recenzja

WIETRZYN TRZY 1

wietmin 3 to gra typu hodisz i zabijasz tak jak popszednie czensci :]} ale teras hodzi sie tszy razy wiencej! ! ! (hehe zarcik) (pienc razy wiencej sie hodzi tszy razy wiencej sie zabija) w zwiomzku z tym muszem podzielic recenzje na tszy czensic bo w jednej sie nie zmiesci… ;|

hmm od czego by tu zaczonc morze od GEMPLEJU

GEMPLEJ jest najlepszy jak doton we wiedemin :D co nie znaczy rze taki dobry :( walka jest na tyle zlorzona rzeby dawac satysfakcje po wygranej….. dopuki nie dojdziesz do momentu gdzie pszegrana jest niemorzliwa, a to nastempuje całkiem szypko i na nastempne 100 godzin gry morzesz sie porzegnac z dobrom zabawom w tej kwesti…. wiedmin ponownie jest zbyt prosty, a rzadkie walki z bossami (głuwnie w dodatkach, ale o tym potem) wcale temu nie pomagajom, bo i je idzie rozgrysc bardzo szypko. sam proces walki jest zaś calkiem fajny. gra zamiast zachencać gracza do napierdalania mieczem jak pojeb stara się wprowadzić nas w rytm bitwy - ciencie, unik, garda i kontratak, znowu unik…. po jakims czasie morzna sie poczuc jak prawdziwy wiedemin ktury z karzdej walki z jakims jebanym topielcem wyhodzi bez drasniencia :]

podobnie mieszane óczucia mam do rozwoju postaci. system ten, owszem, jes calkiem rozbudowany - wiedemin ma kilka dżewek w kture morze rozdac punkty, zalerznei od tego czy hce wzmocnicz sobie szczelanie mieczem, czarami czy eliksirami. punktuw jest durzo, wienc morzna tez trohe wymieszac i znalesc durzo ciekawyh kombinacji :} jest to calkiem pszyjemne i dobsze sie bawilem planujonc muj bild pod granie w tower defence, jak i bild pod wcieranie eliksiru grom pod napleta pszy drugim pszejsciu….. ale senk w tym, rze karzdym bildem gra sie wlasciwie tak samo - mahasz mieczem, szczelasz znakami i rzucasz bonbami. jedyne co sie zmienia to w jaki sposub zmuszasz widmienskie miecze do zadawania obrarzeń - piciem eliksiru, sraniem punktuw w dobre miejsca w dżewku czy wpierw oslabiajonc pszeciwnika czarem. nie wplywa to na faktyczny proces walki prawie wcale i gra traci pszes to sporo uroku pszy drugim pszejsciu :[

jest jeszcze jedna sprawa zwionzana z utopcami i lewelami - gra w tragiczny sposub skaluje ilosc otszymywanych punktuw doswiadczenia za wykonywane zadania i zabitych pszeciwnikuw w zalerznosci od stosunku ih poziomu do twojego. takie rozwionzanie nie sprawdza sie wcale - widmin 3 ma ogromny swiat, cały zajebany potworkami i zadaniami, wbicie zbyt wysokiego lewela na kilka lokacji do których jeszcze nie zajrzales jest nieuniknione - a wtedy poza urokiem badania nieznanego nie pozostaje w nagrodzie nic - questy nie dają nic expa, potworki padają na lepa na pizde, a itemy….

a itemy som moim ostatnim mankamentem w sprawie gempleju - itemizacja w grze jest do dupy. na poczontku gry, gdy German biega w losowych itemach znalezionych w jelitach gryfa, poruwnywanie statuw ma jeszcze jakis diablowy urok. ale po stworzeniu naszego pierwszego zestawu wiedzminskiego rynsztunku zaczynasz wypierdalac wszystkie itemy za okno bo nic nie ma poruwnywalnej siły. twurcy prubowali to poprawic ale bez skutku :[ nie pomaga terz fakt rze itemy tragicznie skalujom sie do questuw/potworkuw pszy kturych je znajdziemy…. do tego efkety itemkuw som zwyczajnie nieciekawe - pare procent tego, trohe procent do tego, czasem jakaś szansa na zamrorzenie - same pomocniki do builduw i prawie nic co mogloby je definiowac - a budowanie postaci, jak jurz pisałem, nie jest arz tak urokliwe :[ potem kilka itemuw to zmienia, ale to tak puzno w gże rze o ile nie zahowywales 100 godzin zadań pobocznyh na koniec to mało sie tym nacieszysz…

podsumowujonc, gemplej działa, ale sprawia wrarzenie cholernie nieprzemyslanego i ostatecznie jest mało satysfakcjonujoncy :{{{{

w nastempnyh wpisah napisze o ZADANIACH I SWIECIE, FABULE i DODATKACH, wienc stujcie nastrojeni ;)

Today I watched the Sucide Room. Like in every film, that isn’t a legend yet, there’re lots of ‘attractions’ for potential haters, BUT.
I think the film is great in the way how it shows us emotions of main characters-you can easily find yourself among them. It also shows us the sad true about families and parents, who are more and more often similar to mrs and mr Santorski, who more and more often care too much about giving everything to their children. They care and try so hard, that endly they lose the child. Behind the unnatural relations with parents we also see how our stupid jokes can desteoy somebody. I don’t think Alex wanted to ruin Dominik’s life-he was just joking, wasn’t he?
I learnt, that even if you think, that something you’ll do would hurt only you, you should never ever do it. Sylvia wanted to end her life and her story, she seemed like she wanted to save Dominik, but in some way she brought him to death. It’s very difficult to judge her, she isn’t a simple and certain character, she’s kinda demon and angel, Dominik’s curse and blessing. We can say that if he hasn’t met the girl he won’t end like that. Maybe, but we don’t know the alternative story, and we will never know. I think that every episode in our life has a meaning and use. Dominik’s death could kinda bring Sylvia to life (we’re not sure about it, but after she’s left her house it seems pretty possible).
The last film I’ve cried on was Forrest Gump. Now it’s the Sucide Room. I couldn’t say a word, when I finally switched my laptop of after watching the film. It disturbed me in the great way and made me thinking. That’s what the films should do. I’m really glad I’ve finaly seen it and totally proud of Poland-the country where it was made and where I live. One of the best films I know! Maybe too melodramatic, but that’s how the teens see reality, right?

Artysta/Zespół : HEMP GRU

Nazwa albumu : BRATERSTWO

Data wydania : 12.12.2012

Wytwórnia : DILL RECORDS

Hemp Gru na polskiej scenie hip hopowej jest praktycznie od samego początku. Kiedy powstawał ja miałem 6 lat, a Wilku i Bilon sny o lepszym jutrze i rozwoju polskiej kultury.

Z perspektywy 14 lat na scenie, dali zapamiętać się jako raperzy charakteryzujący się ulicznym stylem, charyzmą, przekazem i wielką determinacją w dążeniu do osiągnięcia swoich celów.
Dokładnie 4 dni temu wyszedł ich ostatni album zamykający trylogię “JLB” o nazwie “BRATERSTWO”.

Na album składa się tracklista, która tworzy kompilację 12 numerów ( plus 2 remixy ).

Album zaczyna świetnie obrazujący styl i przekaz ekipy, kawałek o takiej samej nazwie jak tytuł krążka czyli "Braterstwo", gdzie przewija nam się plejada polskich raperów, w większej części znanych i prezentujących swoje kilkuwersowe zwrotki dotyczące wspomnianego już wcześniej tytułu.

Należy tutaj wyróżnić, że beat, który wysmażył SWD idealnie nadaje się do klimatu kawałka. Nawet tak duża liczba gości nie irytuje, a tworzy mega energię ( chciałbym zobaczyć ich wszystkich na jednym koncercie ) i jak na pierwszy kawałek z płyty jest to przysłowiowe “wejście z buta”.

Przewija nam się w nim m.in HG, Żary, Peja, Lukasyno, Paluch,Bas Tajpan czy Jasiek MBH i Hudy HZD.

“Wiem, że warto” to tzw. motywator. HG nawija w nim żeby żyć na całego i zrobić wszystko co w naszej mocy, by spełnić swoje marzenia i być całkowicie szczęśliwym. Żary podsumowuje kawałek i dodaje swoje trzy grosze rapując, że w osiągnięciu tych celów niezbędna jest tzw. “miłość braterska”.

“Uliczna Liryka” to kwintesencja rapu, połączonego z elementami religijnymi. Krążą plotki, że Wilku jak i Bilon są masonami(?).

W tym kawałku nawet niewierni wyczują religijne dogmaty, a kozia trąbka i arabski klimat beatu przyprawia o gęsią skórkę. “Warszawa da się lubić” to kolejny kawałek o stolicy, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ci, którzy nie dostrzegają tu metafor i nawiązań do piosenek o tym tytule powinni szybko wygooglować to i odrobić zaległości.

Wilku parafrazuje tekst Muńka z T.Love, a Bilon i Kaczy przedstawiają swój punkt widzenia od bardziej kryminalnej strony ( m.in brak sprawiedliwości w ZK czy kamery na ulicach ). “Mary Mary” to pierwszy luźny numer na płycie, o tematyce, której nie muszę tłumaczyć. Jest w miarę okej, luźno i w sam raz na zielone dni. Z kolei “Srankster” to odpowiednik amerykańskiego “Wanksta”, kawałka 50 centa.

Jest to kawałek o tych wszystkich fałszywych pseudo gangsterach, którzy nic nie osiągnęli, a jak mają coś na 5 minut to czują się panami świata. Linijki Bilona i Wilka są bardzo trafne. Mocny numer. “Rok Smoka” to 4 minutowy kawałek o szanowaniu życia. Krótki przelot nad tym co dzieje się w Polsce. Wilku przelewa szczerą prawdę o sędziowaniu i wyrokach.

“Na luzingu” to rozkminka nad tym co wydarzyło się w życiu, ile melanży, ilu ludzi przewinęło się obok Bilona i Wilka i jak życie potrafi zaskoczyć z wielu stron.

Cormega na featuringu u HG. Tak. Beat rodem z GTA San Andreas w kawałku “Moja dzielnica”. Kojarzy mi się to z kawałkiem Pei “ The Bridge ” z Masta Ace'em. Moja dzielnica - wszystko w temacie. 

Na “Outro” składa się kilkanaście komentarzy odnośnie HG, ich twórczości i co znaczą dla polskich słuchaczy. Świetny pomysł na zakończenie albumu jak i trylogii i działalności.

Przez cały album słyszymy świetną robotę producencką. Bity jak i remixy to klasa sama w sobie. Wśród producentów przewija nam się SWD(!), Donatan, FUSO, Waco, czy np. Steez na deckach.

Moja ocena to 4 z plusem.

Za godne reprezentowanie ulicznego nurtu i klimat jaki tworzy cała ta załoga.

Elo

#2D

Kfiaty w Pudekó...

Duod :

… czyli recenzja ficu “Flowers in a Box”

siemkaaaa!!!!!!1112!!!1 

chciaalm ja wam opowiecieć o przecudnie słitaśnym i mondrym fanficiu, kótry cztaam ostatni. byu w nim sherluck i jhon, i szaczka i adnrson gupi mripierdardty i kfiaty w pudekó i skes. ale jki skeks. pszesłotkozajbeisty sesk!!!!!111!!!!

a wiec jonh i shreloc roswiansują zagdatkę jnohna i shrlrocka z psyszości, bo to barzo powaszny fici nawet oni umierajom tam i w ogule. al wrzystk odobrze siem konczy i anreson jest gupi gugpi gupig!!! a mardartyzwarty tez i chuj, ja już nie mogę, no! (Serio, podziwiam autorkę, że tak napisała cały fic, ja wytrzymałam tylko kilka linijek)

Zapewne bardzo was przeraziło powyższe kilka zdań. Słusznie, to dobrze o was świadczy. Ten styl pisania kojarzy mi się tylko ze spotkanym ongi przeze nie i jedną z moderatorek tzw. “Hujmanie” z deviantart. Tym bardziej dziwi, że jeden z najbardziej znanych ficów fandomu, Flowers in a Box, jest pisany właśnie takim stylem.

Szczerze mówiąc nie wiem jak ktokolwiek mógł stworzyć taki tekst. Może autorka obwiązała sobie ręce skórkami bananów, ale pisała mając na sobie te dwupalczaste rękawiczki, w dodatku dwa rozmiary za duże. Nie wiem. ale wiem, że stworzyła coś, czego teoretycznie nie powinno nawet chcieć się czytać. 

Pamiętam jak Flowers in a Box pojawiło się w fandomie. I cóż… mówiąc szczerze, bawiło ludzi od samego początku. Bo oto mamy fic z najokropniejszą pisownią i gramatyką, z cała masą literówek, że o idiotycznej fabule nie wspomnę. Sherlock i John (jak rozumiem, to ich autorka miała na myśli pisząc Sherolck i jonh), na tropie kolejnego morderstwa, które według dedukcji Sherlocka popełnił nie kto inny jak Anderson, gdyż jest on mendą. Następnie Anderson zatrudnia Moriarty’ego (w tym miejscu – właściwie nie tylko w tym, w wielu miejscach – autorka robi dygresję, że “nienawidzi Moriarty’ego” i “woli nazywać go moriFARTY”) aby zabił detektywa i jego przydupasa. Jim spełnia zlecenie, ale już w następnym rozdziale Sherlock – tam, ta, ta, dam! – powraca. 

Przez następne dwanaście rozdziałów mamy coś w podobnym tonie, cwaną mendę Andersona, Lestrade (nazywany tu “Lestranda”), Molly, itp. Wszyscy umierają przynajmniej raz, ale bohaterowie szybko zauważają, że dotykanie czaszki w mieszkaniu na Baker Street, powoduje… że postacie wracają z przeszłości. Ktokolwiek dotknie czaszki staje się swego rodzaju nieśmiertelny, bo nagle po prostu pojawia się jego “przyszłe ja”.

Nagle, w trzynastym rozdziale… okazuje się, że wszyscy, bohaterowie i czytelnicy, zostaliśmy ofiarą manipulacji ze strony autorki. Pojawiają się prawdziwi, NORMALNI John i Sherlock, a okazuje się, ze przygody niegramatycznych bohaterów, których przygody śledziliśmy z zapartym tchem przez poprzednie 12 rozdziałów, to ich upośledzone klony! Bo czaszka nie przenosi wcale w przyszłość, tylko stwarza klona osoby, która jej dotknie, im ich więcej tym są coraz głupsze i coraz bardziej różne od oryginału… tak więc John i Sherlock przez ten cały czas likwidowali klony swoje i znajomych, aż w końcu zostały tylko dwa, ale nie na dugo…

Jeśli myślicie, ze autorka już niczym was nie zaskoczy, to cóż, znowu zostaliśmy wpuszczeni w maliny. W kolejnym, ostatnim rozdziale, okazuje się, że to wszystko, to był… sen Johna! Ale czy na pewno tylko to?

Co jest wyjątkowego w tym ficu? Cóż, jeśli przebrniecie przez pierwsze dwanaście rozdziałów to doświadczycie najbardziej niespodziewanego zwrotu akcji, poza tym mamy dość niecodzienny przykład Mary Sue, a tytułowe kwiaty pojawiają się tylko raz, w zaskakujący miejscu. Ale chyba najważniejsze jest to, że ten fanfic to skrystalizowany fandom Sherlocka BBC: jeden wielki, idiotyczny do łez (ze śmiechu) crack. 

Podsumowując, nie każdy pewnie przebrnie przez początek, nawet jeśli zachęcę, że to z tego Fica pochodzą kultowe cytaty: “why don’t you go fuck a dinosaur anderson”, “the killer is Anderson because he is a douche”, “I DEDUCE THAT UOU AR SEXY”, “I HAVE AL SO TUOCHED HIS SKULL (…) and by skull i mean dick”, itp., pojawiające tu i tam na gifach i obrazkach. Jedno musicie zapamiętać. Cokolwiek fandom nakombinuje… czaszka będzie patrzeć.

patrzeć 

paczeć

pczaeć

Połączenie Zmierzchu, Tajemnego kręgu i serii odgrzanych kotletów, czyli przepis na książkę według Kami Graci i Margaret Stohl. 
Małe miasteczko, miłość dziewczyny o magicznych mocach i śmiertelnika, rodzina wiedźm, walka dobra ze złem, jakiś wampir po drodze, tajemnice z przeszłości, niczego nieświadoma reszta świata, bal szkolny i rąbnięta kuzynka. Brzmi znajomo? A no właśnie. 

Maggie Stiefvater - Wyścig śmierci

Moja recenzja

Nowiutka książka jeszcze pachniała farbą drukarską, gdy przed paroma dniami zaczynałam ją czytać. Premiera polskiego wydania miała miejsce 3 października. Dostałam ją od przyjaciela na urodziny. Strasznie się denerwował. Nie wiem, czy ci się spodoba, powtarzał. Sugerowałem się opisem z tyłu okładki. Pamiętam, że lubisz Igrzyska śmierci, i szukałem czegoś podobnego…

Spojrzałam na wspomniany opis na okładce. Rzeczywiście przywodził na myśl Igrzyska. Nastoletni bohaterowie i wyścig, w którym giną ludzie. I tylko jedna osoba może wygrać… I do tego robiąca ostatnio oszałamiającą karierę pierwszoosobowa narracja.

Zaczęłam czytać. Liczyłam na coś fajnego. Byłam ciekawa, jak odbiorę tę lekturę. Nie znam się na koniach, a przecież to o nich była cała książka. Ale nie tylko o zwykłych koniach, lecz o koniach morskich, krwiożerczych potworach, na których co roku najodważniejsi ścigają się w Wyścigu Skorpiona (tytuł oryginału to właśnie Scorpio Races - nie mam pojęcia, czemu polski wydawca go zmienił).

To, co mnie poraziło na samym początku, to oczywisty fakt, że tłumaczka - albo raczej korektor - spieprzyli sprawę. Wszędzie aż roiło się od kuriozalnych błędów interpunkcyjnych - na niektóre nawet bym nie wpadła! Co gorsza, zdarzały się też błędy ortograficzne. To mnie strasznie rozpraszało. Nie mogłam się skupić, gdy widziałam takie byki. Coś aż się we mnie gotowało. I jak dzieci mają dobrze pisać, skoro w książkach dla nich są takie potworne błędy? Sytuacja utrzymywała się mniej więcej przez ¼ książki. Potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki błędy zniknęły, więc podejrzewam, że korektor po prostu odpuścił sobie początek i w ogóle go nie sprawdził.

Wyścig śmierci to książka dla młodzieży. Ja poleciłabym ją czytelnikom, którzy ukończyli dwanaście lat. Górna granica? To już trudniej stwierdzić. Starsi (+18) mogą czuć niedosyt. Za dużo niewyjaśnionych luk w fabule (np. dlaczego Gabe musiał wyjechać? Przez całą książkę przewijała się ta tajemnica i w końcu zabrakło odpowiedzi). Poza tym brakowało głębi. Chodzi mi tu o sam sens tytułowych wyścigów. Jako że akcja rozgrywa się w naszym świecie, a jedynym fantastycznym elementem są morskie konie, to wypadałoby, żeby całość była bardziej realna. Przecież w cywilizowanym kraju nikt nie pozwoliłby na wyścigi z udziałem koni-ludojadów, a już zwłaszcza na wyścigi, które co roku pochłaniają kilka ofiar! W książce nikt nie robi z tego problemu. Przyjeżdżają turyści, zawodnicy trenują i giną. Trochę bez sensu.

Początkowo nie polubiłam bohaterów. Zachowywali się sztucznie, nawet ich dialogi były jakieś dziwne. Do tego dochodzi przewidywalność fabuły, której budowa była prosta jak budowa cepa: śmierć rodziców głównej bohaterki, która kocha konie, zgłoszenie się do wyścigów wbrew tradycji, przygotowania i treningi, miłość do jednego z zawodników, wyścig. Koniec. A jednak im więcej czytałam, tym bardziej mi się podobało. Stopniowo coraz bardziej przekonywałam się do dość schematycznych bohaterów. Zakochałam się w Seanie Kendricku. SEAN KENDRICK. Nic na to nie poradzę, kocham takie postacie! Chyba jak każda kobieta. Ech… Dobra, dosyć! Parę tekstów było wybitnie nie dla dzieci. Zaskoczyły mnie aluzje z erotycznym podtekstem, ślady szminki na kołnierzyku Amerykanina i rozmazana szminka na ustach Annie udającej się do spowiedzi następnego dnia.

Muszę przyznać, że umiarkowanie zaskakujące zakończenie mi się spodobało, a nawet wzruszyło. Gdy skończyłam, chciałam więcej.

Przeczytałam gdzieś, że książka ma być zekranizowana. Idealnie nadaje się na film. Ameryki nie odkryje, ale na pewno będzie fajnie obejrzeć. A co do samej książki - można przeczytać, ale nie trzeba. Mimo nowego elementu, jakim są morskie konie, brakuje jej trochę oryginalności. Ale jeśli szukacie łatwej, prostej książki do poczytania w drodze do szkoły czy pracy - polecam! Na pewno będziecie o niej rozmyślać… Choćby przez parę dni.

Performance in a Leading Role...

Czyli fanfic, który niepotrzebnie wydłużono o kilka rozdziałów.

Od razu zaznaczam – to tylko recenzja, nikomu nie każę myśleć podobnie. To jedynie moje refleksje.

MadLori znają chyba wszyscy, mają przy tym z nią love/hate relationship za Alone on the Water. Większość z was zna Performance. I chyba jeszcze słowa krytyki nie słyszałam na tego fica. Jako, że jestem szalona, podejmę się tego wyzwania.

Nie. Nie będę nikogo atakować, nie będę robić scen. Po prostu chcę napisać obiektywną recenzję. Ostrzegam – jest długa, ale trudno napisać krótką ocenę tekstu, który ma ponad sto siedemdziesiąt tysięcy słów.

Keep reading

Recenzja: "Brave Hearts" Justyny

Brave Hearts to opowiadanie science fiction pisane przez (zakładam, że każdemu dobrze znaną) Justynę, aka louisthelittleelf. Mimo, że zostały opublikowane dopiero dwa rozdziały, już mogę powiedzieć, że będzie ono świetne - i zupełnie inne od wszystkich ficów, które czytałam.

Bohaterami są Niall i Zayn, pierwszy to zdolny, młody botanik, drugi - zwykły członek klasy robotniczej. Obaj dostają się do programu Elizjum, dzięki któremu razem z innymi wybrańcami wylecą do Londynu 2.0 gdzie mają zacząć tworzyć miejsce do życia dla ludzi ze zniszczonej już Ziemi.

Nie spierajmy się z tym - każdy ocenia książkę po okładce. Muszę powiedzieć, że w tym wypadku okładka (nagłówek) od razu nas zachęca do otworzenia pierwszego rozdziału i rzucenia nań okiem. Mówiąc o kwestiach wizualnych trzeba przyznać, że zwiastun opowiadania jest niesamowity. Wprowadza w jego nastrój, zaciekawia… Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy moja reakcja była nie do opisania - bo wprost uwielbiam książki dystopijne, a z pewnością mogę tak nazwać Brave Hearts

Chociaż mamy do dyspozycji tylko dwa rozdziały to od razu można dostrzec, jak dobrze jest zbudowany świat w ficu, ze wszystkimi szczegółami, łącznie z materiałem, z którego zrobione są parasolki przechodniów. Taka dbałość o wszystko sprawia, że czyta się łatwiej, bo wszystko to kreuje również nastrój opowiadania. Tekst łatwo się czyta, styl Justyny jest łatwy i przyjemny. Rozdziały są przystępnej długości, akcja rozwija się w swoim własnym tempie…

Co mogę jeszcze powiedzieć? Fic zapowiada się niesamowicie, a jeśli gustujecie w książkach osadzonych w antyutopiach (i nie chodzi mi tylko o Igrzyska śmierci czy Niezgodną, ale też inne tego typu) zapraszam do zapoznania się z Brave Hearts :)

― Klara