sipowicz

Szukałem Polskiego Snu na Festiwalu Conrada



Matko, co za burdel. Samochód wziął ostry zakręt i tym razem prawie skończyło się to groźnym poślizgiem. Jak przy każdej relacji z festiwalu kulturalnego w Krakowie – mogliśmy najzwyczajniej zginąć. Piekielna gumowość opon rozdarła krzykiem spokój tego miasta. Bałem się gliniarzy. Mieliśmy nie przykuwać uwagi, ale czas gonił nas nieubłaganie i kierowca zmuszony był wykorzystać możliwości wozu do granic. Pieprzony asfalt nie chciał współpracować.  Auto niezgrabnie cięło wilgotne ciemne ulice i wkrótce wbiliśmy się w Narzymskiego z siłą petardy. Kto by pomyślał, że będę kiedykolwiek robił za dilera. I to dla kogo? Dla śmietanki świata polskiej literatury. Przynajmniej tak wolałem o nich myśleć, mając w kieszeni dwa gramy całkiem dobrego zioła. Wtedy moje zbrodnicze czyny mogły zostać uświęcone przez wielkość mojej misji. Czegoż nie robi się dla literatury właśnie, albo przynajmniej dla wbicia się na zamkniętą imprezę z autorami. Nigdy przedtem tego nie robiłem. Nawet nigdy nie kupowałem tego dla siebie, a używanie narkotyków ograniczało się u mnie do kilku imprezowych buchów i paru tabletek czegoś, co sprzedał mi kumpel w liceum, mówiąc, że to było extasy. Tym razem nie trzymałem tego w gaciach. Postęp przyszedł z wiekiem. Czego oczekiwaliśmy? Na pewno nie tego, że staniemy się częścią towarzystwa. To płonne marzenia pragnącego się dostosować nastolatka, którego wykorzystują starsi koledzy, by ten wyniósł z barku rodziców jakiś drogi alkohol niegodny ich parszywych, zakłamanych gardzieli. Imprezy z ludźmi, których dotąd znaliśmy jedynie ze zdjęć z odwrotów ich książek? Być może. Gdybyśmy dobrze to rozegrali, mielibyśmy materiał na dobre gonzo, które prześladowało nasze ambicje od dłuższego czasu, bo rozczytywaliśmy się w Thompsonie, a Szczerek stał się bladą iskrą na horyzoncie gównianego dziennikarstwa, które spudelkowało się i potrzebowało nas, jak rozpasana pensjonarka klapsa w różowiutkie pupsko. „Pogadamy chłopaki o tym reportażu co go chcecie zrobić, jasne, ale zajarałbym jakiegoś dżointa – do tej pory, podczas panelu waliliśmy tylko bimber w butelce po mineralnej.” – słowa te zabrzmiały jak obietnica, czegoś na co czekaliśmy długi czas. Bezrobotni, harujący za darmo dla magazynów kulturalnych, straszeni, że tylko jeden na dziesięć biednych frajerów zostaje płatnym dziennikarzem. Podszyci świętą naiwnością szkolniaków z Ferdydurke, gotowi byliśmy zaryzykować, że będziemy jedynie gównogłowymi młodzikami na posyłki, szorującymi mistrzom po używki. Jeszcze kurwa zabłyśniemy. Być może dziś. Wszyscy dostrzegą, że to nas brakuje w panteonie. Dójmy tę świętą krowę branży. Samochód zatrzymał się, a ja wywlokłem się z niego by udać się na spotkanie z moim współpracownikiem – człowiekiem, o egzotycznie brzmiącej godności - Doktorem Mogale.

- I co udało się? Ile tego masz? – Zapytał doktor zniecierpliwiony. Był amatorem tego zielonego specyfiku i mogłem zaufać jego instynktom jeśli chodziło o jakościowy dobór uwalaczy. Jeśliby on pojechał do Siwego po trawę, dostałby pewnie produkt najlepszego sortu, bo jak sam twierdzi – Siwy, to jest swój chłop. Niestety, tym razem przed załatwieniem towaru powstrzymały go sprawy wielkiej wagi i zadnie zaopatrzenia spoczywało w moich rękach - rękach zupełnego żółtodzioba. O sprawach doktora nie jestem upoważniony by tutaj pisać. Nikt nie chce rozjuszyć doktora Mogale – już teraz ryzykuję, ledwie tylko skrywając jego prawdziwą tożsamość pod pseudonimem. A może tego nie robię? Może to tylko gra pozorów i cieni? Nie ma to znaczenia. Byliśmy już gotowi wbić się na salony. Mieliśmy dary dla Sfinksa i dwa piwa na wszelki wypadek. Nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, w Pałacu pod Baranami trwał panel poświęcony węgierskiej literaturze. Był raczej nudny, wiele miejsc pozostało wolnych, a celebrowani goście festiwalu wychylali co chwila skądś łby, by łypnąć na tego i ów, czy czasami ktoś nie planuje zerwać się już na wódę. Byli już podpici, teraz czekali tylko na sygnał, który pozwoliłby im uderzyć w ciężkie spocone tango. Podsycali bestię, powstrzymywali się, przerywali stosunki.

- Napisze do niego sms’a. Być może już gdzieś tutaj jest. Matko, co za burdel. To najgorzej zorganizowana akcja pod słońcem. – Powiedział doktor Mogale i wstukał w klawiaturę starej Nokii wiadomość dla naszego gościa. Kobietka na recepcji przyglądała mi się kiedy moja teczka szczękała jakbym miał w niej alkohol.  Uśmiechnąłem się i uśmiech ten wyjaśnić miał jej lata opracowywania wszelkich systemów i trików, na których oparty był nasz wzgardzony zawód. W jej oczach odkryłem jedynie transcendentny lęk i odrazę.

- Odpisał. – Oznajmił z zimnym profesjonalizmem Mogale – Kurwa… co to znaczy „figyelem, figyelem”?

- Nie mam pojęcia stary, wydaję mi się, że ten skurwiel dorwał już gdzieś towar, zanim zdążyłem obrócić tutaj od Siwego. Porozumiewa się z nami językiem czarnej psychodelii, przed którą nas ostrzegał. Wiejmy stąd dopóki reszta tych sępów zorientuję się, że mamy wódę i zielsko. – Czy podpadałem w nerwicowy stan, który za moment zaprowadziłby mnie do histerii? Mam złe wspomnienia z trawą. Nie dalej niż bramę obok, przeżyłem przez ten syf najgorszą jazdę mojego życia. To po prostu nie dla mnie.
- Otrząśnij się stary. – skarcił mnie doktor. – Wszystko jest pod kontrolą. Zobacz, już idzie. – Wskazał na postać podstarzałego hipisa, bujającą się delikatnie w naszą stronę. Szedł tak, jakby miał wyłączny układ z grawitacją na to, że po czymkolwiek będzie się poruszał, iść będzie tak jak po wacie cukrowej. Połaciach waty cukrowej kurwa. Miał ten swój kapelusik, te okulary swoje i był dokładnie tym gościem, z którym dwie godziny temu przeprowadzaliśmy wywiad, z którego po wycięciu wszystkich „kurw” zostanie nam zaledwie ułamek oryginału. Każą nam to wyciąć. Świnie. Ale to teraz nadszedł moment zbierania tego poważnego materiału. Czegoś co przebije się przez każdą cenzurę jak włócznia oczyszczającego ognia. Damy po jajach. To będzie to. Pulitzer jest mój. Kurwa, Pulitzer? Nike dla Like!

- Panie Sipowiczowski, mamy prezenty – oznajmił, w dialekcie ćpunów z wysokich sfer, doktor Mogale.

- Wspaniale, palimy teraz, czy po panelu? – Zapytał Kora Sipowiczowski zacierając dłonie i odsłaniając w uśmiechu swoje perliste zęby ssaka roślinożercy. To był dosyć miły gość. Ma żonę, która jest legendą polskiego rocka, pisał o ludziach z ruchu i wciągnął wszystko co się dało. Dziś, zaoferowaliśmy by stał się naszym przewodnikiem po odmętach psychodelii, którą rozpracowywał w swoich dziełach. Chcieliśmy by poszukał z nami naszego Polskiego Snu. „Ale okazja. Sam Sipowiczowski. Będzie materiał jak sto ciężkich chujów.” – pomyślałem i też zacząłem zacierać ręce. - „Może uda nam się przebić na drugą stronę tej cholernej rzeki?”

- Nie mamy jeszcze skręconego.

- No to idźcie skręcić. Jak będzie gotowy to wywołajcie mnie. Będę na panelu. Figyelem, Figyelem! – Powiedział Sipowiczowski i odfrunął w kierunku sali konferencyjnej.

- Co do do kurwy nędzy znaczy to figyelem?

- Nie wiem, idę skręcić dżoja. Zostań tutaj i pilnuj żeby nam nie spierdolił. Musimy mieć ten reportaż. Zrobimy mu z dupy takie gonzo, że nawet się nie zorientuje. Obnażymy prawdę. Darz bór kolego. – Powiedział doktor i udał się pospiesznie w stronę kibla.

- Nie zapomnij nakleić wlepki Kraty Kultury jak już będziesz w kabinie! Musimy pozyskać czytelników!

Kobieta przy recepcyjnej ladzie zbladła i czekała by ktoś ją zabrał z tego zwariowanego miejsca. Na to by ktokolwiek wytłumaczył jej o co tutaj chodzi. Dlaczego świat literatury stał się nagle niegościnny i nieprzypominający niczego związanego z poezją, w duchu, której została wychowana? Chciałem dodać jej otuchy. Nie mogłem. Wszedłem do pokoju prasowego i przycupiłem gdzieś za dwoma grubasami, gderającymi swoimi czerwonymi mordami coś o tym, że wydają za dwa miesiące, no może za trzy, ale to będzie hit, mówię ci człowieku, podejście takie jak u Hegla kurwa wasza mać, rozwój ducha człowieku, rozwój absolutny.

Doktor dał mi znać i ruszył w stronę konferencyjnej. Z oddali widziałem jak dyskretnie kiwa głową w stronę Sipowiczowskiego. Po chwili razem znaleźliśmy się na tarasie pałacu, skryci za reflektorami oświetlającymi wejście do gmachu. Ja tylko buszeczka.

- Dobre macie to palenie. A już myślałem, że w Polsce takiego nie ma. Zmieniam zdanie. – Zaciągał się Sipowiczowski.

- Widzi pan. Jak Siwy załatwi, to nie ma chały. Wszystko co najlepsze.

- Siwy? To ten co zaopatrywał Tomasza Półkę?

- Nie, nie. Siwy to dobry człowiek.

- Piszę teraz książkę o Schopenhauerze.

- Fajnie, fajnie.

- Kurwa, dawaj jeszcze bucha, bo się robię nerwowy, przy kolejkach.

- Zostało panu z komuny? Hehe?

- Byłem kurwa hipisem człowieku. Znałem Proroka. Wisiałem uczepiony gzymsu Pałacu Kultury a gitowcy przypalali moje dłonie papierosami! Popierdolone skurwysyny!

Kiedy dokonaliśmy intoksykacji powróciliśmy do pokoju prasowego.

- Opowiedzcie mi o tych snach chłopcy. Co to ten Polski Sen? Może zróbmy coś z tym Smokiem Wawelskim. Tam powinniśmy zacząć. To jest tajemnicza i mistyczna sprawa. To jest silnie okultystyczny symbol. Pochodzi z otchłani początków rodzaju ludzkiego. To jest już w Biblii. Morrison jeździł na wężu. To jest to samo. Kiedy pierwszy raz wziąłem kwas tonąłem w wężach i smokach. To była jazda. Znacie tego malarza? Niemczyka? To był gość. W razie czego mam jeszcze brandy. Trzymajcie po łyku.

- Dziękuję, może się nam przydać. – powiedziałem i pociągnąłem łyk. Chwilę później zorientowałem się, że doktor wygląda na nieco poruszonego. Czyżby tak silnie oddziałał na niego specyfik Siwego?

- Chuj, dupa, kurwa, cipa! – Zaprezentowała się nam postać, która nagle wyrosła spod parkietu. Czy to ten sławny pisarz? Ten od tej książki z psem w tytule? No jak ona miała… Tak! To sam Janusz Rudnikowski. Za nim stała kobieta, której nie rozpoznawaliśmy, ale pełniła chyba ważną rolę pomiędzy nowymi postaciami dramatu. Takie przynajmniej mieliśmy przeczucia. Zjawił się również niski i korpulentny Rafał Bryndalowski. Wysyłałem do jego czasopisma swoje opowiadania, ale podobno nie miał on wpływu na ich nieopublikowanie. Sądząc po humorach, byli już oni wszscy po drugiej stronie dywanu z cukrowej waty.

- Kurwa, to jeszcze trwa? A ja się tak drę jak cham? No nic, gdzie ten obiecany węgierski bufet? – Zapytał Rudnikowski kiwając się na obcasach.

Gdy towarzystwo zaczęło wymieniać się swoimi celnymi uwagami na temat festiwalu, doktor nachylił się do mnie i powiedział, że przeżywa właśnie uporczywy dyskomfort związany z niewypowiedzianą suchością panującą w jego ustach. Przyszedł czas na odkapslowanie piwka. Udaliśmy się po raz kolejny na balkon, niepostrzeżenie opuszczając wytrawnie literacką gromadę.

- Stary, mam teraz takie całkowicie do wewnątrz siebie. Nie wiem, czy nawiążę kontakt. – Oznajmił mi doktor popijając piwo. – Jestem chyba nawalony bardziej niż planowałem. To nie może odbić się na reportażu. Materiał to nasz priorytet. Materiał musi być zrealizowany.

- Zostaw mi to stary, mam teraz dobrą gadkę. Stępił mi się żart i z nerwów sieję sucharami jak zakatarzone gniazdo CKM, ale chyba wykrzesam z siebie choć odrobinę aktywnego minerału „Like”. Będzie dobrze. Wciąż mamy przewagę. To my mamy zioło. Nie zrezygnują tak łatwo z naszego towarzystwa. Trzymamy lejce. – powiedziałem i nerwowo dopaliłem papierosa. Byliśmy gotowi by powrócić pomiędzy salonowe lwy. Musieliśmy poznać ich zwyczaje. Musieliśmy nauczyć się ich krakania.

- Obawiam się, że mam ochotę na to drugie piwo. – Powiedział doktor poszukując w głębi siebie odpowiedzi na pytania dręczące jego świątobliwie nadwyrężoną świadomość. Odkapslowaliśmy drugie i ostatnie piwo. Budżet reprezentacyjny runął. Knajpa na dole będzie ostatnim bastionem. Trzydzieści dwa złote w kabzie. Będzie dobrze. Staruchy lubią też przecież stawiać młodzieży, bo czują się wtedy jeszcze bardziej władczy. Zapominają o pukającej do ich drzwi impotencji. Bujają statkiem.

- Gdzie jest ten, kurwa bankiet?! Kurwa, dzwonię do tego Jankowiczowskiego. Tak nie może być, oni gdzieś się pasą, a my co? – Ryknął pisarz Rudnikowski i zaczął wybierać numer. Ja opowiadałem cienki kawał o pedałach. No dalej, wykrzesuj tego Likego Like. Dalej, uda się. Czy natknąłeś się na mur nie do przeskoczenia? Twardy i prawdziwy jesteś tylko przy tych biednych hutasach? Czy będzie trzeba zdwoić wysiłki? Jak nie o pedałach, to może po prostu o sraniu?

Weszliśmy do Piwnicy pod Baranami. „Ostatni raz tutaj byłem w osiemdziesiątym trzecim” – śmiał się Sipowiczowski. Bania. Bania. Bania. Kto oglądał „Miasto 44”? Bania. Bania. Bania. Kurwa jak się nazywała ta książka z tym psem w tytule? Potrzebuję teraz tego. Bania. Bania. Bania. Rudnikowski wyrywa barmankę. Nieszczęsna dziewczyna ma zaledwie dwadzieścia jeden lat. Zasługuje na dzieciństwo. Mam nadzieję, że Rudnikowski tylko blefuje. Że nie zniszczy jej wątłego kwiatu. Wewnętrzny Minerał Henrego Milllera, taplający się w krwi każdego pisarza każe mu walczyć. Nie musi zdobywać, ale akt musi się rozgrywać – nie dopełniać.  Odnotowuje niepokojący brak aktywności pierwiastka „Like”. Gwałtownie tracimy wysokość.

Ze sceny zeszli Jazzmani i przepychali się ze swoim sprzętem pomiędzy nami. Tajemnicza kobieta towarzysząca nam podeszła do jednego z nich i zagadnęła:

- Czy państwo wiecie kto to jest? To jest najlepszy polski pisarz! – Zapytała, pragnąc wywołać u tych szczerych i pięknych artystów zdezorientowanie i być może nawet zażenowanie, wystawiając ich wiedze na próbę.

- Oj wie pani, my jesteśmy muzykami. To trochę nie nasz świat. My po prostu gramy. Może po nazwisku bardziej, tak to po wyglądzie, nie bardzo.

- To jest kurwa Jerzy Pilch! – zadarłem mordę, by przerwać tę kaźń. Nie udało mi się – te durne pały w to uwierzyły. Nie jestem w stanie uratować wszystkich.

- A pan Pilch! Bardzo nam miło! To prawdziwy zaszczyt!

- Jaki kurwa Pilch! Ja jestem Rudnikowski! – Powiedział i pogrążył się w wódzie. Czy kiedykolwiek powróci do swojej pisarskiej formy sprzed tego incydentu, który złamał w nim ducha? Nie wiem. Doktor Mogale też nie. Uszami naszej wyobraźni słyszeliśmy jedynie ciche popłakiwanie: „Gdzie jest kurwa ten węgierski bankiet?”

Nie znaleźliśmy go. Nie zaczęliśmy też nawet szukać Polskiego Snu. Nawaliliśmy się wraz z tymi dziwnymi ludźmi i spędziliśmy parę zabawnych godzin, pstrokaconych śmiechem i chyba nawet udało nam się zdobyć sympatie lwów. Nie zeszliśmy jednak z areny. Byliśmy nieapetycznymi pierwszymi chrześcijanami harującymi za friko. Nigdy nie poznaliśmy słów smoka, który przemówiłby do nas po tym jak zarzucilibyśmy kwas z pierwszym hipisem Rzeczpospolitej Ludowej. Z resztą czego oczekiwaliśmy? Że podbijemy świat i zrobimy sobie parano z dwoma gramami zielska w kieszeni i parą piw brzęczącą w naszym bagażu? Staliśmy się lokajami starego porządku. Wymieniliśmy się platonicznie mailami i dostaliśmy parę wizytówek. Żadnych wskazówek. Żadnych dobrych żartów. Tylko ten gówniany artykuł. Nakarmiliśmy bestię, która poklepała swoje wielkie smocze brzuszysko i ułożyła się leniwie do snu. Poznaliśmy jednak powierzchowność tej bestii i nie była ona żadnym cholernie zdumiewającym stworzeniem – to dobra banda, ale pochodząca z innego czasu i przestrzeni. O grzbiecie zbyt niepewnym by móc się po nim wdrapać. To dobrzy goście. Tacy jak Siwy, który niedawno został ojcem i już nie bawi się w bieganie z ziołem. Kora Sipowiczowski powiedział, że jeszcze kiedyś nas odwiedzi. Że przyjedzie tutaj do nas do miasta, gdzie kosmici usypali kopce, gdzie ludzie chodzą nawaleni czakramem wmurowanym na Wawelu. Teraz oddalił się w noc, by odpocząć w Hotelu Grant i poczekać, aż będziemy mieli jakieś konkretne pomysły. Szedł tak i patrzyliśmy jak sunie po połaciach waty cukrowej, a my czekaliśmy by zawrzeć swoje własne pakty z siłami rządzącymi tym posranym światem. Może to my znajdziemy ten pieprzony bankiet. Może kiedyś przyjdzie kolej na nas.

 

Watch on butimnotwrong.tumblr.com

Sipowicz

I got my wisdom teeth pulled today.

Behold my puffy face of death.

I need someone to come give/to send me nice things, because that is what you do for sick people. 

I’m managing to eat pudding and giggle with my dad. When I was going under the gas today, appearently some of my last thoughts before blacking out were: “Please don’t let me die. I’ll miss Mal, and my mom. I love them. And Tyler, and Amy. And my dad! Especially my dad!… But especially Sipowicz.”

I told my dad this later on the phone, all groggy, and he lost his ever loving mind laughing. So I was laughing just as hard because he was laughing, and it hurt a lot.

Totally worth it. 

Twenty years ago today (September 21, 1993), NYPD Blue debuted on ABC, changing how dramas were shown on network television. The multiple Emmy-winning series starred Dennis Franz, David Caruso, Jimmy Smits and James McDaniel and boasted a who’s who of guest stars. Groundbreaking. #sipowicz #kelly #simone #detectives #paas #newyork

I Miss the Heroes of the 80s Who Got Their Asses Kicked All the Time

“80s pop culture basically taught me that the heroic thing isn’t just to win every time, but to get up after you’ve lost.”

Yes!

I also love a hero who’s flawed and gets no respect: The later Spike on Buffy, Abner Marsh in “Fevre Dream,” Sipowicz on “NYPD Blue,” and of course Tyrion Lannister.

This is a great essay by Charlie Jane Anders, even though “Die Hard” is barely mentioned.

http://io9.gizmodo.com/i-miss-the-heroes-of-the-80s-who-got-their-asses-kicked-1755990608

External image


Chanel No5 Bottles - Jocelyn Sipowicz

The images above show the Chanel No5 Bottle series created Jocelyn Sipowicz. I have included these in my research as they inspired me to concentrate on the Nutella jars and use the brusho and watercolour paint to create the space like background. I really like how Sipowicz has combined traditional fine art media in her work with an illustrative style. This makes her even more relevant to my course as i am also combining contemporary art with illustration. In her work she has also created a juxtaposition between the clean black outlines and the messy splashed watercolour paint. I find this very interesting and it something i would like to try creating in my own work.  

3

Brusho Nutella Jars 

The experiments in the photographs above have been Inspired by the Chanel bottle illustrations created by Jocelyn Sipowicz. (will be shown on future post)

For these experiments i have used brusho to try and create a ‘space’ like pattern that is like those seen from a telescope. I have then used fine liner pens to illustrate a Nutella jar over them. I feel that these have worked very well. This is because i have been able to combine my two objects in a very subtle way but have been able to maintain a dark humour with them. I also like how the paint has started to drip down in these experiments. Another aspect of these works that i like is that by using brusho i am able to work back in to it very easily. This gives me the opportunity to add depth & tone and also blend the colours together more.  I intend to develop these further using different colours and try to create more patterns. I am also going to try printing on to the brusho backgrounds. This again will show how i am experimenting with different drawing processes and techniques.