realizmus

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność waszych dróg
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

— 

Posłanie do nadwrażliwych

Kazimierz Dąbrowski

Opowiadanie: Mikołaju, wierzę, że nie przyjdziesz

Było już dobrze po północy, gdy Szymek wreszcie odważył się wyjść ze swojego pokoju. Niepewnie wystawił głowę zza uchylonych drzwi i rozejrzał się po ciemnym przedpokoju, a gdy nie dostrzegł żadnego zagrożenia wziął głęboki oddech i opuścił swój azyl. Szedł powoli, starając się nie spowodować nawet najmniejszego hałasu, co nie było wcale takie łatwe, zważywszy, że poruszał się po ciemku, szczękając zębami z zimna i ze strachu.

W prawej dłoni ściskał kurczowo długopis i pomięty zeszyt, w lewej zaś podwędzone ze szkolnej stołówki pudełko zapałek swojego ukochanego Misia Inwalidę – jedyną zabawkę, jakiej ojczym nie odebrał mu po śmierci mamy, prawdopodobnie dlatego, że była w naprawdę opłakanym stanie: Miś Inwalida nie miał lewego ucha, a jedno z oczu zastępował różowy guzik. Wszystkie cztery łapki zwisały mu smętnie, z przetartego brzuszka wysypywały się trociny, a pluszowe futerko wypadało przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Słowem Miś nie był warty nawet złotówki.

Przynajmniej dla wszystkich, poza Szymkiem. Była to jego pierwsza i zarazem – co do tego chłopiec nie miał żadnych wątpliwości – ostatnia zabawka, jedyna istniejąca pamiątka po zmarłych rodzicach. Z tym, że nie będzie miał się czym bawić, zdążył się już dawno pogodzić, ale zaakceptowanie samotnego życia z ojczymem, który kochał piwo i alkohol zamiast niego nie przychodziło mu już tak łatwo. Chciał żeby mama wróciła i go stąd zabrała. I tata też – ten prawdziwy.

– Odwagi, Misiu! – szepnął, chcąc dodać sobie otuchy. – Mikołaj nie może do nas przyjść, ale to nie znaczy, że my możemy o nim zapomnieć!

Dotarł jakoś do Kominka – tak mama nazywała stary piec kaflowy, którego od lat nikt nie używał. Bardzo żałował, że nie może w nim napalić i trochę się ogrzać, ale o paleniu nie było mowy – nie miał czym, drewna nie mieli, bo w mieszkaniu było centralne ogrzewanie. Było, aż do przed wczoraj, kiedy to kaloryfery, nagle, bez ostrzeżenia zrobiły się zimne. Prądu też brakło.

– Trzeba było zostać dłużej w szkole – westchnął, otwierając zeszyt na ostatnie stronie. Pewnie nawet by został, ale – wstyd przyznać – przez wigilię klasową, na której wszyscy, włącznie z Szymkiem, dostali po paczce czekoladek od fałszywego Świętego Mikołają, list do tego prawdziwego dupełnie wyleciał mu z głowy. A słodyczami i tak się długo nie nacieszył, bo zostały mu brutalnie odebrane, gdy tylko wrócił do domu. – Szkoda, że to nie był prawdziwy Mikołaj… Mógłbym z nim porozmawiać, zamiast pisać list.

Zapalił pierwszą zapałkę i zaczął pisać na ostatniej stronie zeszytu.

– Kochany Święty Mikołaju! – wyszeptał, powtarzając zapisywane słowa. – Przepraszam, że… au!

Rozejrzał się dookoła, upewniając się, że jego krzyk nie obudził ojczyma, ale w ciemności i tak niczego nie widział. Zapalił kolejną zapałkę, obiecując sobie, że będzie bardziej ostrożny i tym razem się nie poparzy.

– Przepraszam, że piszę tak późno. Pewnie dostaniesz mój list dopiero po Świętach, ale to nic. Nie proszę Cię o zabawki, bo… – Szymek zawahał się. Nie wypadało chyba pisać ojczym w liście do Świętego Mikołaja? Nie, to nieładne słowo. – …bo tata i tak je zabierze. Pewnie się go trochę boisz i dlatego nie przyjdziesz. Ja też się boję. Nie przychodź. Wierzę w Ciebie i tak. Wierzę, że nie przyjdziesz.

To nie był najlepszy list do Świętego Mikołaja, jaki zdarzyło mu się napisać. Te najlepsze pisała mama, on tylko dyktował… Wtedy Mikołaj przychodził – ten prawdziwy. Nie bał się przyjść…

– Jeśli spotkasz gdzieś Mamę, powiedz jej, że ją kocham i bardzo tęsknię. Za Tatą też, chociaż jego prawie nie pamiętam. Muszę już kończyć. Mam nadzieję, że się kiedyś sobaczymy. Jak już będę mieszkać w bezpiecznym miejscu. Wtedy przyjdź. Będę czekać. Szymek.

Kilka godzin temu układał sobie w głowie treść tego listu, ale teraz jakoś nie potrafił jej sobie przypomnieć, nie potrafił znaleźć lepszych słów, choć wiedział, że to nie był dobry list. Tak nie powinien wyglądać list do Świętego.

Została mu jeszcze jedna zapałka – za mało, żeby napisać coś więcej, zwłaszcza, że musiał jeszcze wysłać list. Po omacku wyrwał kartkę z zeszytu, a potem dwa razy złożył ją na pół i napisał na wierzchu Do Świętego Mikołaja, mając nadzieję, że elfy będą w stanie to odczytać.

– Proszę, przyjdź – wyszeptał, wkładając list do pieca i zapalając ostatnią zapałkę. Jego mama zawsze tak robiła: paliła listy, żeby uniosły się wysoko w powietrze. Twierdziła, że Mikołaj zabierze je, gdy będzie przelatywać nad ich kominem. – Przyjdź… – powtórzył.

Nie chciał zabawek ani słodyczy. Chciał, żeby ktoś – naprzykład Święty Mikołaj – pogłaskał go po głowie i powiedział, że był grzeczny, zamiast bić i nazywać cholernym, bezużytecznym bękartem. Tylko tyle.

Ale Mikołaj nie przyjdzie i to wcale nie dla tego, że nie istnieje, jak twierdzili niektórzy rówieśnicy Szymka. Istnieje i dba o dzieci na całym świecie, dlatego nie może przyjść. Nie może ryzykować, że ojczym ukradnie mu czyjeś prezenty… Nie wolno mu.

Ostatnie iskry w Kominku zgasły, a Szymek wstał i powoli ruszył w stronę swojego pokoju, wciąż mając przed oczami jasny płomyk, który posłał jego słowa w niebo. Zrobił to, co powinien, ale mimo to czuł się źle. Wiedział, że Mikołaj nie przyjdzie. Wiedział, że jutro nie ma już szkoły, więc cały dzień będzie musiał spędzić z ojczymem. Prawdopodobnie nie dostanie też niczego do jedzenia, chyba że uda mu się wymknąć i wyżebrać coś od sąsiadów… A może zaproszą go na Wigilię?

Wsunął się pod kołdrę i zrobiło mu się jeszcze zimniej. Przez moment miał nawet nadzieję, że zamarznie jak Dziewczynka z Zapałkami i trafi do Nieba, do swoich rodziców i Świętego Mikołaja. Właściwie to mogłoby się stać, w końcu, podobnie jak ona, wypalił wszystkie zapałki, jakie tylko miał. Co prawda nie zrobił tego, by się ogrzać, tylko żeby móc napisać list, ale co to za różnica?

Nie, wcale nie zamarznie. Było mu zimno, ale nie aż tak zimno.

Nagle serce podskoczyło mu do gardła, bowiem usłyszał jakiś hałas dobiegający z przedpokoju. Chwilę później drzwi jego pokoju otworzyły się szeroko.

Szymek po raz ostatni patrzył, jak się otwierają. Ostatni raz leżał też w łóżku, drżąc ze strachu przed tym, że mogą się otworzyć.

Posłanie do nadwrażliwych

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi

Kazimierz Dąbrowski

2

KÖRFAHRT

Kende János

1961 és 1965 között volt a Színház- és Filmművészeti Főiskola hallgatója, több, mint húsz éve az iskola oktatója, Jancsó Miklós alkotótársa, Kossuth- és Balázs Béla-díjas operatőr. Hosszú körfahrtjai a közép-európai újhullám filmnyelvének megújítójává tették.

A körfahrt, olyan hosszú beállítás, ami a kamera speciális körmozgatását igényli. A realizmus és a mozgás állandóságérzetét eredményezi.

anonymous asked:

Wiem, że to pytanie pewnie już się tu pojawiało, ale mam nadzieję, że odpowiesz. Co studiujesz i w jakim zawodzie chciałabyś pracować w przyszłości?

Połączę te dwa pytania w jeden post, to wszystko będzie jasne. Odpowiadając na drugie - nie, nie jestem psychologiem, ani nawet psychologii nie studiuję, choć uznam to pytanie za ogromny komplement! Prawdopodobnie pytasz o to, ze względu na moje odpowiedzi, więc wyjaśniam: ogromnie dużo czytam - książek, wywiadów ze specjalistami, co ważne, bardzo dużo rozmawiam i lubię rozmawiać. Pojawił się pomysł pójścia na psychologię, ale ostatecznie wygrała pasja do słowa, dlatego studiuję filologię polską, robiąc naraz dwie specjalności - komunikację medialną i artystycznoliteracką. “Psychologią” zajmuję się w wolnym czasie i zapisuję to w cudzysłowie nieprzypadkowo. Interesują mnie relacje międzyludzkie, dlaczego robimy właśnie tak, a nie inaczej, z czego biorą się nasze reakcje, decyzje, mechanizmy, które nimi kierują… a to zaledwie skrawek psychologii. Z resztą, nie wiem nawet czy mogę nazwać to pasją, bo czasem to przekleństwo. Mam skłonność do ogromnej autorefleksji, dlatego czy chcę, czy nie chcę, wszystko wiecznie analizuję i potem dostaję na głowę, także wynika to bardziej z wewnętrznej potrzeby, niż czystej pasji. Po prostu nienawidzę nie wiedzieć i nie rozumieć, dlatego jak nie jest mi dane uzyskać odpowiedź, to potem siedzę i myślę. Nie mam wiedzy biologicznej, wszystko na czym się opieram, to doświadczenia własne i innych, tony rozmów, książki, wypowiedzi specjalistów. Nigdy nie zakładam, że mam stuprocentową rację, bo każda moja opinia czy wniosek dotyczy analizy jakiejś konkretnej, złożonej sytuacji. Można z tego jak najbardziej czerpać, dlatego też odpowiadam na wasze pytania, bo po prostu lubię to robić, ale przestrzegam przed odbieraniem każdej odpowiedzi dosłownie. Do wszystkiego należy podchodzić z dystansem, bo sytuacje zawsze się czymś różnią, a czasem te różnice zmieniają cały obraz i mogą poprowadzić analizę w zupełnie innym kierunku. Cieszę się, że lubicie czytać moje odpowiedzi, ale to tylko moje opinie - zawsze poparte historiami z życia, ale jednak opinie, dotyczące jakiejś jednej konkretnej sytuacji, więc podchodźcie do tego z głową. :) 

Co chciałabym robić w przyszłości? Jasne, najprawdopodobniej skończę filologię polską. To taki kierunek, który ogromnie poszerza horyzonty i to jego największy plus. Po psychologii jesteś psychologiem, a po filologii możesz pracować w szkole, bibliotece, archiwum, agencji reklamowej, wydawnictwie, wszelkich instytucjach kultury… O plusach tego kierunku pisałam już w osobnym poście, jeśli kogoś to interesuje, to zapraszam: http://polskie-zdania.pl/post/142967937366/na-jakich-studiach-jeste%C5%9B-podoba-ci-si%C4%99-tw%C3%B3j


Wracając do pytania, lepsze byłoby chyba ‘Gdzie chciałabyś być w przyszłości’. Problem w odpowiedzi leży w tym, że jestem typowym człowiekiem ‘z pieprzem w tyłku’, który nie może usiedzieć na miejscu, “bo życie ma tyle do zaoferowania!”. Oprócz języka i słowa mam też mnóstwo innych rzeczy, którymi chciałabym się zajmować. Od siedmiu lat tańczę, od roku ćwiczę jogę, chodzę na siłownię, ostatnio zaczęłam ćwiczyć na kole akrobatycznym aerial hoop, udzielam się w teatrze, piszę teksty piosenek, prowadzę bloga, uwielbiam podróżować i marzę o zrobieniu licencji pilota. Za dużo marzeń, za mało realizmu? A może wiary w siebie? I za dużo strachu. Tak, ja to mówię. Ta, która zawsze tak namawia, żeby ryzykować i próbować. Nie będę was przekonywać, że tak w 100% się do tych wszystkich złotych rad stosuję, bo to by było za proste. Mi też nie zawsze wychodzi, choć staram się jak mogę. Dla takich osób, jak ja problemem jest brak jednej wizji przyszłości, bo w jednym momencie chciałabym wydać książkę, lecieć na Kubę, tańczyć w teatrze tańca i robić licencję pilota. Czasami zazdroszczę osobom, które od zawsze wiedziały, kim będą i konsekwentnie do tego dążą. Interesuje mnie za dużo rzeczy, bym tak po prostu umiała skupić się na jednej. Za dużo drzwi do otwarcia, a za mało czasu? Pieniędzy? Pewności siebie? Na pewno będę bardzo często zmieniać swoje miejsce - to chyba jedyne, co o tej przyszłości wiem.