paluszka

witam. ciekawe, bardzo ciekawe będzie to, co teraz napiszę. (albo nie ciekawe) spać nie spałam znowu przez całą noc. ale to była wyjątkowa noc, bo uświadomiłam sobie, że ludzie z problemami psychicznymi głównie jest to depresja, o ile nie tylko depresja.. są pieprzonymi egoistami. tak, ja też. chcemy, aby życie owijało się nam wokoło paluszka.. wszystko było idealne.. tylko jednego nie wiem? co o tym myśleć? wybaczcie, jeśli was to uraziło, ja sama poczułam ból uświadamiając to sobie.

I żyli długo i szczęśliwie(część trzecia)

ILOŚĆ STRON: 32
TYTUŁ: I żyli długo i szczęśliwie(trzecia część „Tylko mnie kochaj”)
BOHATEROWIE: Larry Stylinson
BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI: Darcy Tomlinson, Nolan Tomlinson, Bonnie Tomlinson, Gemma Styles, rodzice chłopaków, Zayn Malik, Latifa Malik, lekarze, dyrektor szkoły
OSTRZEŻENIA: Wulgaryzmy, +18, miłość męsko-męska, mężczyzna w ciąży
UWAGI: One Direction nie istnieje; przypadek z opowiadania nie ma medycznego uzasadnienia
KRÓTKO O TREŚCI: Problemy, związane z szarą codziennością dają się coraz bardziej we znaki. Dzieci dorastają, a młodość nieubłaganie przemija, zabierając ze sobą najlepsze lata życia. Louis z Harry’m potykają się na swojej wspólnej drodze i nie zapowiada się, by cała historia zakończyła się dobrze. Czy zrządzenie losu sprawi, że nadal będą szczęśliwi?


Zawsze myślałem, że najgorsze mam już za sobą. To, jak barwne i nieprzewidywalne za razem stało się moje życie pod wpływem dzieci, ciężko jest nawet określić stosownymi słowami. Wszystko działo się zdecydowanie zbyt szybko, a ja najzwyczajniej w świecie nie nadążałem, choć próbowałem wszelkimi siłami. Nolan rósł jak na drożdżach i chociaż on, jako jedyny, nie sprawiał większych problemów wychowawczych. Oczywiście, musiały odbyć się liczne bijatyki z wyborem przedszkola, bo rzecz jasna nie chciałem ustąpić i wręcz zażądałem, by Harry pozostawił go w domu pod moją opieką, na co kategorycznie się nie zgodził, sugerując, że przy mnie nie wyrośnie z niego nic dobrego. I po części miał racje, bo stałem się typem człowieka, który potrafił zagłaskać na śmierć. Nie miałem twardej ręki i wiem, że nigdy jej mieć nie będę. Wyznaczanie kar wykraczało poza moje kompetencje, ja tylko i wyłącznie nagradzałem. Nieważne, że za przewinienia także. Nie umiałem się złościć, nie umiałem wymagać, nie umiałem o nic poprosić, toteż dzieciaki szybko zaczęły wchodzić mi na głowę. Nad wszystkim czuwał jednak zielonooki, który był moim kompletnym przeciwieństwem. Darcy i Nolan mieli wobec niego pełen respekt i nie pozwalali sobie na jakiekolwiek przewinienia w jego obecności. Gdy były ze mną – robiły wszystko, dosłownie wszystko, wiedząc, że nie spotka ich za to żadna przykra konsekwencja. Kochałem te dzieciaczki, nie potrafiłem wobec nich zachowywać się jak surowy ojciec, którym był Harry. Z chłopcem nie mieliśmy żadnych problemów. Początkowo trochę grymasił i narzekał na swoją nową szkolę, jednak szybko wyperswadowaliśmy mu, że osiem lat zobowiązuje i powinien zachowywać się jak przystało na małego mężczyznę, którym z dnia na dzień się stawał. Szybko polubił szkolnych kolegów, z którymi rozrabiał na przerwach między zajęciami i często spotykał się w weekendy, robiąc sobie całonocne seanse filmowe. W głębi duszy wiedzieliśmy, że jest jeszcze zbyt mały, by pozwalać mu przesiadywać kilkanaście godzin przed telewizorem, ale od czasu do czasu robiliśmy wyjątki, by był w pełni zadowolony. Sam nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak szybko biegł czas. Pamiętałem tak dokładnie dzień, w którym się urodził. Pamiętałem ten wyjątkowy moment, gdy pielęgniarka podała mi go, owiniętego w miękki, niebieski kocyk, a ja rozpłakałem się ze szczęścia. Tak długo na niego czekałem. Dziewięć miesięcy, podczas których rozwijał się pod moim sercem, ciągnęło się niesłychanie długo. W przeciwieństwie do ciąży z Darcy, miałem wrażenie, że to trwa latami. Być może było to też spowodowane tym, że wiedziałem już, jak to wszystko powinno wyglądać. Gdy nosiłem w sobie naszą córkę, wszystko było dla mnie nowe i przerażające, a szybko biegnący czas przyprawiał mnie o dreszcze. Bałem się wówczas tak bardzo, że nie jestem w stanie określić tego żadnymi słowami. Teraz jednak było już po wszystkim. Miałem dwójkę dzieci, wesoło brykających po domu i nie potrzebowałem niczego więcej prócz nich i mojej zielonookiej, długonogiej piękności. Harry zawsze był, jest i będzie moim ideałem. Nikt by się nie spodziewał, że z naszej małej królewny wyrośnie prawdziwa bestyjka z piekła rodem. Darcy dawała nam popalić i była naprawdę niesforna. Opanowanie tej dziewczyny graniczyło niemalże z cudem i czasami nawet Styles wysiadał przy niej w przedbiegach. Zdecydowanie na za dużo pozwalaliśmy jej, gdy była mała, a teraz tylko i wyłącznie wychodziły efekty bezstresowego wychowania. Robiła z nami wszystko to, co chciała, a my byliśmy na każde skinienie jej paluszka. Problemy z nią zaczęły się w momencie, w którym skończyła dwanaście lat. Przeniesienie jej do lepszej, bardziej odpowiedniej dla niej, szkoły było największym błędem, jaki dane nam było popełnić. Ani ja, ani Harry nie sądziliśmy, że już w tym wieku da się wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. Mama zawsze powtarzała mi, z czego słyną te renomowane szkoły i nie pomyliła się. Nasza córka na co dzień musiała przebywać wśród superbogatych, nadąsanych i oklętych młodych panienek, które miały wszystko podane jak na tacy, a jednym tupnięciem nogi sprawiały, że wszyscy padali przed nimi na kolana. Potrafiły nawet zastraszyć nauczycieli, który podciągali im oceny przy każdej sposobności. I taka właśnie stała się nasza jedyna córeczka – zaczęło jej się wydawać, że może wszystko. W zasadzie przy mnie mogła, przy drugim tacie zachowywała resztki zdrowego rozsądku. Gdy rano dzwonił budzik, zwiastujący wyjście Harry’ego do pracy, przełykałem głośno ślinę, wiedząc, że za jakieś pół godziny zostanę sam z dwójką rozszalałych pociech, które z całą pewnością zrobią wszystko, by ominąć jeden dzień w szkole. Sytuacja powtarzała się każdego ranka, gdy zielonooki znikał za drzwiami wejściowymi, a oni słyszeli, jak odjeżdża z piskiem opon. Kończyło się to tym, że dzieci beztrosko siedziały, oglądając telewizję, podczas gdy ja wypisywałem im szkolne zwolnienie. Nie radziłem sobie i to mnie martwiło. Miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś popełniłem błąd, że nie jestem dla nich takim ojcem, jakim być powinienem. Chciałem, by to uległo zmianie…

                                                                       ***

- To wbrew pozorom nie jest takie łatwe, jak Ci się wydaje… - powiedziałem ściszonym głosem, idąc przez park ramie w ramię z blondwłosą Gemmą. Jej włosy w zabawny sposób falowały na delikatnym wietrze, od czasu do czasu opadając jej wprost na twarz. Ze zdenerwowaniem odgarniała niesforne kosmyki, co jakiś czas niechcący we mnie wpadając. Nolan biegał radośnie przed nami, próbując złapać jakiegoś fruwającego owada. Śmiał się w niebogłosy, ganiając to tu, to tam, kompletnie nie reagując na moje prośby. Opadłem zrezygnowany na jedną z ławek, chowając twarz w dłoniach. Dziewczyna stała nade mną i z całą pewnością obserwowała mnie niezrozumiałym wzrokiem. Gemma nigdy się nie poddawała i zawsze wydawało jej się, że byłaby w stanie uporać się ze wszystkim. Udzielała mi rad, które być może i były dobre, ale w przypadku moich dzieci absolutnie się nie sprawdzały. – Te diabły mnie wykończą. – szepnąłem, opierając głowę o twarde deski drewnianej ławki. Blondwłosa przysiadła koło mnie, obejmując mnie pocieszająco ramieniem. Gdyby ktoś obserwował nas z daleka, uznałby, że jesteśmy z całą pewnością świeżo upieczonym, szczęśliwym małżeństwem.
- Spokojnie, Louis. – szturchnęła mnie w ramię. – Ty zawsze za bardzo wszystko przeżywałeś. Przejmujesz się, choć nie masz ku temu stosownych powodów. – spojrzałem na nią spode łba, posyłając jej nietęgą minę. Zmierzyłem wzrokiem biegającego w oddali chłopca, po czym spojrzałem jej prosto w oczy. Tak bardzo przypominały te, które posiada Harry. – Oh, wiesz, co mam na myśli… - dodała od razu. - Chodzi mi o to, że martwisz się teraz, a co zrobisz, gdy Darcy dorośnie i zacznie chodzić na imprezy? Pozna jakiś szemranych chłopaków, którzy nie przypadną Ci do gusty albo jak, co gorsza, po jeden z dzikich balang oznajmi wam, że jest…
- Dobra, Gems! Zrozumiałem. – rzuciłem momentalnie, nie pozwalając jej dokończyć. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, co pragnie przekazać mi blondynka, jednak nie chciałem słuchać, że może być jeszcze gorzej. Wystarczyła mi świadomość, że Nolan nie traktował mnie poważnie, a Darcy okręcała mnie wokół swojego palca tak, jak tylko jej się podobało. Dzisiejszego ranka pokazała mi dobitnie, na co ją stać. Myślałem, że rozszarpie ją na drobne kawałeczki, gdy stanęła przede mną w krótkiej, czarnej sukience i koronkowych pończochach, oznajmiając, że tak oto wychodzi na dzisiejsze lekcje. Gdybym tylko mógł i gdybym nie był jej ojcem, z całą pewnością ściągnąłbym z niej te ciuchy, które powodowały, że wyglądała po prostu na pustą, nieszanującą się dziewczynkę, którą przecież nie była. Dawaliśmy jej wszystko, dbaliśmy o nią i o jej dobry wizerunek, a ona skutecznie pokazywała nam środkowy palec, z dnia na dzień wymyślając inne, kontrowersyjne akcje. W zeszłym tygodniu przefarbowała włosy na czarno, robiąc na nich bordowe pasemka. Wtedy myślałem, że już gorzej być nie może. W głębi duszy chciałem wierzyć, że to tylko jakiś buntowniczy okres, choć nie przypominałem sobie, bym w jej wieku miał równie dziwne i niestosowne pomysły. Harry, gdy miał dwanaście lat, był aniołkiem. Zacząłem myśleć, że podmienili mi ją w szpitalu, bo niemożliwym było to, że wyrósł z niej diabeł w ciele kobiety.
- Wyluzuj, Tomlinson, bo źle się to dla Ciebie skończy. – położyła głowę na moim ramieniu, wyciągając ręce w kierunku biegnącego Nolana. Mały chłopczyk wpadł prosto w jej ramiona, uśmiechając się szczerze. Uwielbiał tę dziewczynę, tłumacząc to tym, że jest taka sama, jak i on. I było w tym wiele racji. Gemma także lubiła szaleć i niczym się nie przejmowała. Miała trzydzieści cztery lata, dokładnie tyle samo, co ja, a nadal się nie ustatkowała, sugerując, że stadne życie zdecydowanie jej nie odpowiada. Nie miała ani męża, ani dzieci w planach, a jednak żyło jej się dobrze i niczego jej nie brakowało. Czasami żałowałem, że nie mogę przez jeden dzień pobyć sam ze sobą. Miałem obowiązki, miałem wyznaczone zadania i musiałem być odpowiedzialny, czy tego chciałem, czy też nie. Taka była rola ojca i wzorowego partnera, którym byłem dla zielonookiego. Wolność już nie była dla mnie. – Matko święta, coś tutaj masz… - powiedziała nagle, śmiertelnie poważnie, przypatrując się z bliska mojej twarzy. Jej oczy przyjęły kształt pięciodolarówek, a czoło zmarszczyło się w charakterystyczny dla niej sposób. Przejechała opuszkami palców po moim policzku, a ja miałem wrażenie, że za moment zemdleje, czekając w niepewności, aż oznajmi mi, co takiego niepokojącego znalazła na moim ciele. Pokręciła przecząco głową, a w kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy. Wziąłem głęboki oddech, znacząco przełykając ślinę. Wpatrywałem się w nią oczekująco, by po chwili usłyszeć wybuch gwałtownego, niepohamowanego śmiechu, wydobywającego się z jej pełnych, zaróżowionych warg. – Widzisz, ile razy mam podkreślać, żebyś się tak nie przejmował? – zaśmiała się dźwięcznie, tuląc mnie do siebie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że dziewczyna tylko i wyłącznie żartowała, chcąc udowodnić mi, że naprawdę nie potrafię się wyluzować. Udało jej się, mogła być z siebie dumna. – Swoją drogą, masz tam zmarszczkę. – dopowiedziała, przeczesując palcami moje gęste włosy. – I to nie jedną. Sypiesz się, kochanie. Starość nie radość! – uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie, w głębi duszy przeklinając ją za to stoickie podejście do życia. Skończona wariatka, zazdrościłem jej tego. Wstałem, otrzepując nieco brudne spodnie, po czym podając jej rękę, by mogła wstać, ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Nolan wyjątkowo grzecznie szedł przy jej boku, podczas gdy ona obejmowała mnie czule ramieniem. Dziękowałem jej za to, że przy niej choć na chwilę mogłem pozwolić sobie zapomnieć o codzienności. Gemma zawsze sprawiała, że czułem się o niebo lepiej.



                                                                       ***

Nienawidziłem dźwięku budzika, który piał na nocnej szafce niczym natrętny kogut, budząc mnie z przyjemnego snu, w którym byłem wolnym, niczym niezobowiązywanym człowiekiem, nie mającym rodziny, partnera. Tylko w snach mogłem odnaleźć święty spokój i chwilę wytchnienia, gdyby ktoś nie postanowił mnie w bestialski sposób obudzić. Była sobota, wiedziałem o tym, więc zdziwiłem się, gdy budzik wygrał dobrze znaną mi melodyjkę. Poczułem, jak materac łóżka ugina się nieznacznie pod czyimś ciężarem, a czując spore dłonie, błądzące po moim ciele, wiedziałem już, kto to. Harry. Uśmiechnąłem się ciepło, jednak mimo wszystko nie mogłem unieść zmęczonych powiek. To zdecydowanie nie była moja pora na to, by wstawać. Weekend oznaczał wolne, a wolne oznaczało także długie wylegiwanie się w łóżku wraz z zielonookim, który teraz zamiast leżeć, siedział tuż obok mnie, potrząsając moim ramieniem, bym w końcu odpowiednio zareagował.
- Jeśli nie masz dla mnie filiżanki pysznej, mocnej kawy to nie wiem, co tutaj właściwie robisz, kochany. – szepnąłem zachrypniętym głosem, którego kompletnie się nie spodziewałem. Odchrząknąłem znacząco, czując gdzieś w pobliżu zapach świeżo zmielonej kawy, tak bardzo kuszącej zapachem, że nie sposób byłoby nie otworzyć oczu. Moje niebieskie tęczówki wnet dostrzegły zielonookiego chłopaka, siedzącego na skraju łóżka z małym, czerwonym kubkiem, z którego unosiła się woń gorącego trunku, którego tak bardzo potrzebowałem, by doprowadzić się do jakiekolwiek stanu choćby minimalnej używalności. Posłałem mu serdeczny uśmiech, odbierając od niego to, co w danej chwili było mi potrzebne i od razu zamoczyłem swoje wąskie wargi w kojącej cieczy. Kochałem kawę i naprawdę mi pomagała. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy po jej wypiciu nadal byli senni i tak samo zmęczeni, jak wcześniej. Mnie od razu stawiała na równe nogi i byłem gotowy do działania i do pokonywania każdych przeszkód na krętej drodze, jaką było życie. Odetchnąłem z ulgą, gdy ciepły napój przepływał przez moje gardło wprost do żołądka, rozgrzewając go i powodując tym samym, że robiło mi się cieplej na duszy i sercu. – Dziękuję. – szepnąłem do Harry’ego, który tylko krótko się zaśmiał. Grzecznie poczekał, aż wypije cały kubek, odkładając go na nocną szafkę. Znałem ten jego chytry i przebiegły uśmieszek i nie musiałem długo czekać na to, aż z impetem rzuci się na mnie, przygniatając mnie ciężarem swojego ciała. Absolutnie się nie zmienił, by taki sam, jakim go poznałem. Ułożył mnie delikatnie na miękkich poduszkach, wsuwając swoją długą rękę pod moje plecy. Wodził po nich dłonią, wbijając od czasu do czasu paznokcie w moją wrażliwą, porcelanową skórę. Zaśmiałem się cicho, gdy przysunął twarz w kierunku mojej, łaskocząc mnie swoimi gęstymi lokami, pachnącymi owocowym szamponem. Był piękny i przeraźliwie mocno go kochałem. Czasami miałem wrażenie, że tym uczuciem dałoby się zachłysnąć. Było potężne jak fale rozbijające się na morzu podczas silnego sztormu, a on był jak okręt – niezwyciężony i cały czas walczący z przeciwnościami. Wplotłem palce w jego włosy, przyciągając go nieznacznie do siebie, złączając nasze spragnione usta. Sposób, w jaki całował Harry był nie do pojęcia. Jednym ruchem warg potrafił sprawić, że człowiek drżał z emocji, a całe ciało pokrywała gęsia skórka. W każdym, nawet najdrobniejszym calu był idealny i mogłem tylko dziękować komuś, kto ma władzę nad wszystkim, że postawił go na mojej drodze. Nic lepszego w życiu nie mogło mnie spotkać. Nasze języki przeplatały się ze sobą, a dłonie błądziły po naszych jasnych, aksamitnych skórach. Wpatrywałem się zacięcie w jego szmaragdowe tęczówki, które zapierały dech w piersiach. Nie rozumiałem, jak można być aż tak kuszącym. Miałem szczęście, że mogłem go nazywać swoim, wszyscy inni mogli mi tylko i wyłącznie zazdrościć. Swobodnie splotłem ręce przy dole jego pleców, okrytych jedynie cienką, czarną koszulką, przez którą doskonale było widać każdy jego mięsień. Harry był wyjątkowo wysportowany, trenował w zasadzie od kiedy tylko sięgam pamięcią. Przez te piętnaście lat, jakie z nim dzieliłem, codziennie widziałem, jak wstaje o świcie, by iść pobiegać. Mogłem się przy nim schować lub zapaść pod ziemię. Nie byłem ani w jednym procencie takim sportowcem, jak on. Moje ciało zawsze było krągłe, a zamiast mięśni mogłem pochwalić się nadmiarem tkanki tłuszczowej, którą przecież bez problemu mógłbym spalić, gdybym tylko nie był leniwy. Przy nim zdecydowanie można było nabawić się kompleksów. Całowaliśmy się bez opamiętania, zapominający o całym otaczającym nas świecie. W jego ramionach czułem się pewnie i wyjątkowo swobodnie. Wiedziałem, że nie spotka mnie nic złego, a do tego czułem się w pełni kochany i doceniony. Harry wiedział, jak poprawić człowiekowi nastrój i często działał na mnie jak mój własny terapeuta. Gdy byłem wściekły lub smutny wystarczyło, że zatonąłem w jego uścisku, a od razu czułem się o niebo lepiej i wszystko, co złe, ustępowało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zielonooki wślizgnął się pod ciepłą pierzynę, przytulając się do mojego boku. Oparł głowę na moim ramieniu, całując mnie po całej długości szyi. Musiałem przyznać, że to zdecydowanie było najwrażliwsze miejsce jakie posiadałem. Ułożył dłoń swobodnie na moim biodrze, przyciągając mnie do siebie jeszcze bliżej. Drugą ręką wodził po mojej klatce piersiowej, od czasu do czasu przemykając nią także po brzuchu. Nie lubiłem, gdy mnie tam dotykał. Nie od czasu, gdy miałem tam długą i szeroką bliznę pod dwóch cesarskich cięciach, która lśniła białym blaskiem, jeszcze bledszym, niż moja porcelanowa skóra.
- Zostaw… - szepnąłem, splatając palce naszych dłoni, gdy Harry swobodnie przemykał po całej jej długości. Obróciłem się do niego twarzą, opierając swoje czoło na jego. Przymknąłem nadal zmęczone powieki, kryjąc tym samym swoje błękitne tęczówki, których barwę wręcz uwielbiał. Słyszałem tak wyraźnie, jak wzdycha głęboko, po czym obejmuje dłonią mój rozgrzany policzek, gładząc go delikatnie.
- Nigdy się do niej nie przyzwyczaisz. – powiedział pewnie, całując mnie w czubek nosa. Pokiwałem twierdząco głową, bo taka była prawda i, czy tego chciałem, czy nie, nie mogłem zaprzeczyć. Zawsze byłem człowiekiem, który unikał wszelakich skaleczeń właśnie ze względu na blizny, które absolutnie mi się nie podobały. Nienawidziłem tej przeklętej, białej pręgi na moim brzuchu i marzyłem o tym, by pewnego dnia obudzić się bez niej. Stawanie przed lustrem i obserwowanie swojego zmienionego ciała było dla mnie swoistego rodzaju udręką. Oczywiście, kochałem swoje dzieci, nie żałowałem, że nosiłem je pod sercem i nie żałowałem, że musiałem je urodzić, jednak gdybym tylko mógł, chciałbym pozbyć się tego trwałego znamienia, które ciągle przypomniało mi o tym, że jestem inny. O tym, że jestem mężczyzną, który bez problemu może zajść w ciąże i bez większych komplikacji może urodzić zdrowe dzieci. – Louis, nie rozumiem, dlaczego ona Ci przeszkadza, to przecież tylko blizna. Mi przypomina o tym, że mamy dwójkę wspaniałych pociech. To chyba nic złego, prawda? – spytał, przytulając mnie jeszcze mocniej. Ponownie przytaknąłem, chcąc uniknąć rozmowy na ten temat. Zielonooki wiedział, że nie warto jej nawet rozpoczynać. Już niejednokrotnie bywało gorąco, gdy wrzeszczałem na cały dom, jak fatalnie z nią wyglądam i że zamierzam ją jak najszybciej usunąć. Raz, tuż po urodzeniu Nolana, byłem do tego stopnia zdesperowany, że kupiłem sobie skarbonkę, do której odkładałem pieniądze na operację. Pech chciał, że nie jestem człowiekiem, który potrafi oszczędzać, więc musiałem zadowolić się dwoma ciepłymi swetrami, na które wydałem wszystko to, co udało mi się zaoszczędzić. Harry, widząc moją niezbyt zadowoloną minę, po raz kolejny złączył nasze wargi w delikatnym pocałunku, tak lekkim, jak muśnięcie skrzydeł motyla. Wiedział, jak mnie podejść i udawało mu się to za każdym razem, bo pod wpływem jego bliskości od razu robiło mi się lżej i zapominałem o wszystkim tym, co dotychczas zaprzątało moją głowę. Wciągnął mnie na siebie tak, że leżałem swobodnie na jego klatce piersiowej, a nasze serca biły jednym i tym samym rytmem. Wplótł palce w moje włosy, przyciągając mnie blisko do siebie. Lubiłem wiedzieć, że po tylu latach, jakie ze sobą przeżyliśmy, nadal tak bardzo się kochamy, a możliwość obcowania ze sobą była jeszcze intymniejsza niż na samym początku naszej znajomości. Pod pewnym względami jednak w ogóle się nie zmieniliśmy. Dotyk Harry’ego nadal działał na mnie jak narkotyk, uzależniając mnie do tego stopnia, że pragnąłem tylko i wyłącznie więcej. Jego usta nadal były pełne i miękkie, gdy całowały mnie po całym ciele, a kosmyki jego włosów nadal drażniły moją wrażliwą skórę. Nadal był mój i tylko mój, a ja byłem jego. Nic więcej nie miało istotnego znaczenia. Trwaliśmy w swoich objęciach tak samo, jak za dawnych czasów i, choć mieliśmy ponad trzydzieści lat, nadal czuliśmy się jak zakochane w sobie po uszy nastolatki.

                                                                       ***

Gotowanie było jedną z tych czynności, których szczerze nienawidziłem i gdyby nie wizyta Lottie i jej pomoc, po raz kolejny byłbym zmuszony do zamówienia dużej pizzy. Miałem już spore rabaty w pobliskiej pizzeri, a gdy tylko wyświetlał im się mój numer, odbierali, mówiąc: „Będziemy za piętnaście minut”. Nigdy nie byłem mistrzem w kuchni i od kiedy tylko sięgam pamięcią, omijałem to miejsce szerokim łukiem. Byłem typem człowieka, który potrafił nawet przypalić wodę na herbatę. Cóż, garnki i patelnie po prostu mnie nie lubiły, za to kochały jedną z moich młodszych sióstr. Przysiadłem za stołem, obserwując, jak długowłosa blondynka uwija się, marynując jakieś mięso niewiadomego pochodzenia, jednocześnie krojąc składniki na sałatkę. Zawsze ją podziwiałem. Z całej naszej piątki była najzaradniejsza i potrafiła uporać się ze wszystkim, podczas gdy ja, najstarszy z nich, powinienem być dla nich wzorem godnym naśladowania. Jednak nim nie byłem, a Charlotte zdecydowanie pełniła rolę pani domu tuż po mamie. To ona odbierała ze szkoły najmłodsze bliźniaczki, gotowała i zaganiała wszystkich do sprzątania, gdy Jay była w pracy i wracała późnym wieczorem, nie mając na nic czasu. Zawsze pilnowała, by wszyscy mieli odrobione lekcje i wyprasowane ubrania. Była niezastąpiona pod wieloma względami, a teraz, zamiast zajmować się własnym życiem, wyjściem gdzieś z przyjaciółmi czy z chłopakiem, siedziała u mnie, przygotowując posiłek dla całej mojej rodziny. Czy tego chciałem, czy nie, musiałem obiektywnie stwierdzić, że istniało naprawdę niewiele rzeczy, do których się nadawałem. Nie potrafiłem niczego, jeśli chodzi o domowe czynności, toteż Harry, wracając z pracy, miał zawsze pełne ręce roboty. Ja byłem stworzony tylko i wyłącznie do dzieci i żałowałem, że one powoli zaczynają żyć swoim życiem, krocząc własnymi torami, z których brutalnie mnie wypychają. Czasami miałem takie momenty, że tęskniłem za tym, gdy były małe i kompletnie ode mnie zależne. Wtedy mogłem dać pełen popis swoich umiejętności, które teraz czyhały uśpione i z pewnością będą czekały do czasu, aż w moim życiu nie pojawią się wnuki. Miałem jednak nadzieję, że nie stanie się to zbyt wcześnie, Darcy miała dopiero dwanaście lat. O Nolanie nawet nie chciałem wspominać. Westchnąłem głośno, oddając się całkowitej zadumie. Wspominanie tego, co już minęło było jedną z moich ulubionych czynności. Cóż, zawsze byłem strasznie sentymentalny.
- Zamyśliłeś się. – skwitowała Lottie, siadając naprzeciwko mnie. Objęła swoimi dłońmi moje, uśmiechając się do mnie ciepło. Jej niebieskie oczy były identyczne, jak moje i bił od nich ten sam radosny blask. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo jesteśmy podobni. Była niemalże moją małą, kobiecą kopią. – Nawet nie wiem, kiedy tak diametralnie się zmieniłeś, Louis. – dodała, podsuwając nam pod nos miskę ze świeżo pokrojoną sałatką. Wbiła widelec w kawałek pomidora, biorąc go do ust. Podała mi z szuflady widelec, bym także mógł skosztować jej dzieła. Zawsze lubiła się dzielić tym, co miała. Raz nawet oddała mi swoją czekoladę, gdy przechodziłem przez jeden ze swoich nastoletnich kryzysów. Już wtedy powinienem był zorientować się, że coś jest poważnie na rzeczy z moimi hormonami. Bywało, że zachowywałem się gorzej, niż wszystkie kobiety w moim domu razem wzięte. Musiałem być przeraźliwie upierdliwym nastolatkiem i teraz mogłem tylko współczuć, że wszyscy musieli znosić moje humorki. Nabiłem na widelec kilka warzyw, za którymi nie przepadałem, jednak w połączeniu z serem feta byłem w stanie strawić dosłownie wszystko. Posłałem jej radosny uśmiech, dziękując za to, co zrobiła dla mnie dzisiejszego dnia. W końcu gdyby nie mój desperacki telefon do niej, połowa mojej rodziny znów jadłaby pizzę z szynką i pieczarkami. Oczyma wyobraźni już widziałem minę zielonookiego, który kręciłby nosem z niezadowolenia. Dzieciaki z kolei byłyby wniebowzięte, bo przecież nie istniało na tym świecie nic pyszniejszego, niż fast food’y. Rzuciłem wzrokiem na stojący nieopodal zegar, który wybił dopiero trzynastą. Miałem jeszcze przynajmniej dwie godziny sam na sam z moją ukochaną siostrą. – Wiesz, ostatnio często o Tobie myślałam. – rzuciła pochopnie, spuszczając głowę nieznacznie w dół. Już wiedziałem, że ta rozmowa ma jakieś głębsze dno. Lottie z jednej strony była strasznie tajemnicza, z drugiej jednak wystarczyło słowo, bym wiedział, że coś jest zdecydowanie na rzeczy. Wstałem, okrążając stół, by kilka chwil później usiąść tuż koło niej, obejmując ją czule ramieniem.
- Do rzeczy, malutka. – powiedziałem bez wahania, dopiero po czasie uświadamiając sobie, że nie mam już przed sobą dziecka, a młodą, piękną kobietę, która patrzyła na mnie swoimi mądrymi oczyma. – Brata nie oszukasz, wiem, że coś się dzieje. – dodałem, przytrzymując jej podbródek, by nie zerwała ze mną kontaktu wzrokowego. Słyszałem, jak cicho wzdycha zbierając myśli i układając w głowie słowa, by zabrzmieć najlepiej, jak to tylko możliwe. Zachowywała się dokładnie tak samo, jak przed tym, gdy musiała powiedzieć rodzicielce o jedynce z matematyki lub niezaliczonym sprawdzianie. Teraz jednak nie byliśmy w szkole, a tkwiliśmy w prawdziwym życiu, które raz nas oszczędzało, a raz nie. Czy tego chcieliśmy, czy też nie, cokolwiek się działo, cokolwiek zsyłał nam los, musieliśmy to zaakceptować i starać się obrócić to w dobry pożytek. Wiedziałem, że nawet, jeśli stało się coś poważnego, damy sobie z tym radę. Zawsze miała mnie, a ja byłem gotowy pomóc jej w każdej, nawet podbramkowej, sytuacji. Wierzyłem, że ze wszystkiego idzie wyjść obronną ręką.
- Jak to jest… - zaczęła niepewnie, nie wiedząc, czy to odpowiednie pytanie i czy podołam z odpowiedzią na nie. Nie mogła mnie jednak zaskoczyć bardziej, niż Fizzy, która kilka lat temu zaciekle starała się wyciągnąć ze mnie, jakim cudem odkryłem, że jestem homoseksualny. To, jak bardzo drążyła temat i jak bardzo drążyła mi dziurę w brzuchu było przerażające, a ja nie potrafiłem udzielić jej składnej i rzeczowej odpowiedzi. Nie wiedziałem tak naprawdę, jak to się stało. Po prostu, stało się. Najwyraźniej tak musiało być. – Jak to jest być w ciąży, Lou? – dokończyła niemalże szeptem, a mnie momentalnie ścisnęło w gardle, bo nigdy dotąd nikt nie zadał mi tego pytania. Dla każdego to było z jednej strony niepojęte, z drugiej wyjątkowo normalne, jakby nie odstawało to ani trochę od normy. Nasze mamy szybko się z tym uporały, nie zadając zbędnych pytań, ponieważ wiedziały doskonale, jak to jest i jakie towarzyszą temu emocje. Harry dwukrotnie przez dziewięć miesięcy trwał w błogiej nieświadomości, krzywiąc się od czasu do czasu, gdy nasze wspólne dzieci dosłownie biegały po moim brzuchu, odciskając rączki lub nóżki na mojej skórze, tak, że było je dokładnie widać. I ja sam, jeśli miałem być szczery, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. To po prostu mnie spotkało. Miałem niepowtarzalną okazję dwa razy poczuć się jak kobieta, jednak nigdy nie towarzyszyły mi refleksje na ten temat. Jedyne, co wryło mi się w pamięć to poranne wymiotowanie, zdecydowanie zdwojony apetyt i częste zarywanie nocy, podczas których miałem nieodparte wrażenie, jak ktoś miesza mi w narządach wewnętrznych. Gdybym teraz miał spojrzeć na to z boku, bez głębszego zastanowienia, musiałbym powiedzieć, że to nic przyjemnego. Jednak prawda była zupełnie inna, a ja potrzebowałem chwili czasu, by przemyśleć i ułożyć wszystko w swojej głowie. – Mniejsza o to… - dodała, myśląc, że nie zamierzam udzielić jej odpowiedzi. Siedziałem, myśląc i obserwując, jak podchodzi do kuchenki, odwracając mięso na drugą stronę. Zamieszała w wielkim garnku, po czym oparła się o kuchenne szafki, zatapiając wzrok w podłodze, jakby analizowała, jakie szlaczki tworzą sęki w drewnie. Wyglądała na wyjątkowo smutną i ponownie zobaczyłem w niej malutką dziewczynkę, która potrzebuje czyjegoś wsparcia. Zawsze radziła sobie sama, najwyraźniej nastał ten moment, gdy potrzebowała, by ktoś wyciągnął do niej pomocną dłoń.
- Jeśli mam być szczery, Lottie… - zacząłem, podchodząc do niej. Chwyciłem ją za ramiona, prowadząc do naszego dużego i przestrzennego salonu. Posadziłem dziewczynę na kanapie, siadając tuż obok niej. Kątem oka obserwowałem, jak zmienia się wyraz jej twarzy. Ze smutnej, przyjęła maskę na kształt zainteresowania. – Początkowo wydaje Ci się, że twój świat legł w gruzach i nic pozytywnego Cię już nie spotka. Masz gdzieś przed oczyma wizję szalonych imprez, wypadów z przyjaciółmi lub po prostu rozrywkowego życia, którego nie zaznasz, poświęcając się temu dziecku, jednak potem… Pamiętasz, jak mama za każdym razem podkreślała, że to wspaniałe uczucie? – kiwnęła potwierdzająco głową, opierając się o moje ramie. Wtuliła swoje drobne ciało we mnie, przyciągając mnie tak blisko siebie, jak to tylko było możliwe. – Nie kłamała. Oczywiście, jeśli pominie się wszystkie przykre konsekwencje, o których raczej nie powinienem wspominać. – zaśmiałem się krótko, by nieco ją ożywić. Posłała mi szeroki uśmiech, także śmiejąc się radośnie. Bywały chwile, gdy doskonale rozumieliśmy się nawet i bez słów. Poza tym, z całą pewnością pamiętała, jak często narzekałem na poranne nudności i ciągłą senność. Jak bardzo byłem rozdrażniony i sam nie wiedziałem, o co konkretnie mi się rozchodziło. Moja burza hormonów, chcąc nie chcąc, odbiła się na całej rodzinie, która musiała mnie wspierać. – Później jednak przychodzi taki moment, gdy leżysz w łóżku zastanawiając się, jak właściwie będzie wyglądało dalej twoje życie i dochodzisz do wniosku, że pomimo tego, że wywróci się do góry nogami i będzie inne, niż dotychczas, wcale nie musi być gorsze. Zawsze istnieje opcja, że będzie lepiej, że przyniesie to nowe doświadczenia, nowe zadania. A potem pójdziesz do lekarza, który pokaże Ci na śmiesznym, małym monitorku twoje własne dziecko i zdasz sobie sprawę, że nie wyobrażasz już sobie swoje świata bez tego maleństwa. Zachodzisz w głowę, jak będzie wyglądało, czy będzie miało twoje oczy lub kolor włosów. Oczyma wyobraźni widzisz i urządzasz jego pokoik i wszystko wokoło wydaje się nie mieć szczególnego znaczenia. – powiedziałem na wydechu, gdy w kącikach moich niebieskich tęczówek zaczęły zbierać się łzy. Same wspomnienia powodowały, że zaczynałem się rozklejać, wiedząc, że to wszystko jest już za mną, że już nigdy więcej nie dane mi będzie być w takiej sytuacji, czuć ruchów tego maleństwa, obserwować, jak zmieniam się wraz z nim. Zawsze marzyłem o dużej rodzinie, kilku dzieciach, idealnym partnerze i może małym, wesoło szczekającym psie, który dopełniałby wszystko. – I uwierz, gdy minie te dziewięć miesięcy, a lekarze podadzą Ci dziecko na ręce, zdasz sobie sprawę, że trzymasz na rękach cały swój świat. – uciąłem, czując, jak słone łzy spływają swobodnie po moich policzkach. Wziąłem głęboki oddech, by nieznacznie się uspokoić, jednak moje starania poszły na marne. Wzruszanie się było jak najbardziej do mnie podobne, jednak nie chciałem okazywać tego przy Lottie. Tylko Harry wiedział, że lubiłem sobie od czasu do czasu popłakać, by odreagować wszelkie, drzemiące we mnie i tłumione emocje. Potrzebowałem takiego sposobu, by wyrzucić z siebie wszystko to, co tak głęboko skrywałem. Siostra przysnęła się do mnie nieznacznie, wzdychając znacząco. Milczała, najwyraźniej analizując cały mój monolog, którego nie odważyła się mi przerwać. Nie wiedziałem, na ile moja odpowiedź ją usatysfakcjonowała, jednak była w stu procentach szczera. I choć, mimo wszystko, tego nie da się do końca opisać słowami, starałem się to zrobić najlepiej, jak potrafiłem.
- Początek ósmego tygodnia. – szepnęła, chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi. Objąłem ją silniej ramionami, chcąc dodać jej otuchy, choć ona doskonale wiedziała, że pomogę jej w każdej, nawet najtragiczniejszej, sytuacji. Zawsze mogliśmy na sobie polegać i nigdy się na sobie nie zawiedliśmy. – Będziesz wujkiem, braciszku. – dodała, roniąc łzy w bordowy materiał mojego swetra. Ukłucie w sercu, jakie poczułem, gdy tylko blondwłosa wyrzuciła z siebie te słowa było jednoznaczne – zazdrościłem jej. Nie marzyłem teraz o niczym innym tak bardzo, jak o kolejnym dziecku. Chciałem je mieć, pomimo wszystko. Nawet, jeśli musiałbym po raz kolejny o nie walczyć. Gemma, siostra zielonookiego, wpoiła mi jedno, znaczące zdanie: „Jesteś wojownikiem, Louis” i tego zamierzałem się trzymać.

                                                                       ***

Porządki domowe zawsze budziły we mnie swojego rodzaju odrazę. Bałem się kurzu i nie lubiłem, gdy unosił się w powietrzu, przyprawiając mnie o nieprzyjemne swędzenie w nosie. Ciągnąłem za sobą odkurzacz, przesuwając jego szczotką po jasnych panelach naszego salonu, starając się doczyścić wszystko na błysk. Gdyby tylko Harry był w domu, z całą pewnością wymigałbym się od tej pracy, tłumacząc się przeraźliwym bólem głowy lub reakcją alergiczną na unoszące się pyłki i roztocza. On był kochanym chłopakiem, który zawsze wyręczał mnie w tym, czego nie lubiłem robić, czyli prawie we wszystkim. Czasami dziwiłem się, jak wytrzymał ze mną te piętnaście lat, gdy byłem marudny i ciężki do zniesienia, a wiedziałem doskonale, że częściej byłem właśnie taki, a nie do rany przyłóż. Musiał naprawdę bardzo mnie kochać. Manewrowałem właśnie między ławą, a niską półką, wypełnioną licznymi filmami DVD, które uwielbialiśmy wspólnie oglądać, siadając przy filiżance gorącej, malinowej herbaty, gdy za oknem panowała już ciemność, gdy z zamyślenia wyrwał  mnie dźwięk mojego telefonu komórkowego. Podskoczyłem nerwowo, nie spodziewając się, że dzwonek spowoduje, iż rzucę szczotką od odkurzacza, zbijają stojącą na stole wazę, którą Harry dostał od swojej mamy z podróży do Indii i którą tak uwielbiał. Wiedziałem, że nie daruje mi tego, że teraz leżała spokojne na ziemi, roztrzaskana na drobniutkie kawałeczki. Musiałbym spędzić kilkadziesiąt dni i nocy, poświęcając się jej sklejeniu, choć znając moje zdolności manualne, nic by z tego nie wyszło. Przekląłem pod nosem, naciskając zieloną słuchawkę, nie sprawdzając nawet, od kogo miałem połączenie.
- Halo? – powiedziałem ze złością, nadeptując niechcący kawałek szkła, gdy próbowałem przedostać się do stojące w rogu beżowej kanapy. Usiadłem na niej, wsłuchując się w niski, męski głos, który mówił jakieś niezrozumiałe rzeczy, przedstawiając regulamin czegoś, o czym nie miałem bladego pojęcia. Oparłem głowę na miękkiej poduszce, odsuwając aparat nieznacznie od ucha. Trwałem tak, czekając, aż ten ktoś po drugiej stronie przejdzie do sedna sprawy, jednak gdy usłyszałem swoje nazwisko i imię naszej córki, podskoczyłem w miejscu jak oparzony. Od razu zrozumiałem, że rozmawiam z dyrektorem szkoły, do której uczęszczała Darcy i z którym dotychczas nie miałem nic do czynienia. Potarłem dłonią czoło, głowiąc się, co tym razem zmajstrowała ta niegrzeczna dziewucha, w głowie układając listę wszystkich możliwych kar, jakie może dać jej Harry, gdyż mnie z cała pewnością potraktuje lekceważąco. – Dobrze, rozumiem. Postaram się być jak najszybciej. – odrzekłem grzecznie, gdy mężczyzna poprosił mnie, bym jak najszybciej pojawił się w szkole, po czym rozłączyłem się. Wyjątkowo zdenerwowany upiłem kilka łyków kawy, po czym wystukałem krótką wiadomość do zielonookiego.

Do: Harry:
Powinieneś już zastanowić się nad karą, jaką damy Darcy. Właśnie dzwonił jej dyrektor, wzywając mnie na rozmowę. Jeśli jakimś cudem nie rozszarpie jej na drobne kawałeczki, będziemy w domu tak prędko, jak to tylko możliwe. Kocham Cię.
P.S. Zbiłem Twoją ulubioną wazę… Ale nie, nie dlatego napisałem Ci, że Cię kocham.


Wsiadłem do samochodu, nawet nie zapinając pasów. Ruszyłem z piskiem opon z naszego podjazdu, chcąc jak najszybciej dotrzeć w wyznaczone miejsce. Nawet za dobrze nie wiedziałem, gdzie mieści się jej szkoła. Nie miałem pamięci wzrokowej, a odbierałem ją tylko dwukrotnie. Zawsze robił to Harry, ponieważ miał po drodze, a dziewczyna kończyła lekcje identycznie, jak on swoją pracę. Teraz jednak musiałem się uporać ze wszystkimi nazwami ulic, jakie dane mi było minąć. Złamałem niezliczoną ilość przepisów drogowych, jednak naprawdę się spieszyłem. Nie mogłem w zasadzie liczyć na to, że policjanci, którzy zatrzymali mnie tuż za sporym zakrętem, będą wyrozumiali i uda mi się usprawiedliwić przed nimi mój pośpiech. Zjechałem pokornie na pobocze, opuszczając szyby i czekając, aż siwy mężczyzna podejdzie do mojego samochodu. Odchrząknął znacząco, nachylając się, by na mnie spojrzeć. Z jego oczu bił nawet przyjemny blask, więc sądziłem, że może coś ugram.
- Tak, wiem… - zacząłem, nie pozwalając mu dość do słowa. – Przekroczenie prędkości, przejechanie na czerwonym świetle, jazda bez pasów. – wymieniłem wszystkie swoje przewinienia, uśmiechając się do niego szczerze, w głębi duszy licząc na to, że okaże się być łaskawy i nie wypisze mi horrendalnie wysokiej sumy, z której będę musiał później tłumaczyć się Harry’emu, a ten z pewnością nie będzie zadowolony.
- Dobrze, że pan mówi… - odwzajemnił uśmiech, klepiąc mnie delikatnie po ramieniu. – Odpiętych pasów nawet bym nie zauważył. – miałem ochotę ugryźć się w język. Poprosił mnie standardowo o pokazanie ważnych dokumentów, po czym wypisał swój ulubiony papierek, podając mi go z jeszcze szerszym uśmiechem. Zdążyłem dostrzec tylko i wyłącznie kilka zer, po czym schowałem mandat do portfela, nie chcąc jeszcze bardziej denerwować się przed spotkaniem z dyrektorem Darcy. Pożegnałem policjanta, resztę drogi pokonując z odpowiednią prędkością. Wlokłem się jak żółw, jadąc niespełna czterdzieści kilometrów na godzinę, obserwując, jak wszystkie samochody wymijają mnie w zaskakującym tempie. Nie dziwiłem się, rowerzysta jadący poboczem poruszał się szybciej, niż ja. Przekląłem pod nosem kolejny raz tego dnia, gdy zajechałem pod szkołę i krążyłem wokół niej, nie mogąc znaleźć miejsca, w którym udałobym się zaparkować. Nienawidziłem tego samochodu i nie lubiłem nim jeździć. Był dla mnie stanowczo za duży i zawsze miałem problemy, by wjechać idealnie w miejsce parkingowe. Zostawiłem go uliczkę dalej, niemalże biegnąc do głównego wejścia. Pierwszy, lepszych uczniów zapytałem o pokój dyrektora, który także jak na złość, znajdował się na piątym, czyli ostatnim piętrze. Miałem ochotę zabić zielonookiego, że wybrał właśnie ten budynek, w którym, rzekomo, nasza córka miała szersze możliwości rozwoju. Stanąłem pod drzwiami z odpowiednią tabliczką, starając się ustabilizować oddech. Odzwyczaiłem się od wchodzenia po tak licznych schodach, więc musiałem na moment przystanąć, łapiąc się za brzuch. Mogłem bez wahania uznać ten dzień za najgorszy, jaki dane mi było przeżyć, od kiedy dzieciaki tylko przyszły na świat. Intuicyjnie czułem, że to jeszcze nie koniec, lecz dopiero początek kłopotów. Zapukałem dwukrotnie w drewniane drzwi, naciskając niepewnie ich klamkę. Skrzypnęły cichutko, jednak zignorowałem to, wchodząc do środka. Pomieszczenie było małe, jednak przytulne, jeśli można tym mianem określić gabinet dyrektora, który każdy uczeń powinien omijać szerokim łukiem. Ściany pokrywał beż, a meble były ciemnego koloru, idealnie kontrastujące z jasną farbą.
- Dzień dobry. – przywitałem się grzecznie i przedstawiłem się starszemu mężczyźnie, który skinieniem dłoni zachęcił mnie, bym usiadł. Zmierzyłem wzorkiem siedzącą naprzeciwko córkę i jeszcze jakąś dziewczynę, kiwając głową z dezaprobatą.
- Musimy poczekać jeszcze na drugiego rodzica. – powiedział rzeczowo dyrektor, a ton jego głosu nie wróżył niczego dobrego. – Później wyjaśnię państwu całą sprawę. – dodał po chwili, a ja już miałem pewność, że Darcy poniesie tego surowe konsekwencje i w zasadzie, dobrze jej tak, powinna w końcu zacząć brać odpowiedzialność za swoje czyny. Miałem jednak nieodparte wrażenie, że córka kompletnie nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Owszem, też nie byłem aniołkiem i raz nawet pokazałem tyłek swojemu dyrektorowi, ale miałem ku temu stosowny powód i doskonale pamiętałem, że na drugi dzień wyleciałem ze szkoły z niezaliczonym pierwszym semestrem. Mogłem tylko modlić się w duchu, by tym razem nie poszła w moje ślady. Harry by mi tego nie wybaczył, dobrze znając tę historię. Kilka minut później drzwi ponownie się otworzyły, a do pomieszczenia wszedł ciemny mężczyzna, ubrany w szykowny, czarny garnitur. Również przywitał się z dyrektorem, zajmując wolne miejsce koło mnie. Nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi, pogrążając się w rozmyślaniach nad tym, jak w domu wyperswadujemy Darcy, że źle postąpiła, gdy on zaśmiał się, szturchając mnie zabawnie w ramię. Podskoczyłem, nie spodziewając się takiej reakcji z jego strony, jednak, gdy tylko napotkałem jego czekoladowe spojrzenie, od razu zrozumiałem, co jest na rzeczy.
- Louis William Tomlinson. – powiedział swoim spokojnym głosem, takim, jakim go zapamiętałem. Uśmiechnąłem się do niego, po czym rzuciliśmy się sobie w ramiona.
- Zayn Javadd Malik we własnej osobie! – niemalże krzyknąłem, rozpoznając swojego dawnego znajomego ze szkolnej ławki. O ironio, i pomyśleć, że kilka ładnych lat wstecz oboje znajdowaliśmy się w podobnej sytuacji, gdy postanowiliśmy skrzętnie rozwalić lekcję znienawidzonej przez nas nauczycielce. Siedzieliśmy w gabinecie, czekając na naszych rodziców, dusząc się łzami. Naprawdę wtedy żałowaliśmy swojego nieprzemyślanego zachowania, a ja wiedziałem, że czeka mnie kara i błagałem wtedy kogoś z góry, by po raz kolejny nie wyrzucili mnie ze szkoły. Byłem z reguły grzecznym chłopcem, tylko te szkolne mury jakoś źle na mnie wpływały.
- Widzę, że panowie dobrze się bawią, ale może przejdźmy do sedna sprawy… - przerwał nam starszy mężczyzna, którego, chcąc nie chcąc, musieliśmy wysłuchać. Przedstawił nam cały regulamin, który interesował nas tak bardzo, jak zeszłoroczny śnieg, jednak staraliśmy się zachowywać klasę, jak na rodziców przystało i skrzętnie zasłanialiśmy usta, gdy chciało nam się ziewać. Od czasu do czasu posyłaliśmy sobie dobrze znane nam uśmiechy i karcące spojrzenia naszym córkom, gdy okazało się, że te próbowały się pobić. W zasadzie wcale mnie to nie dziwiło i tylko czekałem na dzień, gdy Darcy podniesie na kogoś rękę, uczona przez zielonookiego, że gdy ktoś ją zaczepia, powinna mu zdecydowanie oddać. Miał za swoje, zamierzałem mu to wypomnieć od razu po powrocie do domu. Nie mogłem być jednak na tyle dosadny i nie mogłem zrzucić całej winy na niego, wiedząc, że gdzieś tam, na dnie portfela leży wysoki mandat do zapłaty. Takie myślenie z mojej strony było odrobinę egoistyczne, dlatego szybko je porzuciłem, skupiając się na ostatnich słowach dyrektora. Dziewczynki dostały naganę do dzienniczków, po czym mogliśmy spokojnie opuścić jego gabinet, zabierając z niego nasze pociechy. Na korytarzu od razu dało się usłyszeć nasz gromki śmiech, podczas gdy nasze córki mierzyły nas od góry do dołu, z całą pewnością rzucając epitetami pod naszym adresem. To był jeden z tych momentów, w których dorośli zachowują się gorzej, niż dzieci, ale my po prostu niemo rozpamiętywaliśmy nasze dawne przygody. Darcy szturchnęła mnie w ramię, najwyraźniej oburzona moim zachowaniem, jednak po raz pierwszy zignorowałem ją, rozpoczynając rozmowę z dawnym znajomym.
- Zapraszam do mnie na kawę, mamy do pogadania, Malik. – rzuciłem pewnie, nie znosząc sprzeciwu. Mężczyzna przytaknął, chwytając ciemną dziewczynkę za rękę. Cała nasza czwórka zeszła na parking, odnajdując swoje samochody, po czym ruszyliśmy w kierunku mojego domu. Widziałem w lusterkach, jak Zayn śmieje się, gdy jechałem wyjątkowo przepisowo, jednak nie zamierzałem złapać kolejnego mandatu tego dnia. Drogę pokonaliśmy w błyskawicznym tempie, co było spowodowane samymi zielonymi światłami po drodze. Zaparkowałem na podjedźcie, wyłączając stacyjkę. – Z tobą porozmawiamy sobie później, moja panno. – zwróciłem się do córki, siedzącej potulnie na siedzeniu pasażera. Zaprosiłem przyjaciela do domu, ciesząc się, że dane mi było spotkać go po tylu latach. Czasami fatalnie dni dobrze się kończą.



                                                                       ***

Siedziałem wraz z Zaynem w kuchni, kończąc właśnie butelkę czerwonego wina, po którym zdecydowanie huczało mi w głowie. Śmialiśmy się tak głośno, że dziewczynki, bawiące się spokojnie w pokoju Darcy od czasu do czasu przychodziły nas uciszać. Musieliśmy zachowywać się fatalnie, jednak w moim wypadku było to w pełni uzasadnione. Alkohol zawsze silnie uderzał do mojej głowy, powodując, że traciłem nad sobą kontrolę. Taki już byłem – ktokolwiek wychodził ze mną na imprezę wiedział, że albo ma absolutnie zakazać mi picia, albo sam musi być trzeźwy, żeby później odtransportować mnie do domu w jednym kawałku. Raz upiłem się do tego stopnia, że obudziłem się w domu u jakiegoś obcego mężczyzny, kompletnie nie pamiętając niczego z poprzedniego dnia. I raz, właśnie z Zaynem, oblewaliśmy zdanie prawa jazdy, budząc się w środku nocy na poczekalni lotniska. Nikt z nas nie wiedział, jakim cudem w ogóle się tak znaleźliśmy. Teraz jednak nie mogłem sobie pozwalać na doprowadzanie się aż do takiego stanu – miałem rodzinę, miałem dwójkę dzieci, chcąc nie chcąc, musiałem trzymać fason i nie dawać im złego przykładu. Niestety, tego wieczora było już za późno, by trzymać się swojego postanowienia.
- Masz kogoś, Zayn? – zapytałem, upijając resztkę czerwonego trunku. Chciałem odstawić kieliszek na niskiej ławie naszego salonu, jednak nie panowałem już za bardzo nad koordynacją, toteż kieliszek niebezpiecznie zachwiał się na jej rogu, spadając na ziemię i rozbijając się z hukiem na panelach, nieznacznie je uszkadzając. – Ups… - dodałem, by po chwili zaśmiać się w niebogłosy. Kręciło mi się w głowie i widziałem podwójnie. Miałem więc dwójkę przyjaciół przed sobą. Zayna i jego brata bliźniaka, uderzająco do niego podobnego. Potarłem skronie, by pozbyć się bólu, jaki ściskał moją czaszkę, jednak każde moje działanie szło na marne. Wiedziałem, że jutro obudzę się z potężnym kacem, a Harry będzie obwiniał mnie za moją lekkomyślność, musząc odwieźć najpierw dzieci do szkoły, a później jechać do pracy w kompletnie innym kierunku. Podświadomie czułem, że zawiodłem, ale przecież nie mogłem cofnąć czasu, a nie często spotyka się kolegę z dawnych czasów. Takie okazje trzeba opijać. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, kładąc sobie poduszkę pod głowę, by poczuć się odrobinę lepiej.
- Miałem żonę, ale zginęła w wypadku samochodowym. Teraz mam tylko Latifę, a twoja córka sprała jej dzisiaj tyłek. – próbował obrócić wszystko w żart, jednak dało się dostrzec, że śmierć tej kobiety nie była mu obojętna. Malik zawsze był romantycznym typem i szukał miłości, która przekroczyłaby wszelkie granice. Nigdy nie miał szczęścia do dziewczyn. Dobrze pamiętałem jego pierwsze miłostki, które bawiły się jego uczuciami, po czym zostawiały go na lodzie, a on cierpiał, myśląc, że już nigdy nie znajdzie kogoś odpowiedniego dla siebie. Skoro wziął ślub, musiał ją bardzo pokochać. W innym wypadku nigdy nie podjąłby tak poważnej decyzji. Skinąłem smutno głową, tym samym dodając mu otuchy. Znaliśmy się, on doskonale wiedział, że nie jestem dobry w okazywaniu współczucia. Zawsze się rozklejałem, niepotrzebnie raniąc osobę, której blizny być może już się goiły. – A ty, Lou-Lou? – zaczął, naśmiewając się ze zdrobnienia mojego imienia. Przeklęty Zayn, musiał dawniej usłyszeć, jak mama mnie tak nazywa i to określenie ciągnie się za mną aż do dnia dzisiejszego. – Wnioskując po tym, że masz córkę, musisz mieć też i żonę? – spytał, unosząc zawadiacko jedną brew. Zaśmiałem się sam do siebie, nie wiedząc, czy w ogóle powinienem mu wszystko tłumaczyć. Mój związek był prosty, najprostszy, jaki tylko mogłem sobie wymarzyć, a Harry był, jest i będzie moim ideałem, ale przecież nie mogłem mu tak od razu powiedzieć: „Hej, słuchaj, stary! Nie uwierzysz, ale urodziłem dwójkę dzieci”, wziąłby mnie za skończonego idiotę. Chociaż, patrząc na to, pod jak wielkim wpływem alkoholu właśnie byłem, z całą pewnością nie potraktowałby tego poważnie.
- Moja miłość jest piękna, Malik. Ma cudowne, ciemne loki, zielone oczy i cholernie długie, seksowne nogi! – zacząłem, rozbawiony faktem, jak właśnie opisałem swojego chłopaka. Dolałem przyjacielowi czerwonego wina, po czym kontynuowałem wypowiedź. – I co więcej, zaraz powinna tutaj być. – dodałem prędko, a słysząc przekręcany w drzwiach klucz, trafiłem jakby w samo sedno. Wiedziałem, że za moment do salonu wkroczy nie kto inny, jak właśnie Harry wraz z Nolanem, uśmiechając się do mnie ciepło. No, może mniej ciepło, gdy zda sobie sprawę z tego, ile wypiłem tego wieczora. Kilka sekund później do pomieszczenia, w którym siedziałem wraz z Zaynem, wbiegł mały chłopiec, trzymając w rękach wielką, czerwoną teczkę ze swoimi rysunkami. Rzucił się w moje ramiona, pokazując mi swoją najnowszą pracę. Miał talent, trzeba było to przyznać. Ja z plastyki dostawałem zawsze same jedynki, chyba, że mama zlitowała się nade mną i zrobiła coś za mnie. Dla mnie kredki, farbki i inne tego typu rzeczy były w porządku, pod warunkiem, że znajdowały się z dala ode mnie. Zaśmiał się wesoło, dostrzegając drugiego mężczyznę, siedzącego naprzeciwko nas. Podszedł do niego, wyciągając swoją drobną dłoń i, jak przystało na grzeczne, dobrze wychowane dziecko, przedstawił się. Byłem z niego taki dumny.
- Przywiozłem twoje ulubione… - zaczął Harry, wchodząc do salonu. Zatrzymał się dokładnie na środku dywanu, mierząc mnie przenikliwie wzrokiem. Domyślałem się, jak to mogło wyglądać z jego perspektywy. Leżałem na kanapie niemalże nieprzytomny, śmiejąc się jak głupi do sera, a niedaleko mnie siedział wyjątkowo przystojny, młody mężczyzna, który z całą pewnością mógłby skraść moje serce. Zayn wyglądał jak chodzące milion dolarów, zdawałem sobie z tego sprawę, jednak zawsze wybrałbym mojego zielonookiego. Kochałem go tak bardzo, że czasami to uczucie wręcz mnie przerażało. – Harry Styles. – przedstawił się, podobnie, jak to zrobił chwilkę wcześniej Nolan. Uspokoiłem go, że to tylko mój dawny przyjaciel i wyjaśniłem pokrótce całą dzisiejszą sytuację, zaczynając od mojej niefortunnej przygody z odkurzaczem i jego wazą, poprzez kontrolę drogową, a skończywszy na tym, że nasza córka postanowiła po raz pierwszy podnieść na kogoś rękę. Nie omieszkałem zaznaczyć, że sam ją tego nauczył. Westchnął głęboko i rozsiadł się tuż obok mnie, władczo obejmując mnie ramieniem, jakby bał się, że brązowooki jednak mógłby chcieć o mnie zawalczyć, po czym szybko odnalazł się z nami we wspólnej rozmowie. Śmialiśmy się tego wieczora zdecydowanie więcej, niż kiedykolwiek i miałem wrażenie, że zielonooki wybaczył mi nawet moje upojenie alkoholowe, wytykając mi jedynie, że nie wie, jakim cudem znajdę dzisiaj drogę do sypialni, jednak on nie zamierza mi pomóc, nawet w najmniejszym stopniu. Pozwoliliśmy Zaynowi i jego córce zostać dzisiaj na noc, oferując im wolny, gościnny pokój, który w niedalekiej przyszłości zamierzałem przerobić na kolejny dziecięcy, o czym Harry, rzecz jasna, nie miał jeszcze bladego pojęcia. Patrząc z boku na naszą trójkę, zajmującą wielką, beżową sofę, uświadomiłem sobie, jakim jestem szczęściarzem, mając jego na wyłączność. Życie w pojedynkę, czy chociażby takie życie, jakie musiał prowadzić Malik po śmierci żony, nie było dla mnie. Ja musiałem mieć świadomość, że mam w kimś oparcie, że mam kogoś, do kogo mogę w każdej chwili się przytulić i kogoś, kto jest ze mną, bez względu na wszystko. Miałem Harry’ego, mogłem tylko za to dziękować…
                                                                       ***
Sylwester…

Zayn miał piękny, duży dom, do którego postanowił zaprosić nas na tegorocznego Sylwestra i dobrze się stało, ponieważ sami nie mieliśmy żadnych planów. Z całą pewnością spędzilibyśmy go w łóżku, przesypiając nawet fajerwerki o północy, a tymczasem staliśmy na balkonie u naszego przyjaciela, sącząc z kieliszków musującego szampana. Nie dochodziła jeszcze nawet dwudziesta trzecia, a ja już chwiałem się na swoich nogach, co nie było niczym dziwnym, gdy piło się z Harry’m, który potrafił wlać w siebie dosłownie litry, a nadal czuł się świetnie i wszystko kontrolował. Śmiałem się, choć sam nie wiedziałem z czego, wtulając się w jego ciepłe ramiona. Przerósł mnie prawie o całą głowę, toteż idealnie mieściłem się tuż pod jego brodę, którą mógł oprzeć na czubku mojej głowy. Swobodnie objął mnie w pasie, kołysząc mną na prawo i lewo, powodując tylko i wyłącznie jeszcze większe zawroty. Z chwili na chwilę robiło mi się coraz bardziej niedobrze, a przed oczyma zaczęły krążyć mi malutkie, jasne punkciki, które z uporem próbowałem złapać. Miałem trzydzieści pięć lat, a czasami zachowywałem się jak mały chłopczyk, który w niczym nie zna umiaru. Musiałem zawsze zalać się w trupa, by później nie mieć nawet czego wspominać. Żałowałem, że mam taką słabą głowę, ale Harry’ego najwyraźniej to bawiło, bo doskonale słyszałem, jak śmieje się cicho pod nosem, gdy prowadził mnie do przestronnego, zachowanego w jasnej tonacji salonu, sadzając mnie na wielkiej, białej sofie. Od razu położyłem się na niej, chowając twarz w poduszkę. Usiadł przy mnie, gładząc z czułością moje plecy. Gdybym tylko mógł i nie byłbym w towarzystwie licznych gości Malika, zasnąłbym sobie spokojnie, nie budząc się nawet, by powitać nowy rok. Nigdy nie przepadałem za Sylwestrem, a wręcz się go bałem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie tego dnia świętują i cieszą się, jakby spotykało ich coś nadwyraz dobrego. Mnie za każdym razem, gdy wystrzeliwały w górę korki od szampana, przeszywały ciarki i nie lubiłem wznosić toastu za nadchodzący rok, ponieważ nie wiedziałem, co on przyniesie. Cały ubiegły znałem aż za dobrze, wiedząc, ile było w nim złego, a ile dobrego. Nowy był nieprzewidywalny i za każdym razem ściskało mnie w gardle, gdy pomyślałem sobie, że może okazać się gorszym rokiem, od tego, który właśnie przemijał. Gdy rozpoczynało się odliczanie od dziesięciu w dół, odchodziłem od całego zgromadzonego tłumu, by w ciszy poprosić i potrzymać kciuki, by wszystko było dobrze. Corocznie życzyłem sobie, by wszystko pozostało bez zmian. Potrzebowałem tylko zdrowia, rodziny i mojego ukochanego zielonookiego, bez którego nie wyobrażałbym sobie dalszego życia. Świadomość, że coś mogłoby ulec zmianie mroziła mi krew w żyłach. Odwróciłem się w jego stronę, patrząc wprost w jego szmaragdowe tęczówki, uśmiechając się do niego nieznacznie. Nie miałem na nic siły i  miałem nieoparte wrażenie, że w całym moim ciele nieubłaganie krąży tylko i wyłącznie alkohol, przez co czułem się beznadziejnie i fizycznie i psychicznie. Nie chciałem przecież robić Zaynowi problemów, ale oczyma wyobraźni już widziałem, jak bardzo zdewastuje mu mieszkanie, gdy tylko ktoś spuści mnie z oka. Rzecz jasna, nie zrobię tego specjalnie, ale moja koordynacja po procentach jest zerowa, a ja zataczam się po postawieniu pierwszego kroku. Oddałbym wszystko, by trzymać się tak, jak Harry, który odwzajemniając uśmiech, przywarł do moich warg, przesuwając po nich swoimi, zupełnie tak, jakby całował kogoś, kto zaraz ma rozpaść się na drobne kawałeczki. Tego, jak bardzo był czuły, nie dało się opisać słowami i właśnie za to kochałem go najbardziej. Był stworzony idealnie dla mnie. Razem tworzyliśmy i dopełnialiśmy całą układankę, jaką było życie i byliśmy właśnie tymi elementami, które pasowały do siebie jak ulał. Inni mogli nam tylko zazdrościć, bo otwarcie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy cudowną parą, której niczego nigdy nie brakowało. Mieliśmy siebie nawzajem, mieliśmy dwójkę wspaniałych dzieci, które spędzały Sylwestra wraz z ukochanymi dziadkami i wszystkimi możliwymi ciociami, rozpieszczającymi je na każdym kroku, mieliśmy rodzinny dom, pełen ciepła i miłości i nie pragnęliśmy już gwiazdki z nieba – mieliśmy coś o wiele cenniejszego, niż ona. Spędziliśmy ze sobą ponad piętnaście lat, nadal się sobą nie nudząc, a to musiało już o czymś świadczyć. Gdy wiązaliśmy się ze sobą, byliśmy dwójką nastoletnich chłopaków, którzy dopiero odkrywali, czym jest miłość i każdy, dosłownie każdy, powtarzał ciągle, że nam się nie uda, że ten związek nie ma przyszłości. Teraz mógłbym pokazać im wszystkim środkowy palec, bo podczas gdy oni dopiero poszukują swojego miejsca w świecie, jak zachłystuje się swoim własnym szczęściem i jest mi cholernie dobrze. Harry, odsuwając się od moich wąskich warg, poderwał mnie do góry, powodując tym samym, że przez moment zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Nie powinien był wykonywać tak szybkiego ruchu, gdy miałem w sobie o kilka promili za dużo. Poczułem silne uderzenie w głowie i aż zaświstało mi w uszach, jednak zielonooki nie rezygnował, biorąc mnie w swoje ramiona. Bezwładnie oparłem głowę w zagłębieniu jego szyi, podczas gdy on niósł mnie swobodnie schodami w górę. Nie mogłem pojąć, jak ktoś, kto wypił tyle co on, mógł bez jakiegokolwiek problemu pokonywać kolejne stopnie, dodatkowo niosąc drugą, niezbyt lekką osobę. Mimo wszystko, radził sobie bez problemu. Pchnął nogą drzwi jakiegoś pokoju, przekraczając próg, za którym postawił mnie na własnych nogach. Z impetem upadłem na zimną podłogę, kalecząc sobie kolana. Nie zdążyłem nawet wyciągnąć rąk przed siebie, więc leżałem jak długi, rozłożony na ciemnych panelach, których sęki dosłownie roiły mi się w oczach. Puszczając mimo uszu śmiech młodszego chłopaka, zamknąłem zmęczone powieki, chcąc choć przez moment odpocząć. Usłyszałem jeszcze tylko dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza…

                                                                       ***
Z perspektywy Harry’ego…

Obserwowanie Louisa w tym stanie było wręcz przezabawne. To, co działo się z jego ciałem pod wpływem alkoholu zawsze było dla mnie niezrozumiałą rzeczą. Gdy niosło się go w swoich ramionach był kompletnie bezwładny, a jego mózg zdawał się w ogóle nie pracować i w ogóle nie dawał żadnych znaków, że jest. Niebieskooki był przytomnym, jednak odległym człowiekiem, do którego nie było się w stanie dotrzeć. Teraz, gdy patrzyłem na niego, leżącego na zimnych panelach pokoju gościnnego, do którego klucze udostępnił mi sam właściciel, było mi go najzwyczajniej w świecie żal. Kucnąłem przy nim, szturchając go w ramie, jednak on tylko wybełkotał kilka niezrozumiałych słów, układając głowę wprost na mojej dłoni. Zaśmiałem się cicho, widząc, że nawet nieświadomie szuka ze mną jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Dźwignąłem go ostrożnie, podnosząc go z podłogi, na której z całą pewnością przespałby dzisiejszą noc, kładąc go delikatnie na miękkim posłaniu dużego łóżka, do którego oboje mieliśmy pełne prawo. Zayn był wyjątkowo miłym mężczyzną i szybko, a w zasadzie natychmiastowo, zaakceptował nasz związek i polubił mnie do tego stopnia, że teraz bez wahania mogłem czuć się w jego domu zupełnie tak, jak u siebie. Nie zamierzałem jednak wykorzystywać tego w nadmiarze. Potrzebowałem tylko tego jednego pomieszczenia, w którym mógłbym spędzić z Louisem noc. I, choć wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej, perspektywa przespania Sylwestra przy jego boku również wydawała się kuszącą propozycją. Położyłem się tuż obok niego, obejmując go czule ramieniem. Przeturlał się w moją stronę, tuląc się do mojej klatki piersiowej, unoszącej się spokojnym, kojącym rytmem. Wyciągnął przed siebie dłoń, jakby czegoś szukał, by po chwili oprzeć ją swobodnie na moim biodrze. Ponownie cicho się zaśmiałem, by nie mącić jego niebywałego spokoju i opanowania, po czym nachyliłem się, by złączyć nasze wargi. Pomimo tego, że był prawie, że nieprzytomny, odwzajemnił pocałunek, nieznacznie go pogłębiając. Chwytając go ostrożnie za kark, przysunąłem się do niego jeszcze bliżej, splatając nasze języki. Alkohol był tak silnie wyczuwalny, że miałem nieodparte wrażenie, że Louisem dałoby się upić. Mieszanina różnych, smakowych wódek sprawiała, że smakował to słodkimi wiśniami, to kwaskową cytryną, ale przede wszystkim, smakował sobą, a ja kochałem to uczucie. Całowanie tego chłopaka było wyjątkowe. Dopiero mknąc po jego ustach zdawało się sprawę z tego, jak gładkie i idealne są w zetknięciu z drugimi ustami. Jego pocałunki były wyjątkowo delikatne, jakby był z banki mydlanej, która w każdej chwili może pęknąć, raz na zawsze się zatracając. Było w tym też jednak coś bardzo erotycznego i zniewalającego. Te wargi sprawiały, że chciało się tylko i wyłącznie więcej, zapominając o jakichkolwiek konsekwencjach. Lubiłem zatracać się w niebieskookim, odrzucając na bok cały istniejący świat. Nie odrywając się od niego, zacząłem swobodnie odpinać guziki jego czarnej, dopasowanej koszuli, którą uwielbiałem widzieć na nim, jednak teraz zdecydowanie wolałem, by leżała pognieciona gdzieś w kącie tego pokoju. Mocowałem się, by te małe, ciemne guziczki ustąpiły moim dłoniom, jednak wstawiały czynny opór, więc, chcąc nie chcąc, musiałem wcielić w życie moją standardową metodę. Szarpnąłem materiał koszuli, odsłaniając nagą klatkę piersiową mojego chłopaka, unoszącą się nieco przyspieszonym rytmem. Przesunąłem swoje rozgrzane wargi na jego szyję, a gdy tylko zacząłem mknąć po niej koniuszkiem języka, poczułem, jak paznokcie niebieskookiego wbijają się w skórę moich pleców. Wodził rękoma pod materiałem mojej szarej koszulki, przyprawiając mnie tym samym o delikatne, ledwo dostrzegalne dreszcze.
- Tak bardzo Cię pragnę, Lou… - szepnąłem zachrypniętym głosem, pozostawiając na jego skórze drobną, zaczerwieniona plamkę. Lubiłem w ten sposób go naznaczać, wiedząc, że jest tylko i wyłącznie mój. Na ułamek sekundy powróciłem go jego wąskich, zaróżowionych ust, by po chwili przenieść je na klatkę piersiową, ozdobioną licznymi tatuażami. Mknąłem czubkiem języka dosłownie po każdej literce, składającej się na napis It is what it is, by z czasem dojść do mojego ulubionego miejsca, którym było jego podbrzusze. Mięśnie były napięte, a jasna blizna szkliła się w blasku nocnych lampek. Chwyciłem go pewnie za biodra, przyciskając go nieznacznie do materaca łóżka, po czym nachylając się nad nim, zacząłem składać krótkie pocałunki na jego porcelanowej skórze. Chłopak odchylił głowę, zaciskając swoje drobne dłonie na kremowym prześcieradle, mierzwiąc je nieznacznie. Z jego ust wyrwało się ciche westchnięcie, gdy kosmyki moich włosów zaczęły swobodnie łaskotać jego najwrażliwszy punkt. – Jesteś idealny. – mój głos zabrzmiał tak, jakbym chorował na ostre zapalenie gardła, czego sam się nie spodziewałem. Pewnym ruchem zacząłem odpinać jego ciemne, opięte rurki, odrywając się na chwilę od pieszczenia jego ciała. Uniosłem jego biodra nieznacznie ku górze, by ściągnąć z niego zbędny materiał. Nie lubiłem Louisa w aż tak wąskich spodniach, z którymi zawsze miałem problemy. Chciałem się ich jak najszybciej pozbyć, tymczasem one skutecznie mi utrudniały, przez co tylko i wyłącznie niepotrzebnie się denerwowałem. Szarpnąłem je energicznie, nieznacznie rozdzierając je przy kieszeni. Nie dbałem jednak o to, ponieważ moją głowę zaprzątała tylko i wyłącznie wizja półnagiego lub nagiego szatyna. Odrzuciłem jego rurki w kąt i z chytrym uśmieszkiem powróciłem do jego warg. Wodziłem po nich, patrząc prosto w jego, zamglone z pożądania, niebieskie tęczówki, zupełnie tak, jakbym szukał potwierdzenia z jego strony. Nie musiał się nawet odzywać, bym wiedział, że pragnie tego, tak samo, jak i ja. Nie odrywając się od niego, wsunąłem dłoń pod materiał jego bokserek, ujmując delikatnie jego nabrzmiałą męskość. Niebieskooki jęknął znacząco tuż przy moim uchu, przyciągając mnie do siebie jeszcze silniej, gdy zacząłem powolnie wykonywać charakterystyczne ruchy w górę i w dół. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by aż tak przeklinał. Owszem, Louis w łóżku robił się wyjątkowo niegrzecznym chłopcem, umiejącym dosadnie wypowiedzieć to, co właśnie czuł i co właśnie kręciło się po jego głowie, jednak teraz wyjątkowo mnie zaskoczył. Wplótł palce w moje gęste loki, wypowiadając liczne wulgarne słowa wprost do mojego ucha. Musiałem przyznać, że działało to na mnie ze zdwojoną siłą. Nieco mocniej zacisnąłem dłoń na jego penisie, nieznacznie przyspieszając ruchy. Po tylu latach związku doskonale wiedziałem, jak sprawić mu największą przyjemność. Jego ciało wiło się tuż pode mną i miałem nawet wrażenie, że chłopak nieznacznie oprzytomniał, a alkohol jakby momentalnie wyparował z jego krwioobiegu. Zamknąłem jego usta swoimi, gdy zaczynał robić się wyjątkowo głośny. Nie mogliśmy przecież zwrócić uwagi wszystkich zaproszonych gości, którzy zamiast napawać się nadchodzącym nowym rokiem, podsłuchiwaliby nas pod drzwiami. Prawda była jednak taka, że nie kochaliśmy się ze sobą od tak dawna, że sam miałem ochotę krzyczeć z rozkoszy. Oderwałem się od jego spragnionych warg, gładząc go czule po policzku. Złożyłem krótki pocałunek na jego czole, po czym od razu nachyliłem się nad jego męskością. Kątem oka dostrzegłem, jak zaciska dłonie na prześcieradle i odrzuca głowę w tył, gdy jego penis sprawnie ginął, otulony moimi gorącymi wargami. Poruszałem się po nim wyjątkowo leniwie, zdając sobie sprawę z tego, że to podnieca go ze zdwojoną siłą. Mój język przesuwał się po całej długości, a usta silniej zaciskały się na główce. Louisa już ze mną nie było. Jego zamglone oczy, rozczochrane, układające się w każdą stronę włosy i zagryziona do krwi dolna warga uświadomiły mi, że błądzi właśnie po krainie niesłychanej przyjemności, której byłem sprawcą. Czułem, jak jego męskość z chwili na chwilę robi się coraz twardsza i słyszałem, jak chłopak znacząco wzdycha. Odsunąłem się od niego i, choć wiedziałem, że bardzo tego żałuje, musiałem to uczynić, nie chcąc na tym kończyć naszej zabawy. Podniósł się gwałtownie na łóżku, sprawnym ruchem zrywając ze mnie szarą koszulkę, która upadła na zimnych panelach tuż obok jego spodni. To, jakiej siły nagle nabrał, zdziwiło mnie do tego stopnia, że siedziałem i wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem. Pchnął mnie na materac, na którym sam przed chwilką leżał, tak, że uderzyłem głową o drewnianą ramę łóżka. Otrząsnąłem się, widząc krążące przed moimi oczyma drobne, jasne punkciki, by po chwili poczuć Louisa, siedzącego na moich biodrach. Z zapałem i zaangażowaniem całował mnie po wrażliwej szyi, wodząc dłońmi po klatce piersiowej. Zataczał malutkie kółeczka wokół moich sutków, tym samym niewyobrażanie je drażniąc. Jęknąłem cicho wprost do jego ucha. Chciałem objąć go w pasie, jednak silnym ruchem odepchnął moją dłoń, zadziornie się do mnie uśmiechając. Widziałem tylko, jak pochyla się nad moim nagim brzuchem, namiętnie go całując. Jego język wił się w okolicy mojego pępka, podczas gdy dłonie spoczywały zaciśnięte na moich kościach biodrowych. Jawnie doprowadzał mnie na skraj mojej własnej wytrzymałości. Podobnie jak koszulkę, szarpnął tym razem moje spodnie wraz z bielizną i, choć musiał odrobinę się nagimnastykować, ściągnął je bez większego problemu z moich długich nóg. Bez jakiegokolwiek zastanowienia ujął ustami mojego penisa, a ja wygiąłem się w łuk, nie spodziewając się tak nagłej reakcji z jego strony. Doskonale czułem, jak jego język oplata moją męskość, a patrząc na niego, na to, jak kusząco wyglądał, gdy sunął wargami po całej mojej długości, miałem wrażenie, że dojdę w ułamku sekundy. Wplotłem palce w jego włosy, przytrzymując go nieznacznie bliżej siebie. Musiałem mu wybaczy to, jak skandalicznie głośno się zachowywał, ponieważ sam nie byłem ani odrobinę lepszy. Z moich ust także wydobywały się liczne przekleństwa, połączone wraz z jego imieniem, które brzmiało tak, jak najpiękniejsza modlitwa. On jednak mnie nie uciszał, więc musiałem zachować minimalną trzeźwość umysłu, by nie usłyszał nas cały dom wraz z jego właścicielem. Zagryzając silnie wargę, obserwowałem, jak mój penis przepada w jego zaróżowionych i gorących ustach, a on sam patrzy na mnie wzrokiem pełnym pożądania.
- Cholera, Louis… - szepnąłem, zaciskając w dłoniach materiał prześcieradła. To, jak przeraźliwie wiłem się pod wpływem jego poczynań, było nie do opisania. Czułem, jak mój mózg powoli się wyłącza, a ja zapominam, jak mam na imię. Musiałem, choć bardzo tego nie chciałem, poprosić go, by przestał, wiedząc, że za moment doszedłbym wprost w jego ustach. Odsunął się ode mnie, kładąc się na mojej klatce piersiowej, unoszącej się w zastraszającym tempie. Oddychaliśmy zdecydowanie szybciej, niż powinniśmy, choć jeszcze do niczego między nami nie doszło. Niebieskooki odnalazł moje usta, zatapiając się w nich zachłannie. Wolną dłonią przeczesał moje gęste loki, odgarniając je z mojego spoconego czoła.
- Pozwól mi dzisiaj… - powiedział pewnie, przygryzając płatek mojego ucha. Od razu zrozumiałem, co miał na myśli i nie zamierzałem mu odmawiać, wykręcając się niestosownymi powodami. Kochałem go i, choć zdziwiła mnie nagła chęć jego dominacji, bez wahania zgodziłem się, chcąc jak najszybciej stać się z nim jednością. Uśmiechnął się do mnie ciepło, całując mnie w policzek. – Nie zawiodę Cię. – dodał, chociaż wcale nie musiał. Wiedziałem, że będzie mi z nim tak samo dobrze, jak zawsze. Sprawnym ruchem obrócił mnie bokiem do siebie, po czym położył się za mną, okalając każdy kręg mojego kręgosłupa swoim ciepłym oddechem. Gładził moje plecy i całował mnie po szyi, wywołując na moim ciele gęsią skórkę. Przeszywały mnie przyjemne dreszcze, a zrobiło mi się jeszcze lepiej, gdy poczułem w sobie jego zwinny palec. Jęknąłem cicho, przygryzając dolną wargę. Louis poruszał się we mnie wyjątkowo delikatnie, chcąc przygotować mnie do tego, co miało się dopiero wydarzyć. Z chwili na chwilę czułem, jak moje mięśnie ustępują pod wpływem jego zdecydowanych pchnięć, umożliwiając mu dołożenie kolejnego palca. Nie mogłem się powstrzymać przed przeklinanie i dziwiłem się sam sobie, że nagle zrobiłem się aż tak wulgarny, jednak było mi wyjątkowo dobrze, więc miałem usprawiedliwienie dla swojego zachowania. Przymknąłem powieki, chowając za nimi swoje zielone, pełne pożądania i miłości tęczówki. Pragnąłem go tak niesłychanie, że tylko ta myśl krążyła po mojej głowie.
- Louis, proszę… - jęknąłem znacząco, nieznacznie wypychając się w jego kierunku. Zrozumiał moją aluzję, wychodząc ze mnie po ostatnim, wyjątkowo ostrożnym pchnięciu. Przysunął się do mnie jeszcze bliżej, jednym, delikatnym ruchem wchodząc w moje ciało. Z moich ust wyrwało się ciche przekleństwo, spowodowane nieznacznym bólem, jednak niebieskooki był wyjątkowo czuły i nie spieszył się. Dał mi odpowiednio dużo czasu, bym przyzwyczaił się do niezbyt komfortowej sytuacji. Minęły lata, naprawdę długie lata, gdy po raz ostatni czułem go w sobie. Od kiedy przestaliśmy być napalonymi, dzikimi nastolatkami, a nasz seks przerodził się tylko i wyłącznie w pogłębianie emocji, a nie zwyczajne wyładowanie tego, co w nas drzemało, to ja przejąłem inicjatywę, a on zawsze mi ulegał, nie protestując. Prawda była jednak taka, że oboje czuliśmy się ze sobą idealnie i nie robiło nam różnicy, który w danej chwili był tym dominującym. Zawsze dbaliśmy o siebie nawzajem, dając sobie wszystko to, co najlepsze. Tego, jak dobry był Louis, nie dało się opisać słowami. Każde jego pchnięcie było doprecyzowane, rytmiczne i powolne, dokładnie takie, jakie lubiłem najbardziej. Potrafił sprawić mi niesłychaną przyjemność zaledwie kilkoma swoimi ruchami. Odchyliłem głowę do tyłu, prawie że opierając ją na jego ramieniu. Objął mnie dłonią w pasie, przytrzymując mnie jeszcze bliżej siebie. Świadomość, że stanowimy jedność owładnęła mój umysł do tego stopnia, że nie byłem w stanie skupić się na niczym innym. Miałem mojego kochanego szatyna tak blisko siebie, leżał tuż za moimi plecami, doprowadzając mnie do mojego własnego nieba. – Szybciej… - szepnąłem niemalże niedosłyszalnie, chowając twarz w miękkiej, kremowej poduszce. Chłopak od razu wykonał moje polecenie, wchodząc we mnie nieco szybciej, bardziej stanowczo. Jęczałem, wbijając paznokcie w materac pod sobą. Moje serce biło tak przerażająco szybko, że miałem wrażenie, jakby zaraz miało rozerwać moją klatkę piersiową i wybiec gdzieś daleko stąd. Nasze oddechy były spójne i tworzyły jedną całość, powodując tym samym, że w całym pomieszczeniu zrobiło się okropnie gorąco. Łapczywie nabieraliśmy powietrza i doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że oboje jesteśmy już na niebezpiecznej krawędzi. Louis ujął pewnie moją męskość, przesuwając po niej swoją wyćwiczoną dłonią. Wiłem się w jego objęciach, dochodząc zaledwie chwilę później. Kilka kolejnych pchnięć doprowadziło na szczyt także i szatyna, który opadł bezwładnie na prześcieradło, tuląc się do mnie mocno. Nasze spocone ciała i przyspieszone oddechy idealnie się wypełniały. Kochałem go, nie mogłem pragnąć niczego więcej, niż on.
- Panowie… - usłyszeliśmy ciche pukanie do naszych drzwi. – Za piętnaście minut mamy nowy rok! – krzyknął Zayn, radośnie się śmiejąc. Słyszeliśmy, jak zbiega po schodach, dając nam czas na to, abyśmy mogli ze spokojem się ubrać i otrząsnąć z tego, co zaszło. Pocałowałem chłopaka w usta, zatracając się w nim po raz ostatni w przemijającym roku.
- Kocham Cię… - powiedziałem pewnie, spoglądając wprost w jego niebieskie tęczówki. Odgarnąłem niesforne kosmyki z jego czoła, uśmiechając się do niego. – Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie. – szepnąłem, mknąc rozgrzanymi wargami po jego wargach.

                                                                       ***

- Dziesięć, dziewięć… - goście Zayna już odliczali, stojąc na sporym balkonie i oczekując fajerwerków, które za kilka sekund rozświetlą ciemne niebo. Wszedłem wraz z Harry’m w tłum zgromadzonych, zajmując miejsce tuż koło naszego przyjaciela. Uśmiechnąłem się do niego ciepło, kontynuując odliczanie wraz z innymi ludźmi. – Osiem, siedem… - nie mogłem uwierzyć, że tak niewiele czasu pozostało, by pożegnać stary rok, który był chyba jednym z lepszych, jakie dane mi było przeżyć u boku zielonookiego. Każdy miał coś wyjątkowego w sobie, zawierał liczne wzloty i upadki i niejednokrotnie sprawiał, że miałem ochotę go przekląć lub jawnie stwierdzić, że nigdy go nie zapomnę, ponieważ był niemalże idealny. Teraz, trwając w jego objęciach i słysząc dalsze odliczania, nie pragnąłem niczego więcej, jak świadomości, że ten rok, który właśnie zbliża się wielkimi krokami, będzie tak samo dobry, jak jego poprzednik. – Sześć, pięć, cztery… - Zayn rozlewał szampana do wysokich kieliszków, którymi każdy stuknął się z osobą, która stała obok. Harry zaśmiał się cicho, dając mi tym samym do zrozumienia, że zdecydowanie lepiej byłoby, gdybym na dzisiaj sobie podarował, jednak nie mogłem przepuścić okazji, zwłaszcza, że zmieniała się cyferka, rozpoczynając nowy etap naszego wspólnego życia. Byliśmy znów rok starsi, znów rok dojrzalsi i ponownie czekały nas nowe wyzwania. Kątem oka dostrzegłem, jak zielonooki wykręca numer na swoim telefonie, włączając tryb głośnomówiący. Kilka sekund późnej odezwały się nasze dzieciaki, które konturowały z nami liczenie. – Trzy, dwa, jeden! – krzyknęliśmy wszyscy, wsłuchując się w wystrzeliwane sztuczne ognie. Niebo rozświetliło się milionem barw i wyglądało zupełnie tak, jakby ktoś przeszył je na wskroś. Obserwowałem bez słowa, jak ciemność zostaje rozszarpana na drobne strzępy, skrząc się przeróżnymi kolorami. Po raz pierwszy poczułem ulgę, witając nowy rok. Miałem przy sobie Harry’ego, niejako miałem także przy sobie Darcy i Nolana, który wesoło śmiali się do słuchawki, składając nam ciepłe życzenia noworoczne. Zamieniliśmy także kilka słów z naszym rodzeństwem i rodzicami, po czym weszliśmy ponownie do domu, rozgrzewając się. Na dworze było wyjątkowo zimno, prószył śnieg, a fajerwerki nadal powodowały charakterystyczny hałas i tworzyły wzory na ciemnej połaci nieba.
- Mawia się: „Jaki Sylwester, taki nowy rok”. – odezwał się Harry, parodiując jednego z dziennikarzy, który powtarzał tę mantrę co roku. Objął mnie w pasie, przyciągając do siebie tak blisko, jak to tylko było możliwe. Zachwiałem się nieznacznie, oblewając się resztką szampana. Roześmiał się w niebogłosy, widząc wielką plamę na mojej koszuli, którą próbowałem zetrzeć, nie zdając sobie od razu sprawy z tego, że to przecież niemożliwe. Procenty nie wpływały na mnie zbyt dobrze, nawet, jeśli to tylko kieliszek musującego płynu. Odepchnąłem go od siebie w żartach, co spowodowało tylko i wyłącznie to, że zachwiałem się jeszcze mocniej, potykając się o niską ławę. Z impetem upadłem na podłogę, uderzając się w głowę o kant stołu. Goście podbiegli do mnie, podnosząc mnie z podłogi i sadzając mnie na kanapie, wyjątkowo dokładnie sprawdzili, czy nic mi się nie stało. Byłem nieco zszokowany po upadku i z zawzięciem pocierałem bolące miejsce. – Koniec szaleństw na dziś, kochanie. – zielonooki usiadł koło mnie, biorąc mnie w swoje ramiona. Westchnąłem głęboko, wdychając intensywny zapach jego perfum, rozkoszując się jego bliskością. Rzeczywiście, miałem dosyć przygód jak na jedną noc. Marzyłem tylko o tym, by zasnąć i obudzić się w jego ramionach, witając pierwszy dzień nowego roku.

                                                                       ***
Połowa lutego…

Przytulił się do mnie mocno, całując mnie namiętnie w usta, złączając nasze języki w szalonym tańcu rozkoszy. Wodził rozgrzanymi dłońmi po moim nagim ciele, wbijając tu i ówdzie paznokcie w moją delikatną i wrażliwą skórę. Przesuwał swoje wargi na moją szyję, obojczyki, klatkę piersiową, kończąc podróż na podbrzuszu, na którym skupiał się najbardziej, gdyż wiedział, jak bardzo lubię pieszczoty w tej właśnie okolicy. Błądził koniuszkiem języka przy moich kościach biodrowych, drażniąc mnie swoimi niesfornymi lokami, pałętającymi się po moim ciele. Nawet nie spostrzegłem się, gdy jego rozgrzane wargi przemknęły po mojej męskości. Robił to tak zwinnie, że chwilami traciłem zmysł orientacji. Ujął ją w swoje usta, wykonując powolne ruchy. Patrzył na mnie swoimi lśniącymi, zielonymi tęczówkami, przepełnionymi pożądaniem i miłością, podczas gdy ja nie byłem w stanie skupić się na niczym innym, jak na zaciskaniu dłoni na prześcieradle i na cichym wypowiadaniu jego imienia, które brzmiało w moich ustach wyjątkowo melodyjnie. Harry był idealny i kochałem go, nie tylko wtedy, gdy sprawiał mi niesłychaną przyjemność. Odsunął się nieznacznie w momencie, w którym uznał, że pora najwyższa przerwać tę czynność, po czym uniósł moje nogi, kładąc je sobie na ramionach. Ułożył dłonie po moich bokach, wchodząc we mnie delikatnie jednym, sprawnym ruchem. Byłem już przyzwyczajony do uczucia złączenia naszych ciał w jedno, toteż zignorowałem niewielki ból, jaki temu towarzyszył, wiedząc, że za kilka sekund zielonooki sprawi, że poczuje się jak w swoim własnym niebie. Przywarł do moich ust, całując je namiętnie, gryząc od czasu do czasu moją dolną wargę, jednocześnie wolno się we mnie poruszając. Każde jego pchnięcie było idealnie wyważone, czułe i takie, jakie być powinno. Nigdy, ale to przenigdy nie było mi z nim aż tak dobrze, jak tej nocy, gdy nie myśleliśmy o niczym innym, tylko o sobie i swoich potrzebach. My nie uprawialiśmy seksu, my się kochaliśmy, łącząc się ze sobą tak, jak literki łączą się w poszczególne wyrazy. Wszystko było na swoim właściwym miejscu i nie było mowy o popełnieniu jakiegokolwiek błędu. Każdym swoim ruchem doprowadzał mnie na szczyt. Wiłem się pod jego ciałem, wychodząc swoimi biodrami naprzeciw jego rytmicznym pchnięciom. Gardłowy jęk Harry’ego tuż przy moim uchu sprawiał, że dodatkowo przeszywały mnie przyjemne dreszcze i czułem się jeszcze bardziej wyjątkowo, dając radość i przyjemność także jemu. Wplotłem palce w jego gęste loki, przyciągając go blisko do siebie. Oparł czoło na moim, a nasze oddechy splotły się ze sobą. Ciepło, jakie biło od naszych spoconych ciał rozgrzewało atmosferę w naszej sypialni, która stała się tak gorąca, że ciężko było nam łapać oddech.
- Oh, Hazz… - szepnąłem wprost do jego ucha, czując charakterystyczne ukłucie w dolnej części brzucha. Chłopak przyspieszył nieznacznie, wchodząc we mnie głębiej i pewniej. Uczucie tworzenia z nim jedności było piękne i nie wyobrażałem sobie, by kiedykolwiek mogło mi tego zabraknąć. Ponad piętnaście lat wspólnego życia złożyło się na to, że teraz, gdy oboje byliśmy już dojrzałymi mężczyznami, znającymi wręcz na wylot swoje ciała, wiedzieliśmy, jak sprawiać sobie największą z możliwych przyjemności i robiliśmy to za każdym razem, gdy się ze sobą kochaliśmy. Zielonooki ujął moją męskość w dłoń, pomagając mi osiągnąć wyczekiwany koniec. Zaledwie kilkoma ruchami sprawił, że doszedłem z głębokim westchnięciem tuż przy jego uchu. Objąłem go silniej ramionami, chcąc poczuć go w sobie jak najlepiej, by on także, po paru dogłębnych pchnięciach, mógł osiągnąć szczyt. Opadł na moje ciało, całując moją szyję. Uwielbiałem, gdy sprawiał, że czułem się przy nim jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. I byłem nim, bo miałem go na wyłączność. Był mój…


Lubiłem śnić o tym razie, ponieważ był naszym ostatnim od kilku ładnych tygodni. Nic się nie układało i nic nie było takie, jak być powinno. Noworoczne postanowienia szlag trafił, a życzenia po raz pierwszy się nie spełniły. Każdej nocy, począwszy od tego Sylwestra, modliłem się, by było lepiej, a tymczasem budziłem się za każdym razem w pustym łóżku, w którym nie było już mojego ukochanego. Rozumiałem, że pracodawcy wymagają, aczkolwiek nie mogłem pojąć, dlaczego tak bardzo zależało im właśnie na Harry’m, którego zabierali mi o świcie, by zwrócić mi go dopiero wieczorem – zmęczonego i bez chęci do życia. W domu także mieliśmy problemy. Dzieciaki dopiero zaczynały ferie, a już niestety trzeba było gnać je do nauki, gdyż oboje zawalili matematykę, z którą teraz wspólnie się borykaliśmy. Miałem wyrzuty sumienia, bo ostatnimi czasy bardziej skupiałem się na sobie i na zielonookim, niż na własnych dzieciach, których nie dopilnowałem i takie były tego skutki. Czułem, że zawiodłem jako ojciec na całej linii. Darcy była nie do opanowania i absolutnie mnie nie słuchała. Wielokrotnie musiałem prosić o pomoc Gemmę, która jakoś potrafiła na nią wpłynąć, choćby w minimalnym stopniu. Blondynka spędzała u nas w zasadzie większość swojego wolnego czasu, a mnie było najzwyczajniej w świecie głupio, że muszę ją wykorzystywać, ponieważ sobie nie radzę. Czułem się fatalnie z myślą, że moje własne dzieci nie widzą we mnie autorytetu i kompletnie mnie ignorują. Dziewczyna pocieszała mnie za każdym razem, że to nie wynika z tego, że nie jestem tak dobry, jak być powinienem lecz z tego, że jestem zbyt pobłażliwy i wiele rzeczy uchodziło i nadal uchodzi im na sucho. Mogłem jej tylko i wyłącznie dziękować za to, że wzięła się za naszą córkę, pomagając jej w lekcjach, dzięki czemu z dnia na dzień zdobywała potrzebną wiedzę, by poprawić kiepskie stopnie. Na tym problemy jednak się nie kończyły. Mieliśmy do opłacenia szkołę Darcy, jednak bieżące wydatki przekraczały takie kwoty, że naprawdę musielibyśmy porządnie zacisnąć pasa. Ostatecznie mogłem pójść do pracy, której od tygodnia zawzięcie szukałem, jednak patrząc na to przez pryzmat zapotrzebowania na rynku, nie nadawałem się do niczego, a moje CV było praktycznie puste, chyba, że wpisałbym do niego wychowywanie dwójki dzieci, na które się zgodziłem. Gdy na świat przyszła nasza pierwsza pociecha, a było to prawie trzynaście lat temu, zdecydowałem, że zostanę z nią w domu, dbając o to, by niczego jej nie brakowało. Tak samo było przy Nolanie, z którym tym bardziej nie potrafiłem się rozstać nawet na kilka minut. Sam byłem sobie winny, że teraz musiałem siedzieć w czterech ścianach, nie mogąc w żaden sposób wesprzeć Harry’ego. Jedyne, co mogłem dla niego zrobić, to ciepły obiad, gdy wracał z pracy. Wszystko było takie beznadziejne. Wstając z łóżka i ubierając się w pierwsze, lepsze rzeczy, zszedłem na dół, gdzie zastałem siostrę zielonookiego, tłumaczącą Darcy definicje ciągów arytmetycznych. Przywitałem się z nimi, siadając tuż obok córki, by podzielać jej niezbyt optymistyczny nastrój. Słuchając tego, co mówiła do niej Gemma, przechodziły mnie ciarki i absolutnie nie dziwiłem się, że dziewczynka tego nie rozumiała. Jeśli można określić matematykę w jakikolwiek sposób łagodnie, to trzeba powiedzieć, że jest po prostu dziwna. Gdyby człowiek miał ująć ją obiektywnie, nie kończyłaby mu się lista przekleństw pod jej adresem. Sam doskonale pamiętałem, jak bardzo zniszczyła mi życie, gdy chodziłem jeszcze do tego przeklętego gimnazjum, którego szczerze nienawidziłem. Uśmiechnąłem się do niej pocieszycielsko, obejmując ją czule ramieniem. Gdy patrzyłem na nią z boku, wyglądała identycznie, jak Harry. Miała piękne, długie loki, a jej oczy lśniły tym samym, szmaragdowym blaskiem. Z kolei Nolan był taki sam, jak ja. Jego jaśniejsze włosy układały się w nieładzie, a niebieskie tęczówki przypominały kolorem bezchmurne niebo. Byli nasi i nikt nie miał prawa nam ich odebrać. Tego, jak bardzo kochałem swoją rodzinę, nie dało się opisać żadnymi słowami. Oparłem się o kuchenny blat, wyjmując składniki potrzebne do ugotowania obiadu. Idąc najprostszą drogą, zacząłem od krojenia naszej wspólnej, ulubionej greckiej sałatki. I to był właśnie moment, w którym poczułem, że coś jest nie tak, jak być powinno. Nóż wypadł mi z ręki, którą natychmiast przeniosłem na swoje usta. Zakręciło mi się w głowie do tego stopnia, że musiałem podeprzeć się o stół, by nie upaść z impetem na ziemię.
- Louis, co się dzieje? – blondwłosa podbiegła do mnie, porzucając na moment matematykę Darcy. Dostrzegłem kątem oka, jak niepewnie patrzy na mnie córka, gdy siostra Harry’ego wzięła mnie w swoje ramiona, a ja przymknąłem zmęczone powieki. – Skarbie? – zwróciła się do mnie pieszczotliwie, gładząc z czułością moje plecy. Przed moimi oczyma dosłownie wirowało, a w głowie czułem jeden, wielki uścisk, którego nie potrafiłem się pozbyć. Objąłem ją delikatnie, by ustabilizować swoją pozycję, podczas gdy moje nogi robiły się coraz bardziej jak z waty. Kolana zatrzęsły się niebezpiecznie, toteż Gemma posadziła mnie na kuchennym krześle, podając mi szklankę wody. Ułożyła swoją drobną, kościstą dłoń na moim czole, sprawdzając, czy nie mam przypadkiem gorączki, jednak ja nie czułem żadnych, znaczących zmian. Nic mnie nie bolało i nie byłem przeziębiony, po prostu na chwilę straciłem nad sobą kontrolę. – Już lepiej? – zapytała z troską, unosząc mój podbródek nieznacznie do góry. Już miałem skinąć twierdząco głową, jednak momentalnie poczułem, jak robi mi się niedobrze. Zerwałem się z miejsca, biegnąc wprost do łazienki, w której zamknąłem się na klucz, by nikt mi nie przeszkadzał. Słyszałem zza drzwi, jak dziewczyna uspokaja Darcy, mówiąc jej, żeby się nie martwiła, bo pewnie tylko i wyłącznie się zatrułem i w tym momencie naprawdę chciałem, by miała rację w tym, co mówiła. Opierałem się o umywalkę, mocząc twarz zimną wodą. Nie musiałem długo czekać, by usłyszeć desperackie pukanie Gemmy i liczne prośby, bym w końcu otworzył. Niechętnie przekręciłem klucz w drzwiach, wpuszczając dziewczynę do niezbyt dużego, zachowanego w spokojnej tonacji, pomieszczenia. Usiadła na pralce, przyglądając mi się uważnie. Byłem blady jak trup, a moje oczy lśniły charakterystycznym blaskiem, którego nie byłem w stanie odpowiednio zinterpretować. Gdybym miał jakiekolwiek objawy, bez wahania stwierdziłbym, że jestem po prostu chory lub przeziębiony, jednak nic mi nie dolegało. Nie bolała mnie głowa, gardło, nie męczył mnie kaszel ani katar. Byłem okazem zdrowia, z tym maleńkim faktem, że na chwilę obecną wyglądałem jak wyjęty z trumny nieboszczyk. – Wypada mi pogratulować. – powiedziała ciepło, podchodząc do mnie i tuląc się do moich pleców. Oparła głowę na moim ramieniu, przyglądając się naszemu odbiciu w lustrze.
- Nie wiem, o czym mówisz, Gems. – odparłem słabym, łamiącym się głosem. Nalałem do kubka odrobinę wody, wypijając ją łapczywie, prawie się nią zachłystując. Otarłem ręcznikiem zmęczoną twarz, obracając się przodem do siostry Harry’ego, która nie spuszczała ze mnie wzroku i nie przestawała się uśmiechać. Pokiwałem przecząco głową, nie mogąc uwierzyć, że ktoś może przeszywać mnie wzrokiem, gdy jestem w tak beznadziejnym stanie. Obróciłem się na pięcie i mijając dziewczynę, zacząłem iść w kierunku wyjścia. Moje nogi trzęsły się z każdym, kolejnym krokiem coraz bardziej, więc musiałem przytrzymywać się ścian, by nie upaść na ziemię. Gdybym tylko mógł i gdyby blondynka raczyła sobie stąd pójść, spędziłbym jakiś czas w łazience, w ogóle się z niej nie ruszając. Potrzebowałem oparcia, stałego dostępu do wody i toalety w pobliżu, na wypadek, gdyby ponownie zrobiło mi się niedobrze. Tymczasem nie chciałem przebywać z nią w jednym pomieszczeniu i nie chciałem patrzeć na to, jak mierzy mnie swoimi bystrymi oczyma.
- Ktoś tutaj spodziewa się dzidziusia. – powiedziała pewnie, na co zatrzymałem się w połowie drogi, głośno przełykając ślinę. Nie mogliśmy mieć teraz kolejnego dziecka. Inaczej, nie powinniśmy go mieć. – Próbujesz oszukać sam siebie, Louis. – dodała, mijając mnie w progu, pocieszająco klepiąc mnie po ramieniu. Złożyła krótki pocałunek na moim policzku, po czym wróciła do Darcy i do liczenia tych przeklętych ciągów, od których przechodziły mnie ciarki.

                                                                       ***

Wiedziałem, że muszę powiedzieć o tym Harry’emu, jednak nie wiedziałem, jak powinienem to zrobić. Doskonale znałem naszą sytuację, wiedziałem, jak chłopak ciężko pracuje, by zapewnić nam wszystkim godziwy byt, a ja tymczasem miałem po raz kolejny go zaskoczyć, jakby mało nam było zmartwień. Zdawałem sobie sprawę z tego, że zielonooki pewnie nie będzie zbyt zadowolony, jednak gdzieś tam, głęboko w  mojej podświadomości, tkwiły jego słowa, że zawsze pragnął mieć dużą rodzinę, idealnego partnera i kilkoro wesołych, rozbrykanych dzieci, a ja przecież miałem mu dać kolejne. Gdyby nie fatalny wypadek, który wydarzył się ponad osiem lat temu, teraz mielibyśmy trójkę urwisów, a to maleństwo byłoby naszą czwartą pociechą, o ile w ogóle byśmy się o nią starali. Nie, żebyśmy teraz planowali, że w ogóle pojawi się w naszym życiu. Jednak było, a ja po raz pierwszy nie wiedziałem, czy powinienem się z tego powodu cieszyć, czy płakać. Chciałem mieć kolejne dziecko i jakiś czas temu myśleliśmy nawet nad adopcją, biorąc pod uwagę mój wiek i ewentualne komplikacje, jakie mogłyby wiązać się z kolejną ciążą, jednak teraz absolutnie o tym nie myślałem. Uśmiechałem się mimowolnie na samą myśl o tym, że po raz czwarty dane mi będzie przez to wszystko przechodzić. Nie umiałem się nie cieszyć, jednak gdy do domu wpadł zielonooki, wszystko straciło dla mnie sens. Rozdrażniony rzucił kluczami na stół salonu, patrząc na mnie wściekłym wzrokiem. Nie sądziłem, by Gemma pisnęła mu chociażby słówko, co więcej, zabrała nawet dzieciaki na noc do siebie, żebyśmy mogli ze spokojem porozmawiać. Harry kręcił się nerwowo po pomieszczeniu, a ja bałem się otworzyć usta, nie mając pojęcia, od czego powinienem zacząć tę rozmowę.
- Musimy porozmawiać… - rzuciłem łamiącym się głosem, jednak zamilkłem, gdy obrzucił mnie lodowatym spojrzeniem. W ułamku sekundy wyszedł, trzaskając drzwiami od łazienki. Przez ścianę słyszałem jedynie, jak odkręca wodę, której strumień szumiał nieznacznie, nieco mnie uspokajając. Nie rozumiałem, o co może w tym wszystkim chodzić, jednak bałem się, widząc chłopaka w takim stanie. Ostatnio zachowywał się podobnie, gdy dowiedział się o pierwszej ciąży, a ja tak dokładnie pamiętałem słowa, które wtedy wypowiedział. Choć wybaczyłem mu rzucane w nerwach zdania, nigdy, ale to przenigdy mu tego nie zapomniałem. Nie mogłem wyrzucić z pamięci tego, jakim mianem określił nasze wspólne dziecko, nie wspominając już o tym, że kazał mi się go po prostu pozbyć. Teraz wiedziałem, że zdenerwowanie potrafi pchnąć człowieka do takiego, a nie innego zachowania, dlatego poważnie zacząłem zastanawiać się, czy nie przełożyć tej rozmowy na inny dzień. Usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi, by po chwili ujrzeć Harry’ego, stojącego w progu, trzymającego w dłoniach test ciążowy, o którym kompletnie zapomniałem. Uchyliłem usta, by jakoś się z tego wytłumaczyć, jednak nie zdążyłem i mogłem tylko obserwować, jak wpada w szał, strącając wszystko, co stało na ławie tuż przede mną. Chwycił mnie za nadgarstek, patrząc wprost w moje niebieskie tęczówki.
- To jest to, o czym chciałeś ze mną porozmawiać? – syknął, wymachując mi przed twarzą małym, białym testem z dwiema wyraźnymi kreskami. – Kurwa, Louis! – krzyknął tak głośno, że podskoczyłem na kanapie, wzdrygając się znacząco. Utwierdził mnie tym samym w przekonaniu, że chyba czeka mnie powtórka z rozrywki. Znałem ten ton głosu i wiedziałem, że nie wróży niczego dobrego, a patrząc w jego zielone, szklące się tęczówki, uświadomiłem sobie, że lepiej by było, gdybym w ogóle się nie odzywał. – Powiedz mi, że to tylko pieprzony sen, z którego za moment się obudzę. – usiadł na niskiej ławie naprzeciwko mnie, paraliżując mnie swoim wzrokiem. Spuściłem głowę, nie mogąc na niego patrzeć i czułem, jak do moich oczu napływają łzy, które z czasem zaczęły swobodnie płynąć po moich policzkach, tworząc na nich charakterystyczne szlaczki. – Louis. – powiedział niskim, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Uniosłem nieznacznie spojrzenie, napotykając jego własne.
- Będziemy mieli dziecko, Harry… - szepnąłem, nie nawiązując z nim żadnego kontaktu. Z całych sił uderzył dłonią w stół, wstając nerwowo. Kilkakrotnie przeszedł się wzdłuż salonu, śmiejąc się i prychając pod nosem. Kątem oka dostrzegałem, jak kręci głową z irytacją i tylko czekałem, aż wznieci kolejną wojnę w naszym życiu. Wiedziałem, że bitewny kurz, który kilka lat temu spokojnie opadł na ziemię, ponownie zostanie wprawiony w ruch. Przełknąłem głośno ślinę, czując niebywałą suchość w gardle.
- Nie będziemy mieli tego dziecka, rozumiemy się? – powiedział pewnie, a ja czułem, że mam ochotę wstać i z całych sił go uderzyć. Wiedziałem jednak, że z całą pewnością by mi oddał, a byłaby to ostatnia rzecz, jakiej bym teraz potrzebował. Przyciągnąłem kolana do klatki piersiowej, starając się ustabilizować oddech. Łzy zbierały się z podwójną siłą, ściskając mnie w piersi. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Nie chciałem kontynuować tej rozmowy, która w nerwach, jakie towarzyszyły naszej dwójce, nie doprowadziłaby do niczego dobrego, a wnioski byłby najgorszymi wnioskami, jakie moglibyśmy kiedykolwiek wyciągnąć. Westchnąłem, chowając twarz w dłoniach. Czułem się fatalnie, zarówno fizycznie, jak i przede wszystkim psychicznie, wiedząc, do czego zmierzał zielonooki. – Słyszysz mnie? Nie potrzebujemy więcej kłopotów. – dodał, ucinając cały temat.
- Swoje własne maleństwo nazywasz kłopotem? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, czując, jak wzbiera we mnie jeszcze większa złość, którą potrzebowałem natychmiast rozładować, by nie wypaliła mnie od środka. Nigdy nie byłem dobry, jeśli chodziło o tłumienie emocji. Zawsze wybuchałem i to w najmniej oczekiwanych momentach. Tak było i tym razem. – Nie chciałeś Darcy, zostawiłeś mnie, gdy byłem w ciąży z naszym drugim dzieckiem, Nolana jakoś udało Ci się zaakceptować od samego początku, a teraz po raz kolejny postanowiłeś wbić mi nóż w plecy? – syknąłem i zebrałem się na odwagę, by spojrzeć mu prosto w oczy. – Jestem w ciąży i będziemy mieli dziecko. – zaakcentowałem dobitnie wyraz będziemy. – Nie obchodzi mnie, że masz wobec tego jakieś obiekcje. Sam się do tego nie przyczyniłem, Harry. Wybacz, nie jestem wiatropylny. – dodałem, w nerwach wymachując rękoma na prawo i lewo. Dusiłem się własnymi łzami, nie mogąc złapać oddechu. Zielonooki jednak w ogóle nie przejął się tym, co przed chwilką do niego powiedziałem. Śmiejąc się pod nosem, wyszedł z domu trzaskając za sobą drzwiami. Mógłbym cofnąć się o niecałe trzynaście lat wstecz i zobaczyć, jak bardzo sytuacje lubią się powtarzać. Historia zatoczyła pełne koło. Skuliłem się na kanapie, owijając dłonie szczelnie wokół swojego brzucha. Byłem wojownikiem i nie zamierzałem się tak łatwo poddać, nawet, jeśli miałoby to oznaczać nasz wspólny koniec. Kochałem go, a on łamał mi serce, jednak nie zamierzałem mu wszystkiego tak łatwo wybaczać. Zranił mnie po raz kolejny i po raz kolejny się na nim zawiodłem. Uciekał. Zawsze to robił, gdy pojawiały się problemy. W głębi duszy liczyłem jednak na to, że z wiekiem choć nieznacznie się zmieni, że zacznie w końcu brać odpowiedzialność za swoje czyny, nie zrzucając wszystkiego tylko i wyłącznie na moje barki. Wyciągnąłem z kieszeni telefon, wykręcając dobrze znany mi numer. Potrzebowałem kogoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać. Kogoś, kto wsparłby mnie w każdej, nawet w beznadziejnej sytuacji.
- Zayn… - odezwałem się do aparatu, gdy tylko usłyszałem jego głos po kilku długich sygnałach, podczas których modliłem się, by po prostu odebrał. – Mógłbym zatrzymać się u Ciebie do jutra? – zapytałem, a gdy tylko usłyszałem twierdzącą odpowiedź, od razu się rozłączyłem. Zanim do niego ruszyłem, musiałem się uspokoić…

Do: Gemma Styles:
Zaopiekuj się Darcy i Nolanem, przyjadę po nich jutro jakoś przed południem. Jakby co, jestem u Zayna. Nawet nie pytaj…

                                                                       ***

Nie wiedziałem, jakim cudem udało mi się zajechać do Zayna w jednym kawałku. Moje trzęsące się dłonie i rozbiegane myśli nie były dobrymi doradcami, zwłaszcza, jeśli siedziało się za kółkiem samochodu, którym tak łatwo spowodować śmiertelny wypadek. Przejechałem kilka razy na czerwonym świetle i gwałtowanie hamowałem, gdy na przejście dla pieszych weszła mi staruszka, obarczona licznymi siatkami z zakupami. Inne pojazdy trąbiły na mnie, a ja nie mogłem powstrzymać napływających do moich oczu łez. Czułem się beznadziejnie z myślą, że Harry po raz kolejny mnie zawiódł i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Byłem w stanie go zrozumieć, jeśli chodziło o Darcy. Oboje byliśmy wtedy bardzo młodzi, on miał zaledwie dziewiętnaście lat i miał prawo przeraźliwie się bać, zwłaszcza, że ta sytuacja nie była czymś spotykanym i codziennym. Mogłem mu to wybaczyć i zrobiłem to, jednak teraz, gdy sprawa wyglądała zgoła inaczej, nie spodziewałem się po nim tak gwałtownej reakcji. Owszem, mieliśmy problemy, ale przecież każdy się z nimi boryka, a my nie byliśmy wyjątkami, które spotykają tylko same pozytywy. Życie było przecież od wieków pasmem kłopotów i zadaniem człowieka było uporać się z nimi, a nie przed nimi uciekać. Jadąc do Zayna uświadomiłem sobie, jaki błąd popełniłem, pozwalając mu wyjść. Utwierdziło go to tylko w przekonaniu, że może zrobić wszystko, licząc na to, że gdy wróci, problemy miną jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki. To wszystko jednak nie było takie proste, a ja nie zamierzałem z niczego rezygnować tylko, dlatego że on miał jakieś obiekcje. Zawsze liczyłem się z jego zdaniem, jednak jeśli chodziło o dzieci, kierowałem się głosem własnego sumienia, ponieważ gdyby nie ono, Darcy nigdy nie przyszłaby na świat i oboje byśmy tego żałowali. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od tak, po prostu, pozbyć się tego dziecka, które teraz nosiłem pod sercem. Z moich skromnych obliczeń mogło mieć jakieś półtora miesiąca i mierzyć jakieś 5-6mm. Było żywą istotą, nie przedmiotem, który można odstawić w kąt, gdy tylko się znudzi. Z załzawionymi oczyma, zaparkowałem gwałtownie na podjeździe przyjaciela, który już wypatrywał mnie w oknie. Gdy tylko ujrzał mój samochód, wyszedł do mnie pospiesznie, otwierając drzwi mojego pojazdu. Oparłem głowę na kierownicy, nie mogąc powstrzymać szlochu, którym wręcz się zanosiłem. Mój oddech stał się płytki, a ja trząsłem się niemalże jak osika. Ta sytuacja definitywnie mnie przybiła. Kątem oka dostrzegłem, jak mulat okrąża samochód, siadając natychmiast na miejscu pasażera.
- Lou… - szepnął, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Louis, cokolwiek się stało, poradzimy sobie, tak? – chciał utwierdzić mnie w przekonaniu, że nie zawiedzie mnie, tak, jak to zrobił zielonooki. Na samą myśl o nim, przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze, a myśli w mojej głowie zaczynały się kotłować i nawzajem przepychać. Nie wiedziałem już, czego tak naprawdę chce. Marzyłem tylko i wyłącznie o tym, by ponownie było dobrze. Tęskniłem za nim, gdy był tak daleko ode mnie, z dala od zasięgu moich rąk, którego tak bardzo go pragnęły. Nie znosiłem, gdy robiło mi się zimno, bo jego ciepło nagle przepadało. Miałem wrażenie, że zamarzam, nie czując bicia jego serca, tak blisko mnie. Chciałem, by więcej nie uciekał. Chciałem, by wrócił…

Od: Gemma Styles:
Nie przejmuj się, mój brat to skończony dupek…



Nawet ona nie potrafiła mnie teraz pocieszyć. Nikt nie potrafił sprawić, bym poczuł się choć odrobinkę lepiej. Nic, trwałem.

                                                                       ***

Siedziałem na parapecie w salonie Malika, przyglądając się prószącemu za oknem śniegowi. Lubiłem zimową aurę, było w niej coś nadzwyczajnego. Na dworze iskrzyły się jeszcze świąteczne lampki, rozświetlające ciemną i mroźną noc, napawające mnie optymizmem. Uśmiechałem się mimowolnie na wspomnienie tego, jak wieszaliśmy podobne z Harry’m, wożąc w wózku małą Darcy, która smacznie spała, nie zdając sobie sprawy, że właśnie ma za sobą pierwsze święta, niechybnie dobiegające końca. Popijałem gorącą herbatę z miodem i cytryną, rozmyślając o tym, co będzie dalej. Musiałem dać Zaynowi trochę czasu, by oswoił się z nowiną, którą mu przekazałem, wdrażając go tym samym do mojego specyficznego świata. Niecodziennie przyjaciel wyznaje, że spodziewa się dziecka, które sam urodzi i, choć mulat początkowo nie brał mnie na poważnie, zrozumiał, gdy pokazałem mu wszystkie możliwe zdjęcia i wydruki z USG, na których jawnie widniało moje imię i nazwisko. Przyszedł do mnie po pewnym czasie, siadając naprzeciwko mnie. Nasze stopy stykały się ze sobą, a on mierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby szukał jakiegokolwiek potwierdzenia, że naprawdę jestem w ciąży. Fizycznie jeszcze w ogóle się nie zmieniłem.  Siedziałem w jego grubym, bordowym swetrze, okryty dodatkowym kocem. Nie byłem przyzwyczajony do tak niskich temperatur, jakie panowały w jego domu. W naszym zawsze paliło się w kominku, a tańczące płomyczki dawały sporo ciepła. Harry także mi je dawał, otulając mnie swoimi ramionami, podczas gdy spędzaliśmy leniwe popołudnia, wylegując się na sofie w salonie.

Od: Harry:
Wróć do domu, proszę…



- To on? – szepnął Malik, widząc, jak odczytuję wiadomość i momentalnie wsuwam telefon do kieszeni spodni, tak głęboko, jak to tylko było możliwe. Nie zamierzałem z nim rozmawiać, miałem dość ciągłych kłótni i zgrzytów między nami, nie chciałem dodatkowo się denerwować, a byłem niemalże pewny, że Harry nie ma mi nic do powiedzenia, prócz wyrzucenia z siebie licznych żalów i zrzucenia całej odpowiedzialności na mnie. Nie wierzyłem, że mój wyjazd do przyjaciela cokolwiek zmienił, że zdążył cokolwiek przemyśleć i zrozumieć, co tak naprawdę jest ważne. Chciałem, by wreszcie ułożył prawidłowo swoje priorytety. Jednak z drugiej strony, choć byłem na niego potwornie zły, chciałem wrócić, bo nigdzie nie było mi tak dobrze, jak przy nim. – Louis, nie możesz się tak zadręczać. Jesteście za to tak samo odpowiedzialni, a on musi zrozumieć, że postąpił niewłaściwie. – powiedział, ciepło się do mnie uśmiechając. Upiłem łyk gorącej herbaty, kompletnie nie reagując na jego słowa. Wiedziałem, że ma rację, jednak ja nie lubiłem takich sytuacji. Pomimo tego, że moje serce pękało na drobne kawałeczki, gdy przypominałem sobie to wszystko, co powiedział zielonooki, najchętniej wstałbym z tego parapetu, wsiadł w samochód i po raz kolejny pozwolił na to, by wszystko uszło mu na sucho, by po raz kolejny nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Zawsze tak było, gdy się kłóciliśmy. Wychodził obrażony, trzaskając drzwiami, a gdy wracał, wiedział, że będę na niego czekał, że rzuci mi krótkie i mało znaczące przepraszam i wszystko będzie tak, jakby nic, nigdy się nie stało. Jednak to wszystko gdzieś we mnie tkwiło i, choć za każdym razem mu wybaczałem, nie umiałem o tym zapomnieć. Każde jego słowo tkwiło w moim sercu jak drzazga, krzywdząc mnie i otwierając ponownie moje rany. Czas zdecydowanie ich nie leczył, kaleczył je ciągle od nowa, a ja miałem wrażenie, że tracę grunt pod nogami, nie umiejąc poradzić sobie nawet w najprostszych sytuacjach. Westchnąłem cicho, spuszczając głowę w dół. Zayn przeszedł koło mnie spokojnie, klepiąc mnie po ramieniu. Bez słów zrozumiał, że potrzebuję czasu i samotności, by móc sobie wszystko poukładać. Nie zareagowałem nawet na dźwięk kolejnej wiadomości. Wyłączyłem się, spadając nieubłaganie w dół. Nic mnie już nie trzymało…

                                                                       ***
Pięć miesięcy później…

Nic już nie było takie samo, jak być powinno. Pomimo tego, że każdego poranka budziłem się w jego ciepłych ramionach, dystans między nami nie został do końca zniwelowany, a Harry nie akceptował mojej decyzji o zachowaniu tego dziecka. Rozumiałem, mieliśmy kłopoty, problemy finansowe, a ja zdecydowanie mu w tym nie pomagałem i cały ciężar ciążył na jego barkach, jednak z drugiej strony – mieliśmy rodzinę, spodziewaliśmy się każdego dziecka i to powinno mieć największe znaczenie. Nie uważałem, że gdziekolwiek zawiódł, jednak on żył z takim przekonaniem i każdego dnia obwiniał się o to, że nie potrafił wypełnić prawidłowo swoich obowiązków. Dla mnie jednak nie liczyło się to, że musieliśmy opuścić nasz piękny dom, sprzedając go i kupując mniejszy, by jakoś wszystkiemu podołać. Wiedziałem, że prawdziwy dom jest tam, gdzie jest kochająca się rodzina, a nie wszystko to, co najdroższe. Nie potrzebowałem willi z basenem, by czuć, że odnalazłem swoje szczęście. Miałem je od dawien dawna, bo miałem przy sobie zielonookiego i nasze pociechy i to właśnie oni stanowili cały mój świat. Harry jednak podchodził do tego inaczej. Wszystko traktował z zimnym dystansem, a wobec mnie wręcz nie umiał się przełamać. Gdy wracał z pracy późnym popołudniem, omijał mnie szerokim łukiem. Wymyślał wszelakie zajęcia, by tylko nie być w moim pobliżu. Chodził z Darcy i Nolanem na długie spacery, wymyślał dla nich coraz to nowe zabawy, wykluczając mnie z grona, jakie wspólnie tworzyli. Nie miałem mu tego za złe, już kiedyś przez to przechodziłem i mogłem tylko wierzyć, że wszystko ulegnie zmianie, gdy na świat przyjdzie nasza druga córka, a on odrzuci swoje wyrzuty sumienia, skupiając się na tym, co istotne. Leżałem, wpatrując się w niego, gdy tak słodko spał. Był moim ideałem i czułem, będąc przy nim, że mój wybór był jak najbardziej trafny. Kochałem go tak bardzo, że nie wyobrażałem sobie, by mógł przepaść choć na kilka chwil. Moje życie bez niego nie miałoby absolutnie żadnego sensu. Jeśli ktoś kiedykolwiek zapytałby mnie, co sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem, wskazałbym na niego. Przysunąłem się bliżej do jego ciała, wtulając się w jego klatkę piersiową najostrożniej, jak tylko potrafiłem. Zapach jego perfum przyprawiał mnie o przyjemne dreszcze i koił wszystkie moje zmysły. Harry pachniał jak marzenie, które nigdy nie spełni się dla innych ludzi. Był nieosiągalny i tylko ja mogłem trwać w jego ramionach. Trąciłem go delikatnie nosem, na co przebudził się, przeciągając się znacząco. Wydał z siebie cichy pomruk, przyciągając mnie jeszcze bliżej do siebie. Zdziwiłem się jego nagłą reakcją, zwłaszcza, że ostatnimi czasy częściej się mijaliśmy, niż byliśmy ze sobą, jednak uśmiechnąłem się pod nosem, gdy jego długie ręce spoczęły splecione przy dole moich pleców, a broda oparła się na czubku mojej głowy.
- Jestem dupkiem, Louis. – szepnął, nachylając się wprost do mojego ucha. – Jestem skończonym kretynem, a ty nadal ze mną jesteś, podziwiam Cię. – dodał krótko, całując mnie delikatnie w czoło. Odsunął się nieznacznie, by spojrzeć w moje niebieskie tęczówki, paraliżując mnie lśniącą zielenią. Gdy tylko nasz wzrok się spotkał, zrozumiałem, dlaczego zawsze mu wybaczałem. Jego po prostu nie dało się nie kochać. Złączył nasze usta w pełnym namiętności i pożądania pocałunku, dzięki któremu raz na zawsze zapomniałem o tym, co złe i ponownie poczułem się jak wtedy, gdy pocałował mnie po raz pierwszy w życiu. To uczucie wznoszenia się ponad wszystko, co istnieje i uczucie ucisku w żołądku idealnie obrazuje, jak czuje się osoba, całująca się z Harry’m Stylesem. – Jeśli kiedyś mi wybaczysz…
- Już dawno to zrobiłem. – uciąłem, nie dając mu dokończyć. Objąłem ramionami jego szyję, chcąc zatrzymać go przy sobie na całe życie. Czując, jak przenosi swoje ciepłe dłonie na mój zaokrąglony brzuszek, wiedziałem już, że wszystko będzie dobrze.

                                                                       ***
Cztery miesiące później…

Uwielbiałem nasz mały dom z kilku znaczących powodów, ale przede wszystkim, dlatego że gdy zbieraliśmy się w nim całą rodziną, zapraszając naszych rodziców i rodzeństwo, dało się wyczuć ciepłą atmosferę, a siedząc przy jednym, wspólnym stole, czułem się jak za dawnych lat, gdy jako dziecko odwiedzałem dziadków, bawiąc się ze swoim licznym kuzynostwem. Anne trzymała na rękach małą Bonnie, która smacznie spała w jej objęciach, a Gemma uganiała się po całym salonie za rozbawionym Nolanem, starając się go opanować, by nie obudził małej dziewczynki, uderzająco podobnej do Harry’ego, który pokochał ją od pierwszej chwili, gdy tylko ją ujrzał. Dzisiaj kończyła równe dwa miesiące, a ja dziwiłem się, jak szybko minął ten czas. Pamiętałem moment, gdy po raz kolejny lekarze podawali mi dziecko na ręce, a ja, jak zwykle, nie mogłem powstrzymać łez, napływających do moich oczu. Była wyjątkowa i malutka, przez co oboje z zielonookim baliśmy się ją trzymać, by nie zrobić jej krzywdy. Z czasem jednak musieliśmy się do tego przyzwyczaić. Teraz, gdy na nią patrzyłem, miałem wrażenie, jakby już minęły wieki, od kiedy przyszła na świat. Nie lubiłem świadomości, że nasze dzieci dorastają i bałem się, co będzie za kilka lat, gdy zaczną powoli żyć swoim własnym życiem, odseparowując się od nas i naszej ciągłej troski o nie. My z Harry’m przecież także wcześnie opuściliśmy rodzinne gniazdo, rozpoczynając nasz własny, wspólny etap. Nie chciałem przechodzić przez to, przez co musiała przebrnąć Jay i Anne. Zrozumiałem nagle, jakie to wszystko może być ciężkie i trudne do zaakceptowania. Rodzicielka siedziała koło mnie, obejmując mnie czule ramieniem. Jeszcze nie doszedłem do siebie po ostatnich wydarzeniach, a rola ojca kompletnie mnie pochłaniała, toteż funkcjonowałem niemalże jak maszyna, poświęcając siebie w każdym, nawet najmniejszym calu. Nie miałem czasu dbać o siebie tak, jak dawniej, więc to przyjęcie, które organizował mój ukochany, było idealnym pretekstem do tego, by odpocząć i choć przez ułamek sekundy zapomnieć, że cokolwiek jest na mojej głowie. Każdy mnie dzisiaj wyręczał, rodzice przygotowali obiad, a Harry posprzątał cały dom, nie pozwalając mi nawet wstawać z kanapy. Nie wiedziałem, co może kryć się za tym wszystkim, jednak po części byłem im wdzięczny, zyskując chwilę relaksu i względnego spokoju. Gdy tylko wszyscy zasiedli za podłużnym, drewnianym stołem, zielonooki wstał, odchrząkując znacząco. Wszystkie oczy skierowały się na jego osobę, a ja wpatrywałem się w niego wyjątkowo niepewnie, wiedząc, że z całą pewnością uknuł coś w tej swojej głowie, pokrytej gęstymi, ciemnymi lokami.
- Chciałem tylko, przy tej wyjątkowej sposobności, podziękować Wam wszystkim za wparcie, jakie okazywaliście przez cały czas naszej dwójce i za Waszą miłość, którą odczuwaliśmy i nadal odczuwamy, krocząc swoim własnym, życiowym szlakiem. – zaśmiał się znacząco, gdy tylko dotarło do niego, jak poważne słowa wypowiadał. – A teraz może powiem coś, co bardziej pasuje do charakteru Harry’ego Stylesa, którego wszyscy znacie… - zaczął, podchodząc do mnie powolnym krokiem, a ja zadrżałem w objęciach swojej własnej matki, nie wiedząc, czego powinienem był się spodziewać. Zieleń jego tęczówek po raz kolejny paraliżowała mnie i przeszywała na wskroś do tego stopnia, że na moim ciele wystąpiła gęsia skórka. Przełknąłem znacząco ślinę, marszcząc czoło w charakterystyczny dla mnie sposób. – Louisie Williamie Tomlinsonie… - powiedział prawie, że szeptem, klękając przede mną na kolanach. – Największy idioto, jakiego dane mi było kiedykolwiek poznać… - uderzyłem go pięścią w ramię, podczas gdy cała nasza rodzina wybuchnęła gromkim, niepohamowanym śmiechem. Patrzyłem ze zdziwieniem, jak mocuje się z kieszenią swoich własnych spodni, by po chwili wyjąć malutkie, czarne pudełeczko, otwierając je przede mną. Musiałem zasłonić usta dłońmi, niedowierzając w to, co właśnie zobaczyłem. Jedna, złota obrączka połyskiwała ułożona na czerwonym materiale, którym wybite było wnętrze pudełka. Pokiwałem głową, starając się tym sposobem uniknął łez, zbierających się w kącikach moich oczu. Tylko jedna myśl zrodziła się w moim umyśle – czy naprawdę sobie na to zasłużyłem? – Wyjdziesz za mnie? – spytał poważnie, patrząc mi prosto w oczy. – Rzecz jasna, jeśli w końcu zalegalizują związki homoseksualne. – prychnął, oburzony panującym w naszym kraju ustrojem, wywołując kolejną salwę śmiechu. Sam nawet nie wiedziałem, kiedy rzuciłem mu się na szyję, kładąc go na twardej podłodze, przyduszając całym ciężarem swojego ciała. Jego kości chrupnęły w zderzeniu z jasnymi panelami, ale nie dbał o to, obejmując mnie swoimi długimi rękoma. Przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze wargi na oczach całej naszej rodziny. Usłyszałem tylko ciche westchnienie Fizzy, która nie przepadała za tym, gdy okazywaliśmy sobie taką czułość, a ona musiała być tego świadkiem.
- Tak… - szepnąłem, wplatając palce w jego gęste loki. – I żyli długo i szczęśliwe. – dodałem pewnie, podczas gdy wszyscy zaczęli bić brawo, a Gemma stanęła nad nami, otwierając sporą butelkę szampana.




„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu…”