rowerowych

vimeo

Bike Days 2015 Promo!!

How are you Mr. Whiteman czyli dlaczego w Zimbabwe było fajnie

Hold on szwagier. Zapomnij wszystko to co o Zimbabwe powiedziała Ci babcia lub usłyszałeś  w TV. Z perspektywy rowerowych malungu w Zim wcale nie jest tak źle. Co prawda kamrat Mugabe trzyma się dziarsko pomimo swoich 91 lat ale jest tu w miarę bezpiecznie, ludzie są raczej mili i chociaż nie ma już w obiegu sławetnych Dolarów Zimbabwe to przynajmniej są bułki. 

Do Zim wjechaliśmy od wschodu i już na samym początku mieliśmy sporo szczęścia. Poznaliśmy miejscowego Niemca – Christopha, który nie tylko nie straszył nas opowiadając mrożące krew w żyłach historie o mordercach, porywaczach rowerów czy szamanach polujących na organy turystów, ale w bardzo ciepłych słowach wypowiadał się o kraju i jego mieszkańcach. Byliśmy więc w lekkim szoku że z perspektywy białego jest tu spokojnie, ludzie są wykształceni, ciężko pracujący tylko że rząd ssie. To zasadnicza różnica w porównaniu z tym co o Zimbabwe słyszeliśmy kilka tygodni wcześniej od białasów z RPA… Chociaż nie, jeżeli chodzi o rząd zawsze słyszeliśmy same bluzgi.

Tak oto nasz pobyt zaczęliśmy niejako pokrzepieni słowami Christopha, który w Mutare mieszkał  i pracował od ponad 3 lat. Jego praca polegała na usprawnianiu metod rolnych w uprawie kukurydzy, tytoniu i ziemnioków oraz na zarządzaniu germańskimi jewrami przekazanymi na pomoc farmerom. Ponadto Christoph raczył nas opowieściami o tym jak Libańczycy kontrolują miejscowy handel (i przemyt) diamentów, Chińczycy wydobywają złoto, a Ruscy stracili własnie swoje górnicze koncesje za nieprzestrzeganie  norm środowiskowych. Może to kwestia niesamowitych krajobrazów gór Chimanimani, od których zaczęliśmy naszą trasę, może to Oliver Mtukudzi , którego muzyka sączyła się z naszego srajpoda, może mijające nas co jakiś czas autobusy naszego ulubionego przewoźnika o swojsko brzmiącej nazwie Kukura Kurewa, a może jednak coś zupełnie innego (ale na pewno nie miejscowy trunek Chibuku ze sfermentowanego sorgo) sprawiło, że nasze pierwsze dni w Zim mogę śmiało nazwać jednymi z lepszych w Afryce.

Nie ma jednak tak dobrze. Nasz lekko wyidealizowany obraz Zimbabwe był dość systematycznie niszczony przez tabuny miejscowych, bezrobotnych facetów, którzy całymi dniami siedzieli koło drogi, pili Chibuku, grali w bilard lub po prostu nie robili nic. Zimbabwe było wprost stworzone dla tego typu warstwy społecznej, bo po pierwsze dróg przy których można było siedzieć było sporo, bezrobocie sięgało szczytów a pifsko tanie jak barszcz. Chociaż nie – Chibuku to nie piwo lecz napój bogów (jak  podaje nalepka) lub jak kto woli zagęszczone szczochy z ziarnistym wsadem. Miejscowe legendy głosiły, że w niektórych Chibuku można było  znaleźć takie skarby jak zużyte prezerwatywy gdyż producent dość nieudolnie recyklingował butelki do których potem rozlewany był napój bogów. Dlatego też wg miejscowych należało się wystrzegać nieprzeźroczystych butelek, ale ja po jednym łyku stwierdziłem, że nie warto podejmować i takiego ryzyka. No ale miało być o miejscowych chłopakach….

Według naszych obserwacji, proces przejeżdżania obok wioskowych przebiegał podobnie w całym kraju. W momencie w którym zbliżaliśmy się do bud z bilardem i Chibuku miejscowi zastygali w bezruchu tak jakbyśmy właśnie wylądowali wehikułem czasu. Jednak ten moment zaskoczenia trwał dosyć  krótko, a po krótkiej chwili zaczynało się donośnie gwizdanie, okrzyki  pokroju  „my friend”, „hello mr. whiteman” , nasze ulubione „malungu” czy też „hey ginger” lub „babe” jeżeli to Aniah jechała na przedzie. Gdy akurat musieliśmy zatrzymać  się w tym miejscu, bo w budach sprzedawali także wodę lub pomidory, to zanim zdążyliśmy zejść z rowerów byliśmy już ostrzelani pytaniami niczym z karabinu maszynowego. Dokąd? Skąd? Na tych rowerach?Ajajajaj! Setki, miliony tych samych pytań dzień po dniu. W sumie to i tak było to lepsze niż kambodżaniskie „hello”, ale mimo wszystko Aniah po kolejnej serii pytań szczerze przyznała, że ona naprawdę lubi czarnych, ale cierpliwości starcza jej tylko do 13:30.

Trzeba jednak uczciwie stwierdzić, że przydrożne chłopaki nie mogą być utożsamiane z ogółem społeczeństwa i tak naprawdę większość napotkanych przez nas ludzi była dla nas bardzo miła, a i w rozmowie udało się kilka razy wyjść poza utarte tematy z cyklu skąd i dokąd, co generalnie w Afryce za często nam się nie zdarzało. Jednak naszą nagrodę ludzi roku otrzymuje para dzieciaków, która niestrudzenie biegła za nami przez kilkaset metrów trzymając pod pachą spłoszoną kurę, która wymieniali się w biegu co jakiś czas niczym pałeczką do sztafety (na ich cześć ów szaleńczą pogoń za rowerami nazwaliśmy “sztafetą z kurą”).

Zimbabwe podobnie jak Mozambik, to z pozoru kraj pusty. Jedzie sobie taki człowiek przez dziesiątki kilometrów mijając gdzieniegdzie jakieś nędzne wioski, budo – sklepy, oponowych, bazarowych lub fryzjerów, ale miast tam jak na lekarstwo. Wszędzie tylko busz, który wydaje się nie mieć końca. Myli się jednak ten kto sądzi, że w buszu panuje pustka. Co jakiś czas, ni stąd ni zowąd, napotykaliśmy ludzi idących pieszo przez krzory. Przecież ci ludzi musieli dokądś iść, mieć jakiś cel. Ale dokąd? Tego nie byliśmy w stanie stwierdzić z perspektywy rowerów, gdyż busz skutecznie krył przed nami swój tajemniczy, niewidoczny z drogi świat. Zachęceni tą pozorną pustką z radością powróciliśmy do biwakowania na dziko i od razu odkryliśmy, że w tych niekończących się krzakach czai się życie. Leżąc wieczorami w namiocie nie widzieliśmy dokładnie tego co się działo dookoła, ale dobrze to słyszeliśmy. A to  krowy widmo pobrzękiwały dzwonkami, a to nocny taczkarz wiózł swój ładunek Bóg wie gdzie, a to szamani odprawiali swoje mroczne rytuały waląc w bębny i zawodząc. Podczas gdy prawie każda noc obfitowała w jakieś przygody, rankiem wszystko wracało do pozornego spokoju.

Zdjęciuchy tutaj

t

„PRZYSTANEK RYBY” na Jachtowej

„PRZYSTANEK RYBY” na Jachtowej

Na początku czerwca przy ulicy Jachtowej w miejscu gdzie znajduje się wyznaczone miejsce do grillowania pojawiła się drewniana wiata, idealnie nadająca się na krótki odpoczynek podczas wędrówek lub wycieczek rowerowych.


Wewnątrz wiaty zamontowano stół i ławki do siedzenia, kosz na śmieci, mapy wskazujące atrakcje turystyczne w regionie a obok wiaty zamontowano stojak na rowery.


Wiata została…

View On WordPress

Interpelacja w sprawie wyposażenia miejskich rowerów w foteliki/przyczepki dla dzieci

Obecnie miasto Opole prowadzi idącą w dobrym kierunku politykę rowerową. W ubiegłym roku w systemie “Nextbike” zarejestrowało się ponad 11 tysięcy użytkowników, którzy chwalą rozbudowywany z roku na rok system stacji rowerowych korzystając z niego coraz chętniej.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom mieszkańcom posiadającym małe dzieci, którzy chętnie chcieliby skorzystać z rowerów miejskich kieruję…

View On WordPress