powojennymodernizm

Mateusz Kazula
Blokersi 2.0


Na fali zainteresowania powojennym modernizmem bloki zyskały drugą młodość. Nawet jeśli to za dużo powiedziane, to przynajmniej częściowo zdjęto z nich odium bezdusznej architektury. Kolejne pokolenia Polaków, pozbawione przykrych obciążeń płynących z doświadczania codzienności w Polsce Ludowej, odczuwają osiedla z wielkiej płyty bardziej jako miejsce swoich narodzin, zabaw czy dorastania, niż przykre betonowe wsie. Są uwolnieni od re-sentymentalnego oporu wobec wszystkiego co wiążę się okresem władzy komunistycznej. Mieszkać czy być wychowanym w bloku nie jest już żadnym wstydem. Zresztą czemu miałoby być, skoro wielka płyta stanowi niemal 40% substancji mieszkaniowej w Polsce?

Socmodernizm stał się w ostatnich latach modnym tematem, szeroko dyskutowanym nie tylko w kręgach historyków sztuki i architektury, projektantów i pasjonatów, ale również pośród amatorów. Budownictwo PRL-u zyskało wreszcie właściwy kontekst, szukający balansu pomiędzy tym co polityczne, gospodarcze, społeczne, estetyczne czy wręcz abstrakcyjne. Wystarczy spojrzeć na liczbę nowych publikacji na ten temat, na ilość spotkań, debat, prezentacji, co przekłada się na rosnącą skalę uczestnictwa obywateli w procesie odkrywania i rozumienia lokalnej architektury.

Bez tej symbolicznie rozumianej pracy, takie obiekty jak Audytorium Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego nie trafiłyby na listę zabytków. W konsekwencji upominamy się nawet o miejsce na chronionym rejestrze dla wybudowanego już w roku 1993, kontrowersyjnego domu towarowego Solpol. Powojenna architektura, wraz z tą zbudowaną po 1989 roku, zyskuje odpowiednie historyczne sensy i kulisy.

Co więcej, powojenny modernizm trafił z całą siłą do popkultury. Bloki pojawiają się w klipach muzycznych, na plakatach imprez czy gadżetach. Przy czym nie chodzi tu o subwersywne wykorzystanie ich architektonicznego potencjału do krytyki dawnego systemu. Jest to po prostu społeczna i estetyczna aneksja, symboliczne przyjęcie do zbioru pozytywnych znaczących naszej polskiej współczesności. Mieszkalny wieżowiec zdobi bardzo popularną płytę „Krystyna” duetu Ptaki, wydaną przez wytwórnię The Very Polish Cut-Outs, która specjalizuje się w remiksowaniu utworów z rodzimej fonoteki, szczególnie zaś peerelowskich szlagierów i zaginionych pereł. Słynne imprezy Boiler Room, polegające na transmisji setów didżejskich na żywo, rozprzestrzeniły się z Londynu aż na cały świat. W końcu zawitały też do Polski. Edycja warszawska miała miejsce w modernistycznym pawilonie „Emilia”, a więc obecnym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, w Krakowie zaś wybrano Hotel Forum. We Wrocławiu do zbudowania identyfikacji wizualnej i promocji wydarzenia wykorzystano zdjęcie „Sedesowców”, czyli zespołu punktowców przy placu Grunwaldzkim autorstwa Janiny Grabowskiej-Hawrylak. W katowickich sklepach z pamiątkami można kupić pościel we zwór „łusek” ze Spodka czy kubki stołówkowe z napisem „Tauzen” (zwyczajowa, lokalna nazwa „Osiedla Tysiąclecia”).

Na przestrzeni lat pojęcie „blokersi” jakby zniknęło z językowej mapy kraju. Dokument telewizyjny Sylwestra Latkowskiego pod tym samym tytułem stara się sportretować panoramę polskiej kultury hip-hopowej wczesnych lat dwutysięcznych. Oprócz samych raperów takich jak Eldo czy Peja, występują w nim również graficiarze i breakdancerzy. W tym samym czasie popularność zdobywała Paktofonika, o której opowiada film „Jestem Bogiem”. Co uderza w filmie Latkowskiego jak i historii „Magika” to obraz ubóstwa w jakim żyli bohaterowie, stale trapieni przez brak pieniędzy. Być może to nieco podrasowana filmowa kreacja, zdaje mi się jednak że przełom nowego milenium był jednym ze smutniejszych i mroczniejszych okresów w historii powojennej Polski. Koniec lat 90-tych to czas gdy upadły obietnice transformacji a dawne opozycyjne ideały się skompromitowały, wytwarzając specyficzną przestrzeń marazmu i agresji. To ciemny czas braku perspektyw, gdy ani rządy prawicowe ani lewicowe nie okazały się skuteczne. Nie staliśmy się przecież drugą Japonią jak zapewniał Lech Wałęsa, nie byliśmy też jeszcze w Unii Europejskiej, z której w końcu popłynęły strumienie funduszy na unowocześnienie i uszczęśliwienie kraju. „Blokersi” opowiadają o Służbie Ochrony Kolei strzelającej z ostrej amunicji do malujących pociągi i znęcającej się nad złapanymi. Mówią o poczuciu osamotnienia w swoich rodzinach, alkoholizmie, bezrobociu, społecznej niechęci dla ich muzyki i ubioru. Tłem wywiadów są wielkie osiedla, jeszcze zanim dotknęła je ręka termomodernizacji. Brudne ściany tworzą raczej upiorny krajobraz, który dodaje dramaturgicznej siły wypowiadanym słowom.

To nie przypadek, że rap, który powstał z poczucia wykluczenia i dyskryminacji jako uliczna fraza czarnych, w Polsce wybuchł z pełną mocą właśnie na blokowiskach. Stał się ujściem dla frustracji i bezsilności, ucieczką przed domową przemocą czy systemowymi barierami. Również pierwsza płyta Cool Kids Of Death, którą media efektownie wpisały pojęcie „generacji nic”, nie bez pomocy samych zainteresowanych, powstała w ciasnych warunkach łódzkiej wielkiej płyty. Nawet jeśli artystyczna wizja CKOD była bardziej złożona i uruchamiała inne muzyczne analogie, to poziom złości na potransformarmacyjną apatię był ten sam. Co ciekawe, za jeden z pierwszych “rapowanych” utworów w Polsce uznaje się “Nie ma ciszy w bloku” zespołu Deuter, o zdecydowanie punkowym rodowodzie.

Trudno ocenić czy i w jakim stopniu surowe walory architektoniczne bloków miały wpływ na muzyczne kierunki i inspiracje. Być może jedynie radykalizowały przekaz, dodawały mu autentyczności. Mówiąc inaczej, bloki były jednym z aktorów w złożonym zespole zjawisk wypływających z powojennych dziejów Polski, które sprawiły, że pokolenie urodzone w późnych latach 70-tych i wczesnych 80-tych przemówiło takim głosem. Należy też dodać, że w tym konkretnym czasie, bo w poprzednich dekadach na blokowiskach rekrutowały się bandy punkowe czy popowe. Zespół Rotary, autorzy jedynego hitu „Na jednej z dzikich plaż” (1996), mieli pochodzić z wrocławskiej Różanki. W wielkiej płycie mieszkali pewnie również muzycy z filharmonii, miłośnicy jazzu i didżeje techno. Wykucie się terminu „blokersi” w odniesieniu do kultury hip-hopowej świadczy głównie o tym, że w danym okresie był to najatrakcyjniejszy sposób mówienia o swoich problemach dla młodzieży mieszkającej w blokach. Opis życia na blokowiskach był raczej środkiem stylistycznym, próbą zwrócenia na siebie uwagi, mówieniem w w swoim, bliskim języku, niż celem samym w sobie. Wiele nam to jednak mówi o ówczesnej kondycji kraju w ogóle.

Wracając do czasów współczesnych, znajomy producent muzyki elektronicznej chwalił mi się, że mieszkając na wspomnianym katowickim „Tauzenie” ma doskonałe warunki do robienia techno. Również młody zespół z Zabrza The Dumplings nagrywa utwór „Betonowy Las”. W typ wypadku nie jest to już jednak rodzaj raportu z betonowego getta. Wielkopłytowe sąsiedztwo staje się źródłem bodźców i napędów do rozwijania kreatywnych wizji. To co niegdyś wydawało się wyparte i odrzucające, zgrzebne i meczące, masowe i nijakie, dziś pobudza w innym sposób.

Fotograf Martin Maleschka od wielu lat fotografuje opuszczone scenerie dawnych Niemiec Wschodnich. Jego zbiór zdjęć zawiera kilka tysięcy perfekcyjnie wykadrowanych zdjęć pod tytułem „Rampant Mediocrity”, a więc „szalona przeciętność”. Wielu fotografów zainteresowało się również przepastnymi rosyjskimi przedmieściami. W kraju gdzie blokowiska stanowią jeszcze większy odsetek powierzchni mieszkaniowej, w betonowych zaułkach zaczęły wykluwać się nowe trendy i ruchy, plastyczne czy modowe, które w awangardowy sposób czerpią z tych dziwnych trudnych i ciernistych światów. Być może na koniec warto przytoczyć cytat z artykułu Anastazji Fedorovej dla The Guardian:

„Lecz dla młodej generacji, czerpanie z blokowisk w ich kreatywnej praktyce jest również przyjmowaniem tego kim tak naprawdę są. Dobrym przykładem jest projekt „Holodno” Avdotji Alexandrowej: marka ma w ofercie tylko jeden produkt, sweter z wyrazem Холодно („zimno” po rosyjsku). Na jednym ze zdjęć piękni młodzi ludzie stoją na balkonie, a za ich plecami wyrastają wielkie białe wieżowce. To sposób na powiedzenie: „tak, w Rosji jest zimno, tak jesteśmy Rosjanami, choć wcale tego nie wybraliśmy i tutaj przynależymy.” Nie należy tego rozumieć w sposób nacjonalistyczny, to raczej wyrażenie poczucia, że nie tylko najbiedniejsi i najbardziej zrezygnowani pochodzą z przedmieść; wszyscy pochodzimy.”

*niniejszy tekst stanowić będzie również część publikacji zin001 autorstwa wrocławskiego kolektywu regime brigade, na temat sztuki ulicy i tkanki miejskiej. Premiera - grudzień 2015.*

Fot. Jędrzej Franek. #architecture #modernism #concrete #block #miastoprojekt #70s #sovmod #powojennymodernizm #sky #spring #intense #archilovers #brutal_architecture #archdaily #streetphoto #street_perfection #visualsofstreet #rsa_streetview #justgoshoot (w: Święty Marcin)

Made with Instagram