rolks

z serii “Zdjęcie wszech czasów”:
Tadeusz Rolke, Lucy

Lucy - tak ma na imię modelka na tym przepięknym zdjęciu, zrobionym w 1967 roku w Alejach Jerozolimskich w Warszawie.

Autorem fotografii jest Tadeusz Rolke, żyjąca legenda polskiej fotografii, fotoreporter, autor licznych sesji mody, nauczyciel i mistrz dla wielu pokoleń fotografów.
Rolke ma na koncie wiele bardzo poważnych zdjęć, w swojej fotografii odnosił się chociażby do tematu zagłady Żydów. Jednak zdjęcie “Lucy”, choć wydaje się banalne i być może nieadekwatne do całego życiowego dorobku fotografa, ma w sobie uderzający klimat, taki, że trudno wobec niego przejść obojętnie.

Jakkolwiek by oceniać lata 60. w Polsce, czasy trudne i siermiężne, okres zniewolenia, braku dostępu do wielu podstawowych produktów, szarości i trochę chyba braku nadziei – także wtedy ludzie chcieli żyć normalnie. Takim właśnie przejawem normalności były fotografie Tadeusza Rolke, który współpracując z domami mody i projektantkami, umiał stworzyć zdjęcia, na których ta ponurość nie był widoczna.

za: Anna Cymer

Michał Turowski, 25 lat, założyciel Oficyny Biedota / BDTA. Logistyk w firmie chemicznej

Na Nowym Dworze, gdy byłem dużo młodszy, było całkiem sporo takich czarnych, niezagospodarowanych plam. Pomiędzy blokami, pod moją bramą, był stosunkowo niewielki kawałek łąki z dużą ilością drzew - niewielki z dzisiejszej perspektywy, chociaż wtedy, w wieku lat pięciu czy sześciu, potrafiłem spędzać tam całe dnie. Teraz znudziłbym się wraz z wypaleniem papierosa, ale teraz to też wygląda inaczej - drzewa wycięto, usypano ścieżki, postawiono ławki, z części tego terenu zrobiono parking. Pamiętam, jak znaleźliśmy z kolegami na chodniku niedaleko magla ogromną rolkę taśmy klejącej. Nie wiem, ile metrów taśmy mogło być, ale ta rolka była naprawdę ogromna. Nigdy potem takiej nie widziałem. Zabraliśmy tę gigantyczną rolkę ze sobą i chcieliśmy pomiędzy dwoma wielkimi drzewami wybudować sobie bazę przy pomocy gałęzi i kartonów. Refleksja, że byliśmy za młodzi i z góry skazani na porażkę, przyszła dopiero po latach; wtedy była tylko frustracja. Taśma klejąca była kiepskiej jakości, rwała się, zostawiała na palcach klejący osad, do którego lepił się piasek, ziemia, brud. Mama potem w domu zmywała to z rąk śmierdzącym acetonowym zmywaczem do paznokci, a ja źle się czułem od tego smrodu. Wymiękliśmy po pierwszej poważnej próbie przyklejenia dużej gałęzi do drzewa. Nie chciała się trzymać, odpadła. W złości połamaliśmy z kolegą tę gałąź i skopaliśmy drzewo. Wściekłość dziecka. Możliwe, że płakałem, ale teraz już tego nie pamiętam.

Źle mi z tym i gdy poprosiłeś mnie, żebym napisał coś o drzewie, to właśnie ta historia przyszła mi do głowy jako pierwsza. Nie mam zbyt dużego doświadczenia z materią leśną, ale raz się zgubiłem na grzybach, a innym razem próbowałem z leszczyny wyciosać wędkę i poraniłem sobie palce. To na pewno byłyby ciekawsze historie. Ale korzystając z okazji chciałbym to drzewo przeprosić, bo mam wyrzuty sumienia, że tak je potraktowaliśmy wtedy. Tydzień, może dwa tygodnie później wybuchła na tym podwórku jakaś wielka kłótnia. Nie pamiętam już, co było powodem, ale na pewno były to ostatnie dni sierpnia, a sprawa była poważna. Na tyle poważna, że przyjebano mi cegłówką, a do szkoły poszedłem potem z gigantycznym guzem i nie dość że bolało jak cholera, to jeszcze inne dzieci się ze mnie śmiały. To było zaraz obok tego drzewa i wciąż nie wiem, czy to rodzaj zemsty czy odkupienia winy. Ale mam nadzieję, że jednak to drugie.

Fot. Hanna Sabat