojego pokoju gdzie przebrała się w wygodniejsze ubrania, zdecydowała, że naukę i lekcje zostawi na wieczór a teraz po prostu pójdzie spotkać się z Jihyun unnie. Gdy była już gotowa wyszła z pokoju i od razu udała się pod drzwi z numerkiem 35. Miała nadzieję, że dziewczyna była już gotowa i teraz nie przeszkodzi jej w jakiś czynnościach. Z uśmiechem na ustach zapukała do drzwi czekając aż je otworzy.

How to bake the perfect Louis Tomlinson - one shot

Tytuł : How to bake the perfect Louis Tomlinson

Autor i link do oryginału  justgotowisharder

Zgoda na tłumaczenie : Jest :) 

Tłumaczka : Mitti 

Cudowny banner wykonała : Ola 

Ilość słów : ok. 8000

Opis : 

- Co jest następne w przepisie, Hazza?
- Hum…- mruczy unosząc głowę w górę i składa na ustach Louisa delikatnego buziaka - Złożyć kilka pocałunków, żeby uczynić to słodszym. 
- Oh, lubię ten krok. Mogę spróbować? 

(Albo nie takie typowe szkolne au, gdzie Gemma, Zayn i Louis to fajne dzieciaki, a Harry nie rozumie dlaczego proszą go o pomoc. Jednak chłopak zgadza się, bo wszystko czego potrzebuje to Louis) 

Data premiery : myślę, że wyrobię się do czerwca września ale nie jestem pewna ://  


Krok 1 

Krok 2

Krok 3

Krok 4

Krok 5

Krok 6 

Krok 7

Krok 8


praca została opublikowana jako one shot, jednak ja podzieliłam ją na kilka części

“You’re the Reason I Come Home” -tłumaczenie/rozdział#5

Opis: Louisowi wydaje się, że sam poradzi sobie ze swoimi problemami, Harry natomiast, ma zbyt wiele problemów, by w ogóle je zliczyć.

Albo

Opowieść o dwóch przeciwnych biegunach, które spotykają się po dwóch stronach pianina, na terapii, w placówce zaraz za miastem.

>> wszystkie rozdziały <<

Note: Przepraszam, że czekaliście (albo i nie) na rozdział tak długo, obiecuję się poprawić :D Następny rozdział będzie dłuższy i pojawi się już jutro!! Na razie będę jedynie tłumaczyć, żeby skończyć to opowiadanie. Jesteśmy już trochę dalej niż w połowie do końca :D Miłego czytania!

***

Następnego dnia, przy śniadaniu Harry, Niall, Liam i Zayn siedzieli przy swoim stoliku, Louis dosiadł się obok Harry’ego z talerzem pełnym naleśników i uśmiechem na ustach.

-Dzień Dobry! –Mówi wesoło, unosząc swoje plastikowe sztućce, zaczyna wkrajać się w górę swojego jedzenia. Chłopcy patrzą na siebie wymieniając spojrzenia, Harry natomiast tylko się uśmiecha.

-Hej Louis. –Odpowiada cicho Harry, patrząc na niego z uśmiechem i odwraca się. Zayn i Niall nie wiedzą o co chodzi, patrząc na siebie w niezrozumieniu, a Liam chichocze lekko pod nosem, pakując do ust pełen widelec. Harry ignoruje ich.

Keep reading

     Strome, o płaskich szczytach, góry Beni Matar przecinało kilka głębokich wąwozów. Góry podmyte przez strumienie zwisały w wielu miejscach ciężkim okapem nad czeluściami wąwozów. Toteż lotnicy, nawet świetni sowieccy piloci nie mogli zadać nam poważnych ciosów. Właśnie w jednym z takich wąwozów przeciętych strumieniem René zainstalował moździerz. W grocie obok urządziliśmy sobie legowisko: René, Jacques i ja. Dżebel el Houar oddzielał nas od równiny, na której leżała stolica i hasały wrogie patrole. Gdy wspiąłem się na el Houar, wiedziony przez szejka Ahmeda z plemienia Boni Matar, oniemiałem z wrażenia. Cała dolina ścieliła się u mych stóp, a pośrodku olbrzymi brudnożółty fort zdobny wieżyczkami minaretów: Sana. Widok jak z lotu ptaka. Mój wzrok sięgał za mury miasta, rozróżniał zarys ulic i alei, szejk Ahmed wskazywał mi poszczególne budynki: “to jest siedziba rządu, a tamto partii” - mówił łamaną angielszczyzną. “A to aleja ambasad, przy której mieszczą się przedstawicielstwa państw, które uznały reżim. Ze Związkiem Radzieckim na czele”.

     Na ustach René pojawił się drapieżny uśmiech, gdy zdałem mu sprawę. Było to dwa tygodnie temu. Na skutek mych obserwacji zapadła decyzja przeniesienia naszego moździerza w wąwozy Beni Matar i ustawienia go za górą Houar. Stąd miał razić miasto. Miał nam zastąpić brakujące lotnictwo i pokazać wrogowi, że nie może czuć się bezpiecznie nawet wśród murów stolicy. Według mych obliczeń zasięg naszego moździerza obejmował trzy czwarte powierzchni miasta wraz z częścią pasa startowego lotniska. Punkt obserwacyjny na el Houar dawał możność kierowania ogniem, o jakiej nie marzył żaden artylerzysta.

(…)

     Na kilkuset metrach górskiej ścieżki uszy bolały od huku rozrywających się pocisków. Odłamki gwizdały nad głową, a pod nogi spadały kamienie wyrwane wybuchem. Od czasu do czasu z góry staczał się wytrącony z wiekowej równowagi głaz i powodował lawinę, która przecinała nam drogę. Czasem przed nosem wyskakiwał gejzer płomieni i dusił nas dym: to sowieciarz, nie wiadomo dlaczego, rąbnął pociskiem zapalającym. Szejk Ahmed mówił: “Incz Allah” i parł naprzód, a ja za nim pocieszając się tylko tym, że jeśli oberwę, to te dranie nie będą nawet o tym wiedzieć. Ile razy musiałem przebyć tę trasę pod obstrzałem… Charakterystyczna skała z czerwonego porfiru była kresem niebezpiecznego odcinka. Później trzeba się było jeszcze nagimnastykować, by znaleźć się na szczycie. Ale za to co za frajda! Dalmierz na trójnogu. Kontakt radiowy z René. Kierunek. Odległość. Stęknięcie wystrzału w wąwozie. Obłoczek dodatkowej rakiety odpalonej, gdy pocisk hotchkissa był w apogeum i w chwilę później wybuch. Radio: “Krótki trzysta, lewo siedem” - stęknięcie i wybuch, tym razem tuż przy sowieckich czołgach. “W celu!” - krzyczę w radio. Cztery stęknięcia raz po raz za plecami. Cztery obłoczki. Cztery wybuchy. Między czołgami. Stalowe potwory drgnęły i ruszyły się. Wieją! Jeszcze cztery pociski. Jeden z czołgów napatoczył się wprost na miejsce wybuchu. Ogłuszyło to chyba załogę, bo czołg ujechał jeszcze kilka metrów i wjechał na skałę. Jeszcze parę metrów i zawisnął nad skalnym załomem, przechylił się i runął bokiem. Trzy inne zwiały nie czekając reszty. Z leżącego czołgu wypływało paliwo i wsiąkało w piach. Zapadał zmierzch, musiałem wracać na dół do kolegów. Na drugi dzień wieżyczka leżącego czołgu była otwarta. Czy załoga wyszła sama, czy też pod osłoną nocy przyszła ekipa ratownicza? Nie wiem. Czołg pozostał już tak, jak leżał. Nie mówiłem, że frajda?

     Pozbywszy się niemiłego sąsiedztwa przeszedłem do rzeczy zasadniczych. Pomiar. Radio. Cel: Dom Partii. Cztery pociski na wstrzelenie się i… w celu - melduję. René dowala serię dwunastu pocisków z różnym opóźnieniem zapalnika. Pierwsze rozerwały się na poddaszu, następne na piętrach. Obserwowałem przez silną lornetę jak z budynku wylatywały okna, w kłębach dymu rozbłyskiwały wybuchy. Z okien wyskakiwali partyjniacy i ludzie w mundurach. Sowieckich. Frajda!
- - -
Rafał Gan-Ganowicz “Kondotierzy” 1988

kh-junmyeon asked:

Dobry wieczór śliczna koleżanko :')

Dobry wieczór Junmyeon-ssi *skłoniła się grzecznie jednocześnie “wymalowując” uśmiech na swoich ustach* – “Jestem Mina i chciałabym się zaprzyjaźnić, jakkolwiek niezręcznie to zabrzmi”

Do widzenia…
noc gwiazdami zaorana,
w piersiach naszych eksploduje pusty wieczór,
zbyt jest ciężko łzy przetapiać w męską szorstkość,
zbyt jest ciężko gorzkiej prawdy w ustach nie czuć.
Niebo w błocie zatopione pije ziemię
i zwichrzone, granatowe szarpie drzewa,
to zbyt trudno nigdy szczęścia swego nie mieć
i o szczęściu bohaterstwa swego śpiewać.
Tak daleko, droga ciężka i nabrzmiała,
od łez twardych poorana w długie bruzdy,
tak się idzie, łoskotami szyjąc próżnie,
po kamieniach mgłą opitych, bielą tłustych.
Zbyt daleko są okopy krwią rozpękłe,
myśl na drutach krwawi usta nieszczęśliwe
i bezradnie ciemne noce nawołują.
Zbyt jest trudno wrócić do was młodym, żywym,
zbyt jest trudno…
łatwo zostać bohaterem…
Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,
kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,
i morderca na nagrobkach kwiaty złoży.
—  K. K. Baczyński, Pożegnanie żałosnego strzelca
Ziall FF - MYB - Spacer

Od Autorki: Mój laptop powraca a z nim nowy rozdział MYB, nie mam pojęcia czy jest chociaż odrobinę warty, aby go dodać, ale no cóż… Enjoy Xx

Ps: Dajcie znać czy się podobało misie :)

Szczerze to nie mam pojęcia czy jest jeszcze sens to publikować ;/

____

Ktoś wszedł do jego sypialni i nad wyraz głośno stawiając swoje kroki przemierzył pomieszczenie by znaleźć się przy oknie i  jak na złość rozsunąć kremowe żaluzje i otworzyć okno, by pozwolić ciepłemu jesiennemu wiatrowi wedrzeć się do środka.

Keep reading

Brak mi Twojego ciała w moich rękach, Twojego głosu w moich uszach, Twoich warg na moich ustach, Twojego uśmiechu w moich oczach - czasami mam wrażenie, że wszystko wokół wariuję z tęsknoty i nawet parkietowi na mojej podłodze brakuje przez Ciebie piątej klepki.
—  Piotr Adamczyk
Pachniała jeszcze tym niedawnym płaczem i chciałem jej nawet powiedzieć, że pachnie płaczem. Ale widocznie przeczuła, że chcę coś powiedzieć, bo położyła mi palec na ustach, żebym nic nie mówił. Kazała mi też oczy zamknąć i sama zamknęła. A gdy mi się niechcący otworzyły, aby na chwileńkę, że nie zdążyłem nic więcej prócz ciemności, od razu mnie doszedł jej rozżalony szept:
- Otworzyłeś?
- Niechcący. Ale już zamknąłem. A Ty?
- Cały czas mam zamknięte.
Może przez to, że tak ufnie leżała wtulona w moje ciało, wydała mi się krucha jak ziele przy drodze, że tylko się schylić, zerwać i rzucić. Serce jej szemrało tuż przy moim i pod ręką, którą ją obejmowałem, i w poduszce, a tak drobniutko, że do serca niepodobne. Bo serca z tej bliskości przeważnie młotem walą, a jej jakby ziarnem siało.
— 

Wiesław Myśliwski

proszę o więcej takich pisarzy

Mamy po kilkanaście lat, cholera to jest dopiero początek naszego życia, powinniśmy wstawać każdego ranka z uśmiechem na ustach, bo każdy ranek to nowy początek. Nawet widząc deszcz i mgłę za oknem. A my zakrywamy kołdrą głowę i najchętniej nie wychodzilibyśmy z łóżka.