ochroniarz

Wear it like a crown - Część 1.2

Nika: Hej słoneczka! Jako że wyrobiłam się ze wszystkimi dzisiejszymi sprawami wcześniej niż zakładałam, to postanowiłam skorzystać z chwili wolnego czasu i opublikować drugą część wilac :) Miłego czytania! :) x



Louis nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że Harry nawet nie pomyślał o tym, że szantażysta mógł zlekceważyć warunki umowy. Gdyby chodziło o granie na zwłokę, by wcielić plan w życie, albo kontrolowanie materiału, który mógł wyciec do Internetu – w porządku. Ale na litość boską, czy Harry naprawdę liczył na to, że po zapłaceniu pieniędzy będzie miał święty spokój? To nigdy nie było takie proste. Nigdy.

Przyswajając sposób w jaki Harry przegryzał dolną wargę oraz patrzył z zamyśleniem w dal, Louis policzył do pięciu i zapytał – To naprawdę nie przeszło ci przez myśl?

Harry spojrzał na Louisa i powiedział – Wychowywałem się w wierze, że czyjeś słowo rzeczywiście coś znaczy.

Keep reading

Forever Yours Rozdział 6

Tytuł i link do oryginału: Forever Yours

Autorka: snarfette

Pairing: Larry

Zgoda od autorki: Jest :)

Opis: Louis jest mega gwiazdą z problemem. Harry zostaje zatrudniony jako jego ochroniarz. Mimo że są sobą zauroczeni, kłócą się odkąd tylko się spotkali.

~*~

Harry otworzył oczy i spojrzał na śpiącą postać obok niego. Nadal było ciemno, więc wiedział, że mają jeszcze dużo czasu na bycie razem w łóżku. Bardzo delikatnie odgarnął włosy z czoła Louisa i pocałował go w czubek głowy. Zamknął oczy, ponownie zasypiając. Był wyczerpany po nocy z Louisem i nie myślał, że cokolwiek przeszkodzi mu z jego śnie aż do rana.

Mylił się. Jego sen został zakłócony przez ruch tuż obok niego. Kiedy otworzył oczy, uświadomił sobie, że Louis zniknął. Przetarł oczy i usiadł szybko.

Wtedy zobaczył coś tak okropnego, czego nie widział nigdy w swoim życiu. Był tam mężczyzna, z twarzą ukrytą za cieniami, stojąc metr od łóżka. Trzymał broń w ręce. Przyciśnięty do jego klatki piersiowej, z przerażonym wyrazem twarzy, był Louis.

- Harry…proszę pomóż mi. - Louis krzyknął w strachu.

Mężczyzna przystawił pistolet do policzka Louisa.

- Nie możesz go uratować. - mężczyzna warknął.

Harry szamotał się w pościeli, odwrócił do szafki nocnej, gdzie wiedział, że odłożył pistolet wczorajszego wieczoru. Nie było go tam. Szukał wokół, ale nigdzie nie było go widać.

Keep reading

Unknown, unlabeled, untitled - epilog

Tytuł: Unknown, unlabeled, untitled

Pairing: Larry Stylinson

Opis: „Okryty złą sławą członek boy bandu opuścił klub z nieznajomym.” Louis przeczytał nagłówek. Pod spodem było zdjęcie chłopaka z ciemnymi loczkami, zielonymi oczami i bardzo ciasnymi spodniami. Oboje przez chwilę uważnie studiowali artykuł, przelotnie go czytając.
- Czy to…? – Louis zmarszczył brwi. Ten koleś wyglądał prawie dokładnie jak…
Niall przechylił głowę na bok.
- Jak do…?
- Czy on nie wygląda jak…? – powiedział Louis.
- Te włosy… - przytaknął mu Niall.
- Usta… - dodał Louis. Dokładnie znał te usta.
Byli cicho przez chwilę, a potem…
- CHOLERA JASNA! – wykrzyknęli jednocześnie.
- Louis…?
- Tak? – szepnął bez tchu.
- Właśnie pieprzyłeś się z najbardziej pożądanym facetem na tej ziemi. Pieprzyłeś się z Harry’m Styles’em z One Direction.

Od tłumaczki: Nie wierzę, że to już oficjalnie koniec UUU… Nie wierzę.

Keep reading

Wear it like a crown - Część 5.1

Witajcie! :) Przez ostatnie dwie godziny walczyłam z Tumblrem, ponieważ nie mogłam zalogować się na nasze konto, ale w końcu dodaję kolejną część tłumaczenia :) Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale miałam mały kryzys twórczy. Postaram się, żeby następna część pojawiła się troszkę szybciej :) Miłego czytania :)




Dzień, w którym Harry sprawdził wzmianki na Twitterze był dniem, w którym pojawił się w mieszkaniu Louisa. O siódmej rano.

Kiedy Louis otworzył drzwi, Harry potrząsnął papierową torbą jako gest pojednawczy. Szatyn pokręcił głową, mrugając gwałtownie. Zjawa nie zniknęła, okej, w porządku. Książę stał pod drzwiami do jego mieszkania. Książę z czerwonymi oczami i papierową torbą kurczowo przyciśniętą do klatki piersiowej.

Chwileczkę. Co?

Senność Louisa nagle wyparowała. – Harry? – zapytał. – Co ty tutaj robisz?

- Przepraszam, ja nie… Zayn  i Niall wyjechali z Londynu, a ja potrzebowałem… i Niall dał mi twój adres, mam nadzieję, że nie masz mu tego za złe. – Książę próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko krzywy grymas. Na kogoś, kto musiał być wyszkolony do uśmiechania się bez względu na wszystko, to było wyjątkowo słabe wykonanie.

Szatyna obleciał zimny strach. – Co się stało?

- Ja po prostu… Chodzi o to, co powiedziałeś. Że to nie wada. – Harry opuścił torbę, unikając wzroku Louisa. – W sieci jest pełno komentarzy na mój temat, i… chyba muszę usłyszeć to właśnie teraz.

Keep reading

You're Perfect To Me - Część 5 | Tłumaczenie PL

Tytuł: You’re Perfect To Me
Pairing: Larry Stylinson
Opis: Członek One Directon - Harry Styles poznaje Louisa Tomlinsona, prowadzącego show w radiu

CZĘŚĆ 5

Wczorajszy koncert był niesamowity! Nadal pachnę limonkami…

Harry uśmiecha się, gdy czyta tweeta Louisa. Siedzi właśnie z chłopakami w tourbusie. Rumieni się na wspomnienie jego i Louisa w hotelu. Tego ranka siedzieli razem na śniadaniu; Harry i Louis w niezręcznej ciszy wiedząc, że chłopcy słyszeli ich w nocy.

- Czy to znowu Louis? - ćwierka Liam ze swojego miejsca. Harry marszczy brwi, zdezorientowany skąd on to może wiedzieć. - Masz uśmiech-Louisa. Twoje oczy wtedy błyszczą, a dołeczki są bardziej widoczne.

Harry myśli nad tym. Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale im bardziej się nad tym zastanawia, tym bardziej jest świadomy, że naprawdę ma specjalny uśmiech tylko dla Louisa. Przewija przez ich zdjęcia na tumblrze, zauważając swoje oczywiste poświęcenie dla niebieskookiego chłopaka. Pisze szybko tweeta.

@Louis_Tomlinson: Mi to mówisz. Przez cały ranek wyciągałem konfetti ze swoich włosów:)

Harry czuje jak jego serce zaczyna szybciej bić, a ciepło rozprzestrzenia się w szybkim tempie po jego ciele. Może poczuć dotyk Louisa wędrujący w górę swoich pleców i jego usta naciskające na te Harry'ego. Stara się wyrzucić to z głowy ignorując coraz to ciaśniejsze spodnie. Podnosi się i rusza w kierunku swojego łóżka.

Otwiera laptopa i szuka livestreamu audycji Louisa. Klika w link i zakłada słuchawki na uszy.

Głos Louisa jest bardziej chropowaty niż wcześniej. Harry rumieni się ponownie twardniejąc w spodniach, myśląc o gardle Louisa zacieśniającym się na jego długości. Słucha jak Stan nieskończenie dokucza Louisowi w nie tak subtelny sposób o ich nocy w hotelu. Raz po tym jak dzwoniący spytał jak wyglądał jego pobyt w Londynie powiedział, że goście w pokoju obok byli bardzo głośni.

- Oh Boże. - Harry słyszy jak Louis wypuszcza te słowa z siebie. Ogromnie cieszy się słuchaniem Louisa i mógłby go słuchać przez wieki. Ma w sobie tą lekkość, która jest niesamowicie przyjemna i może tym uszczęśliwić osobę w sekundę. Kiedy się śmieje rozświetla czyjś dzień; w szczególności Harry'ego. Jego uśmiech rozświetla pokój i Harry absolutnie to kocha… Zamiera, powstrzymując swoje myśli.

Zakochiwał się w Louisie Tomlinsonie.

Audycja się kończy, więc wyciąga telefon i pisze do Louisa.

Słuchałem twojego show. Stan cię męczy huh? Już za tobą tęsknię

Harry nie zatrzymuje niczego dla siebie. Chce, żeby Louis wiedział o wszystkim. Telefon wibruje, a serce Harry'ego robi fikołka w jego piersi.

Hah, tak, drań nie odpuszcza. Też za tobą tęsknię. Chcę cię zobaczyć. Skype?

Harry uśmiecha się otwierając aplikacje na swoim komputerze. Upewnia się, że drzwi są zamknięte, po tym jak sprawdza czy chłopcy już śpią. Jest już po kolacji i wszyscy odpadli, co sprawia, że ciało Harry'ego zalewa fala ulgi. Zajmuje miejsce na swoim łóżku, po czym układa poduszkę pod podbródkiem, kładąc się na brzuchu.

Wysyła prośbę do Louisa i chwilę później twarz chłopaka pojawia się na ekranie. Louis uśmiecha się szeroko, a błękit jego oczu jest tak wyraźny, że pozostawia Harry'ego oniemiałego. Tak samo jak on siedzi na łóżku, a lampka za nim oświetla delikatnie jego rysy. Przez jego włosy przechodzi błysk sprawiający, że wszystko jest jasne.

- Hej – mówi bezczelnie.

- Hej – odpowiada Harry, zbyt zajęty zapamiętywaniem każdego szczegółu ciała Louisa. Chłopak mruży oczy, skupiając się na tle za Harrym.

- Nadal jesteś w tourbusie? - pyta. Harry przytakuje i otwiera szeroko ramiona.

- Yep, a ty jesteś w Doncaster?

- Mhm, home sweet home – Louis przeciąga swoje giętkie, małe ciało, ściskając rękawy pasiastego swetra w pięściach. Chłopak ziewa wypychając tors do przodu, tym samym ukazując smugę złotej skóry, co sprawia, że Harry'emu zasycha w buzi. Gdy oczy Louisa powracają do chłopaka zauważa zmianę na jego twarzy. Jest tam głód, którego wcześniej nie było.

Louis bierze lekki oddech, a ten delikatny dźwięk kieruje się prosto do kości Harry'ego i tam zostaje.

- Boże, Lou, tak bardzo chcę cię teraz dotknąć – mruczy – Myślałem o tobie wczoraj i ja…

Louis jęczy, palcami kontrolując swoje uda.

Oczy Harry'ego są bardzo ciemne. Ogląda jak Louisa jabłko adama podskakuje, gdy mocno przełyka. Harry ściska swojego kutasa przez spodnie uwalniając trochę napięcia ze swojego mocno zranionego ciała.

Czuje spojrzenie Louisa na sobie i to uderza w niego i pali jego skórę.

- Myślałem o twoich rękach ciągnących moje włosy, twoich ustach na mojej skórze i… Boże, jesteś taki ciasny, Lou.

Louis skomle i Harry wie, że chłopak się dotyka. Harry wypuścił swojego kutasa z zamknięcia i teraz głaszcze go pomału.

- Nie mogę się doczekać, aby znowu cię poczuć, Haz – jęczy Louis – byłeś tak cholernie dobry, Hazza…

Harry porusza swoją dłonią w górę i w dół coraz szybciej, wyobrażając sobie ciasną dziurkę Louisa wokół niego i te idealne usta krzyczące jego imię. Przeciąga kciukiem po szczelinie i wrzeszczy. Drga, czując zalewającą go fale ciepła. Pozwala temu przejąć kontrolę i skonsumować go.

- Harry, kurwa, mocniej.

Krzyczą równocześnie, gdy ich klatki piersiowe pokrywa ciepła, biała ciecz. Obydwoje mocno oddychają. Harry chowa kutasa w spodnie i odtrąca włosy z twarzy trzęsąc głową. Z powrotem patrzy na ekran i widzi Louisa naprawiającego swoją grzywkę i wydaje się, że zapinającego spodnie.

- Więc – mówi Harry z poważną miną – Co tam u twojej rodziny?

Louis wybucha śmiechem.


Louis czeka na lotnisku w Doncaster. Podskakuje w górę i w dół, łącząc dłonie. Ten poranek był stresujący. Stan obudził go jakoś dziesięć minut przed tam jak musiał wychodzić i Louis nie miał nawet czasu, żeby zdjąć z siebie swoje szare onesie. Louis jest lekko zawstydzony; onesie ma kocie uszy na kapturze. Wszystkie mamy odwracają w jego stronę głowy i gruchają, gdy myślą, że nie patrzy.

Podciąga rękawy szarego materiału i przegryza wargę. Harry powinien wylądować za kilka minut i Louis nie może uwierzyć jak bardzo tęsknił za tym opuszczonym-przez-boga chłopakiem. Przez jego kręgosłup przebiegają dreszcze, kiedy wyobraża sobie wielkie ręce Harry'ego na jego ciele. Wyobraża sobie bycie zamkniętym w objęciach chłopaka, nigdy nie chcąc odchodzić.

Nagle drzwi bramki się otwierają i wychodzi tłum ludzi. Louis skomle odruchowo i podskakuje na swoim miejscu. Wokół niego pojawiają się błyski.

Paparazzi są tutaj. Louis wzdycha, wkładając ręce w kieszenie. W pewnym momencie zauważa Paula, o którym natychmiast zupełnie zapomina, ponieważ za nim idzie jego loczek.

Włosy chłopaka są ukryte pod beanie, na oczach ma Raybany, a sweter zakrywa jego dłonie, w których trzyma kurczowo bagaż. Torba zwisa na jego ramieniu, a głowa odwraca się w różne strony, jakby czegoś szukał. Harry zdejmuje okulary ukazując twarz, gdy jego oczy lądują ja Louisie. Łagodnieją, jak zauważa go stojącego w onesiu, przegryzającego wargę i wyglądającego na tak malutkiego.

Louis czerwieni się, gdy rusza w kierunku Harry'ego, który podaje swój bagaż Paulowi, a mężczyzna chętnie go przyjmuje. Paul uśmiecha się do Louisa ciepło. Zaczynają poruszać się szybciej i wkrótce stoją przed sobą. Harry uśmiecha się złowieszczo i zakłada Louisowi kaptur, powiększając swój uśmiech, gdy zauważa kocie uszy. Schyla się i przyciska swoje czoło do Louisa.

- Jesteś taki słodki – mówi. Oplata ramionami ciało niższego chłopaka i rozkoszuje się jego ciepłem. - Kocham cię.

Może bardziej poczuć niż usłyszeć gwałtowny oddech Louisa i bardziej przybliża się do jego ciała, nie chcąc go puścić.

- Też cię kocham – mamrocze Louis – Nie do końca tak wyobrażałem sobie mówienie tego pierwszy raz, na środku lotniska.

- Oh, zamknij się – Harry kręci głową i łączy ich usta razem. Obejmuje go za tył szyi i rusza wargami w idealnej synchronizacji z ustami Louisa. Ręce niebieskookiego chłopaka tworzą ścieżkę pod plecach Harry'ego.

Nie przestają się dotykać przez całą drogę do mieszkania Louisa. Nawet paparazzi nie mogą wejść pomiędzy nich, gdy pytają o nadchodzący album chłopaków. Harry po prostu trzyma ręce na ramionach Louisa, gdy idą przez tłum. Ukrywa swoją twarz w zagłębieniu szyi szatyna, szturchając słodkie uszka na głowie Louisa, palcami masując jego talie.

Apartament Louisa nie jest duży, ale nie jest również mały. Ma dwie sypialnie, salon, kuchnie i łazienkę. Wszystko co jest tak naprawdę potrzebne. Louis mówi, że dodatkowa sypialnia jest dla Stana, który zostaje, gdy jest zbyt pijany, ale zazwyczaj używa go jako pokój do grania. Louis ma obsesje na punkcie Fify.

Paul i drugi ochroniarz wynajęli pokój w hotelu na rogu ulicy. Nalegali na bycie blisko, nawet jak Louis powiedział, że nikt w Doncaster nie mógłby być zagrożeniem. Dość dobrze znał wszystkich, których tu mieszkali, ale Paul, będąc Paulem, nie uznawał „nie” jako odpowiedzi.

Harry zostawia swoje rzeczy za drzwiami sypialnia Louisa. Szatyn stoi niezręcznie w przejściu, przegryzając wargę. Harry mocno przełyka.

- Idę zrobić nam lunch – mówi nagle Louis i rusza w stronę kuchni. Harry przeciąga palcami przez włosy i nadyma swoje policzki. Nie myślał, że to będzie tak dziwne. Był z Louisem na tyle sposobów i tyle razy, ale to nadal sprawia, że się denerwuje. Pocą mu się dłonie, a rytm serca wychodzi poza wykres. Ma mokro w buzi i problem z przełykaniem.

Nadal jest zdenerwowany, ale nie może wyobrazić sobie bycie bez Louisa przez więcej niż sekundę, więc wchodzi do kuchni, zachodząc niższego chłopaka od tyłu. Owija go ramionami i naciska całym ciałem na plecy Louisa.

Louis wtula się w jego ramiona i będąc w złośliwym nastroju, podnosi rękę i rozmazuje dżem truskawkowy na policzku Harry'ego.

- Hej! - krzyczy Harry. Louis śmieje się i obraca w objęciu chłopaka. Krzyżuje palce za jego szyją i staje na czubkach palców.

- Ja to wezmę – mówi Louis, skupiając się na punkcie i zasysając go. Harry gwałtownie wypuszcza oddech, przyciągając go bliżej swojego ciała. Louis uśmiecha się złowieszczo i sięga po jeszcze odrobinę dżemu. Tym razem umieszcza go na obojczykach chłopaka. Przejeżdża lekko językiem po wrażliwej skórze.

Harry jęczy ujmując go za tył głowy. Louis uśmiecha się naprzeciw jego skóry, zlizując słodką substancje. Harry popycha go do blatu i wkłada swoje własne palce do słoiku z dżemem. Umieszcza go od razu pod mocną linią szczęki Louisa, dobrze wiedząc, że to jego słodki punkt. Zaciska dłoń w pięści na szarym onesiu chłopaka, pociągając w dół zamek i atakuje punkt pokryty owocowym dżemem. Harry gryzie i skubie jego skórę, a Louis oddycha gwałtownie i ciągnie loki chłopaka.

Odgłosy, które wydaje Louis trafiają prosto do jego kutasa. Ociera się o ciało chłopaka i jęczy poruszając ustami po jego skórze.

- Zatrzymajcie to w sypialni, dobrze? - ktoś jęczy.

Oczy Louisa otwierają się szeroko, aby zobaczyć w przejściu Stana, zakrywającego twarz dłońmi.

- Oh, boże! Moja niewinność! - wykrzykuje Stan i Louis unosi oczy ku niebu.

- Co za drama queen – mówi. Harry ukrywa twarz we włosach Louisa, a jego ramiona trzęsą się i Louis wie, że się śmieje.

- Cokolwiek – Stan przechodzi przez apartament, kierując się do PlayStation Louisa. Szatyn chichocze w klatkę piersiową Harry'ego.


Następnego dnia informacje o lądowaniu Harry'ego w Doncaster są w każdym magazynie, razem ze zdjęciami, na których całują się i przytulają.

Harry nie rozwiewa plotek. Rozmawia z resztą zespołu przez telefonu i chłopcy są zachwyceni. Najwyraźniej Liam kibicował ich dwójce od czasu show u Ellen. Widział natychmiastowe połączenie jakie mieli.

One Direction mieli zaplanowany wywiad w The Late, Late Show, ale przez skype'a. Niall, Zayn i Liam siedzą razem na kanapie w Londynie, a Harry siedzi na kanapie Louisa w Doncaster. Stan i Louis są w tle.

Louis po prostu siedzi spokojnie słuchając, podczas gdy Stan urządza sobie zabawę rzucając w kolana Harry'ego różnymi rzeczami. Siedzi po drugiej stronie komputera, trafiając w niego puszkami po sodzie, serwetkami i winogronami. Harry posyła mu niepoważne spojrzenia. Louis w końcu wyrzuca go z pokoju, będąc zmęczonym całą tą błazenadą.

- Więc, Harry, jak Louis radzi sobie z tą całą sytuacją?

Louis ożywia się obok niego. Harry nerwowo chichocze. - Radzi sobie dobrze. Nie jest mu obce sławne życie, wiesz.

- Nadal walczę z poradzeniem sobie z tobą – komentuje drwiąco Louis przeskakując po kanałach. Harry wybucha śmiechem. Szybko zakrywa buzie ukrywając rechot. Louis uśmiecha się złośliwie obok niego.

- Jestem pewny, że wszyscy to słyszeliśmy, Louis – mówi Zayn. Oczy Louisa rozszerzają się radykalnie. Harry podśmiewa się. Louis nachyla się do chłopaka. Niewinnie całuje go w policzek.

- Oops – kopiuje pierwsze słowo, jakie Harry do niego powiedział. Harry rumieni się i łapie rękę Louisa, przejeżdżając kciukiem po tatuażu papierowego samolociku.

Awww wydobywa się z tłumu. Louis chichocze nisko.

Pod koniec wywiadu, gdy Harry zamyka komputer Louis przytula się do jego boku.

- Kocham cię – mamrocze.

- Ja ciebie też. Zawsze.

Rozdział 2 | I’ll Throw Away My Faith (Just To Keep You Safe)

OPIS: Harry Styles jest agentem MI6 (Secret Intelligence Service, dawniej Military Intelligence section 6) i właśnie dostał misję, by dowiedzieć się kto planuje zabić premiera. Louis Tomlinson jest zawodowym zabójcą, zatrudnionym przez MI6, by zabić każdego, kto będzie chciał zamordować premiera. Louis nie bawi się w związki, ale bawi się w Harry’ego.

WYRAZY (oryginał): 5,090

WYRAZY (tłumaczenie): 4,443

Wszystkie rozdziały dostępne są tutaj

Keep reading

Forever Yours Masterpost

Tytuł i link do oryginału: Forever Yours

Autorka: snarfette

Pairing: Larry

Zgoda od autorki: Jest :)

Opis: Louis jest mega gwiazdą z problemem. Harry zostaje zatrudniony jako jego ochroniarz. Mimo że są sobą zauroczeni, kłócą się odkąd tylko się spotkali.

Od tłumaczki: To chyba nie jest najlepszy pomysł, ale cóż zaczynam nowe tłumaczenie :D Nie wiem co ile będą pojawiać się nowe rozdziały, ale postaram się dodawać je tak często jak tylko będę mogła. To chyba tyle, mam nadzieję, że się spodoba :D


Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Epilog

Tłumaczenie zakończone

Fall Into Your Gravity {Tłumaczenie} | Rozdział 6

© zdjęcie z nagłówka

Autorka: zarah5 [oryginał]

Od tłumacza: Fun fact: kiedy czytałam ten rozdział w wakacje, grając z rodzinką w karty, mój brat popatrzył mi przez ramię akurat w momencie sceny erotycznej i oczywiście powiedział na głos “Co ty czytasz jakieś homoerotyczne opowiadania…" i musiałam jakoś to obrócić w żart. 
Tak więc morał jest krótki i niektórym znany: w rozdziale występują sceny erotyczne, więc nie polecam tego czytać siedząc obok zbyt ciekawskiego brata i w obecności rodziców. Miłej lektury!

Przeczytaj na AO3 →

~

                Harry pamięta, żeby wysłać Louisowi zdjęcie Alp, najwidoczniej zrobione ze środka wysokiego budynku, widmowe odbicie twarzy Harry’ego jest ledwo widoczne na szybie. Do tego dodany jest tekst mówiący: Zmęczony, ledwo dają mi oddychać.

                Pomimo wyczerpania przebijającego się przez słowa, to łatwo zaznacza najwyższy punkt dnia który nastąpił po odlocie Harry’ego. Z Zaynem i Liamem odmawiającymi wymiany większej ilości słów niż to tylko konieczne, Louis jest w ciągłym stanie prób negocjacji między swoimi dwoma najlepszymi przyjaciółmi rozpakowując swoje bagaże, dbając o takie rzeczy jak zdeponowanie pieniędzy pozostałych po Australii w banku i przygotowanie się na początek następnego miesiąca na uniwersytecie.

                Wiem jak się czujesz, odpisuje. Jestem tak bliski walnięcia głową Zayna o ścianę , a smutny Liam sprawia , że *ja* jestem smutny . Kiedy będziesz z powrotem w domu ? Zrobię ci herbatę i spędzimy cały dzień w łóżku.

Keep reading

Rozdział 7 | Bring Your Body Baby (I Could Bring You Fame)

OPIS: Osiemnastoletni Harry Styles właśnie ukończył szkołę średnią i dostał wakacyjną pracę ‘chłopaka od wody’ w swojej ulubionej drużynie piłkarskiej. Opis jego obowiązków jest prosty: w każdej chwili ma być gotów do podania graczom wody i ręczników. To nie wydaje się wliczać Louisa Tomlinsona, dwudziestotrzyletniego piłkarza niedawno przeniesionego z Paris Saint-Germain, który wyjątkowo bardzo lubi utrudniać pracę Harry'ego.

PAIRING: Harry Styles/Louis Tomlinson

WYRAZY (oryginał): 5,695

WYRAZY (tłumaczenie): 5,186

Wszystkie rozdziały dostępne są tutaj

Keep reading

Prompt- Kopciuszek

Anonim: Larry! Harry jest sławną gwiazdą ( jest jednym z członków 1D). Hazz zamierza skończyć szkołę, ponieważ Modest mu kazał. Więc na balu maskowym poznaje Louisa. Harry pragnie tej osoby, lecz ona mu ucieka( oparte na kopciuszku). Harry stara się go dogonić, ale i tak nie zdążył.  Podczas ucieczki Lou gubi naszyjnik z motylem po zmarłej mamie( Louis mieszka z ojcem pijakiem, który go wykorzystuję, ale on jest pełnoletni). Happy End poproszę. Dziękuję.

Od Autorki: Mam nadzieję, że prompt się spodoba i przepraszam, że trzeba było tak długo czekać:) Dajcie znać jak wrażenia:) 

~~~~~~~~~~

- Wujku Ni, opowiedz nam historię – zarządziła mała, pięcioletnia dziewczynka, która usiadła obok mężczyzny na sofie i wpatrywała się w niego nieprzerwanie.

- Jaką?- westchnął Horan, chociaż doskonale wiedział o co chodzi małej.

- Dobrze wiesz jaką wujku Ni - odparła zadowolona z siebie i Niall dostrzegł jak jej oczy błyszczą psotnie.

- Madlen, nie znudziła wam się ta opowieść, nie wolicie… nie wiem…. jakiejś bajki dla małych dziewczynek? - zapytał z nadzieją Irlandczyk. Naprawdę nie miał pojęcia dlaczego po raz kolejny dał się wrobić w opiekę nad dziećmi… no dobrze w sumie to wiedział, ale wolał udawać, że został do tego zmuszony. Tak naprawdę to chciał spędzić trochę czasu z Gemmą, a że ta również zgodziła się zajmować maluchami, to on również wspaniałomyślnie zgłosił się na ochotnika. Teraz miał za swoje. Po chwili, obok Madlen usiadła Lavender i również patrzyła na niego wyczekująco.

Keep reading

Unknown, unlabeled, untitled - rozdział 17

Tytuł: Unknown, unlabeled, untitled

Pairing: Larry Stylinson

Opis: „Okryty złą sławą członek boy bandu opuścił klub z nieznajomym.” Louis przeczytał nagłówek. Pod spodem było zdjęcie chłopaka z ciemnymi loczkami, zielonymi oczami i bardzo ciasnymi spodniami. Oboje przez chwilę uważnie studiowali artykuł, przelotnie go czytając.
- Czy to…? – Louis zmarszczył brwi. Ten koleś wyglądał prawie dokładnie jak…
Niall przechylił głowę na bok.
- Jak do…?
- Czy on nie wygląda jak…? – powiedział Louis.
- Te włosy… - przytaknął mu Niall.
- Usta… - dodał Louis. Dokładnie znał te usta.
Byli cicho przez chwilę, a potem…
- CHOLERA JASNA! – wykrzyknęli jednocześnie.
- Louis…?
- Tak? – szepnął bez tchu.
- Właśnie pieprzyłeś się z najbardziej pożądanym facetem na tej ziemi. Pieprzyłeś się z Harry’m Styles’em z One Direction.

Od tłumaczki: Rozdział siedemnasty przed wami! Dziwnie wyszło, że ten rozdział wypadł akurat w piątek 13-stego, ale może jak przeczytacie to zrozumiecie xd Komentarze jak zawsze mile widziane :D No i… enjoy!

Keep reading

Love Is In The Air shot

autorka: Biedrona/Natka/NaBee

tytuł:  Love Is In The Air

parring: Larry Stylinson

baner: Biedrona/Natka/NaBee

dedykacja: Dla hiroki-chan-no , bo czasami jedna osoba i kilka miłych słów może przywrócić wiarę w siebie i własne możliwości. Dziękuję. Oraz Aduście mojej małej siostrzyczce, której miłość do książek i czytania cieszy moje serducho. <3

AU:  Louis jest prawnikiem z dużym białym domem i śliczną córeczką, Harry w dzień młodym studentem, w nocy striptizerem, a poza tym najważniejszą osobą w życiu pewnej małej dziewczynki.  A Niall wcale nie jest seksoholikiem, on po prostu ma większe zapotrzebowanie na seks, niż przeciętny człowiek. Wiek bohaterów został zmieniony na potrzeby opowiadania.

Piosenki: Love is in the air (xxx), Tian mi mi (xxx)

Inspiracja: Prawdziwa historia mojej koleżanki ze studiów, moja ukochana Kate, której dedykuję postać Nialla i One Direction.

***

- Kogo mamy ratować? Matkę, czy dziecko? - Słowa ciężkie jak ołowiane łzy spłynęły na głowę Louisa.

Bywają w życiu trudne wybory między złym, a jeszcze gorszym. Gdy dotyczą one życia kogoś bliskiego, a na dodatek trzeba je podjąć zaledwie w kilka sekund to jak stać na granicy piekła.

Keep reading

anonymous asked:

mogę prosić prompt? ;) harry wraca samolotem do londynu. na lotnisku jego bagaż zostaje uznany za ładunek z bombą za sprawą niepokojących wibracji we wnętrzu walizki. harrego zatrzymują a szef ochrony louis przeprowadza przesłuchanie. okazuje się że tak naprawdę bomby nie było - po prostu włączył się wibrator harrego. co zrobi z tym lou i jakie konsekwencje wyciągnie za wstrzymanie całego ruchu na lotnisku? sceny 18+ prosze ;)

HOW I MET BOSS OF THE AIRPORT

Samolot, którym wracałem do Londynu z dwutygodniowej wizyty u cioci w Irlandii wystartował równo o 12:25, dlatego według planu powinienem być w swoim łóżku już za trzy godziny. Szczerze, najbardziej lubiłem w podróżach powroty do domu. Byłem typem, który uwielbiał usiąść na parapecie z kubkiem herbaty i dobrą książką w ręce. Nie mogłem doczekać się rozpakowania walizek i długiej kąpieli w swojej wannie, za czym zdecydowanie tęskniłem będąc poza domem. Zamknąłem oczy i wybrałem jedną z ulubionych piosenek, jakie miałem w telefonie i nucąc ją w głowie miałem nadzieję, że podróż samolotem minie naprawdę szybko.

Z kawą w dłoni udałem się do miejsca, z którego miałem odebrać swój bagaż. Stanąwszy przy taśmie, z której ludzie zabierali swoje pakunki oczekiwałem na moją walizkę chcąc wrócić już do domu. Usłyszałem nieprzyjemne dźwięki barierki sygnalizujące niebezpieczne rzeczy kryjące się w walizce i miałem wrażenie, że zapadnę się pod ziemię orientując się, że chodzi właśnie o mój bagaż. Szybko kojarząc fakty zrozumiałem, że fałszywy alarm może dotyczyć wibratora, który zakopałem w ubraniach, a który niewiadomi jak postanowił włączyć się w najmniej odpowiednim momencie. Fuknąłem pod nosem widząc jak przy mojej walizce zbiera się kilku ochroniarzy, którzy prawdopodobnie myśleli, że jestem jakimś przestępcą próbującym przewieźć broń. Miałem ochotę palnąć się z otwartej dłoni w czoło. Nie wiedziałem jak wybrnąć z tej sytuacji, dlatego słuchałem cierpliwie paplaniny osiłków, którzy wymieniali się pomysłami co tajemniczego może kryć się w moim bagażu. Prawda była taka, że moje zainteresowanie takimi przedmiotami zrodziło się kilka tygodni temu, kiedy zorientowałem się, że seks z dziewczyną to zupełnie nie moja bajka i wolę, kiedy ktoś przejmuje nade mną kontrolę. Początkowo uważałem, że musi być coś ze mną nie tak skoro potrafię osiągnąć szczyt jedynie poprzez czucie w sobie aniżeli odwrotnie, jednak to uczucie zostało szybko wyparte przez przyjemność jakieś doświadczałem z fioletowym przedmiotem, który właśnie stał się źródłem moich problemów.

- Ta walizka należy do pana, prawda?
Skinąłem głową wyrzucając do kosza na śmieci pusty kubeczek po kawie po czym skrzyżowałem dłonie na klatce piersiowej przewracając oczami.
- Spokojnie, to tylko golarka. Musiała się przez przypadek włączyć. Nic wielkiego, naprawdę nie mam tam niczego strasznego.
Próbując rozluźnić sytuację uśmiechnąłem się przyjaźnie do mężczyzn patrzących na mnie z niedowierzaniem. Miałem nadzieję, że opowieść do maszynce będzie dla nich na tyle wiarygodna, że pozwolą mi pójść wreszcie do domu, jednak nic bardziej mylnego. To, co usłyszałem sprawiło, że nogi się pode mną ugięły.
- Zweryfikuje to szef ochrony, pozwoli pan z nami.
- Co? Nie! Nie ma takiej potrzeby, naprawdę nie powinni sobie panowie zawracać mną głowy. To niedorzeczne.
- Proszę pójść z nami, lepiej aby nie dokładał sobie pan większej ilości problemów. Wystarczy, że ruch na lotnisku jest zablokowany i ze względu na bezpieczeństwo pasażerów żaden z samolotów jeszcze nie wystartował.
Miałem wrażenie, że moje policzki nie mogą być już bardziej czerwone, kiedy zostałem odprowadzony z głównego pomieszczenia na lotnisku skazany na ciekawskie spojrzenia ludzi tam obecnych. Kręcąc energicznie głową wyszarpałem się z mocnego uścisku jednego z ochroniarzy.
- Przecież idę.
Warknąłem wsuwając drżące dłonie do kieszeni płaszcza. Spojrzałem na walizkę prowadzoną przez wysokiego mężczyznę tak ostrożnie jakby za chwilę miała wybuchnąć. Zaśmiałem się krótko uważając całą tą sytuację za kompletnie niedorzeczną.
Kiedy stanęliśmy przed biurem znalazłem się pod drzwiami, na których tabliczka informowała mnie o tym, że znajdę w nim niejakiego Louis’a Tomlinson’a - szefa ochrony lotniska. Westchnąłem głośno widząc jak mężczyzna, który cały czas trzymał mój bagaż zapukał w drewniane drzwi następnie wchodząc do środka. Drugi ochroniarz stał przy mnie czekając na znak drugiego. Sytuacja była co najmniej nieprzyjemna i naprawdę nie miałem ochoty kłócić się z jakimś ważniakiem. Nie byłem przestępcą i wszyscy powinni raczej mnie przeprosić niż bezpodstawnie oskarżać. Przecież sprzęt taki jak bramka też może czasem zawieźć, prawda?

- Proszę wejść. Pan Tomlinson zaprasza do środka.
Mężczyzna gestem dłoni wskazał mi abym wszedł a jedyne na co było mnie stać to zmierzenie wzrokiem obu osiłków, którzy zachowywali się tak jakbym próbował wysadzić w powietrze samolot, którym jeszcze chwilę temu leciałem. Niepewnie zrobiłem kilka kroków w głąb gabinetu a widząc siedzącego za biurkiem mężczyznę przełknąłem głośno ślinę. Obróciłem się do tyłu słysząc jak drzwi zatrzaskują się za mną a nim ponownie spojrzałem na szefa ochrony stał on już przy mojej rozpiętej walizce obok której szybko ujrzałem przedmiot, przez który niemal natychmiast się zarumieniłem. Cholera jasna, prawdopodobnie nigdy nie przestanę się za to wstydzić.
- Pański dowód osobisty.
Wysoki głos mężczyzny sprowadził mnie na ziemię. Bez słowa sięgnąłem w głąb kieszeni wyjmując skórzany portfel. Odnalazłem w nim dowód mojej tożsamości i podałem go mężczyźnie zagryzając mocno dolną wargę. Świetnie, teraz ten cholernie przystojny kutas będzie wiedział jak się nazywam. A co jeśli skądś mnie kojarzy? Albo nie daj boże kojarzy moich rodziców. W końcu miałem dwadzieścia lat a on? Wnioskując po lekkim zaroście, niewielkich zmarszczkach w okolicach oczu mógł mieć trochę ponad trzydzieści. Westchnąłem przyglądając mu się, kiedy zaczął spisywać jakiś protokół.
- Więc Panie Styles, widzę, że lubi pan się czasem zabawić.
Zaśmiał się melodyjnie a ja zażenowany mogłem jedynie spuścić wzrok na swoje sztyblety, które nagle stały się wyjątkowo interesujące. Nie potrafiłem spojrzeć mężczyźnie w oczy, dlatego, kiedy jego śmiech ustał nadal przyglądałem się butom czekając na dalszy rozwój sytuacji.
- Powiedzmy, że znając pana preferencję mogę zaproponować polubowne załatwienie tej sprawy.
Spojrzałem na niego spod ściągniętym brwi nie bardzo orientując się o co może mu chodzić.
- Uhm, nie rozumiem?
Ponownie usłyszałem cichy (wyjątkowo słodki) chichot Louis’a po czym dostrzegłem jak okrąża swoje biurko i siada na nim oblizując dokładnie i powoli swoją górną wargę. Na sam ten gest momentalnie zrobiło mi się gorąco mimo tego iż dotychczas mogłem śmiało mieć na sobie płaszcz, który ogrzewał mnie w listopadowe, chłodne dni jak ten. Teraz jednak miałem wrażenie, że płonę śledząc ruch jego ręki, która nagle znalazła się na jego kolanie. Kaszlnąłem cicho kręcąc lekko głową.
- Nie mam pojęcia o co Panu chodzi, ale jeśli wszystko jest już wyjaśnione czas na mnie.
Odparłem od razu kierując się w stronę swojej walizki, do której schowałem kompromitujący mnie wibrator i zasunąłem zamki chcąc jak najszybciej wyjść z tego przeklętego gabinetu.
- Nie tak szybko, kolego. Przysługa za przysługę. Wyrzucę do kosza protokół o tej sytuacji w zamian za to Ty pomożesz mi się odprężyć. Uważam, że to sprawiedliwy układ.
Mimo iż stałem do niego tyłem wiedziałem, że wstaje i podchodzi do mnie wolnym krokiem aż w końcu staje tuż za moimi plecami opierając jedną z dłoni na moim ramieniu.
- A Ty jak myślisz, Harry?
Zamknąłem na chwilę oczy próbując uspokoić drżenie rąk i szybko bijące serce. Nie chciałem aby Tomlinson widział jak bardzo denerwuję się tą sytuacją. Zrozumiałem, że jeśli zgodzę się na jego propozycję niczego nie stracę. Do tego mężczyzna był cholernie gorący a taka okazja może się już więcej nie trafić. Obróciłem się do niego przodem z delikatnym uśmiechem błąkającym się na moich ustach. Nie musiałem nic mówić aby zrozumiał, że godzę się na jego warunki. Szybkim ruchem pozbawił mnie czarnego płaszcza odrzucając go na fotel stojący zaraz za nami. Zamknąłem oczy pozwalając mu na składanie mokrych pocałunków na zarysie mojej szczęki. Szczerze nie mogłem doczekać się momentu, w którym wreszcie nasze usta się spotkają i cholera, kiedy to się stało musiałem zapleść dłonie na jego szyi niemal uwieszając się na nim. Moje kolana nagle zrobiły się jak z waty i przysięgam, że samymi muśnięciami potrafił sprawić, że cały drżałem. Bez problemu poradził sobie z moim swetrem, który podejrzewam wylądował niedaleko płaszcza. Byłem kompletnie rozpalony, ale i bierny na jego dotyk, co chyba nieszczególnie mu się spodobało. Zarejestrowałem jak podchodzi do drzwi i zamyka je na klucz po czym wraca do mnie od razu chwytając moją dłoń i ciągnąc za sobą. Usiadł z powrotem na swoim skórzanym fotelu i wystarczyło jedno skinięcie głową abym zrozumiał, że chce abym schował się pod biurkiem.
- Grzeczny chłopiec.
Usłyszałem kiedy umiejscowiłem się między jego kolanami od razu zabierając się za odpięcie rozporka przy jego spodniach. Śmiało mogłem stwierdzić, że w swoim garniturze wyglądał niezwykle pociągająco. Jego włosy zaczesane były do tyłu i cholera jasna, wyglądał jak sam James Dean. Z nieśmiałym uśmiechem pociągnąłem za spodnie, które zsunąłem do poziomu kostek. Zamknąłem oczy czując jak wplata dłoń w moje włosy i zacząłem składać na jego rozpalonej skórze pocałunki. Atmosfera w pomieszczeniu zrobiła się strasznie ciężka i śmiało mogłem powiedzieć, że w całym gabinecie pachniało seksem. Niesamowite uczucie pożądania wzrosło, kiedy tylko usłyszałem dźwięki urywające się z ust Louis’a, który mając rozchylone wargi odrzucał głowę w tył zaciskając palce w moich lokach. Nie zwlekając zsunąłem materiał białych bokserek od Calvina Klein’a po czym zabrałem się za zrobienie mu najlepszego loda w życiu tak aby nie mógł wyrzucić z pamięci jeszcze długo obrazu, który właśnie się przed nim malował. Chcąc aby był ze mnie zadowolony pozwoliłem mu skończyć w swoich ustach bezwstydnie ocierając opuszkiem kciuka jego spermę z opuchniętych warg. Z uśmiechem wychylił się aby złożyć na nich zachłanny pocałunek na co podniosłem się aby wylądować okrakiem na jego kolanach.
Pomyślałem, że ta historia może zakończyć się o wiele lepiej niż przypuszczałem zanim wszedłem do gabinetu szefa ochrony - Louis’a Tomlinson’a, z którym mam nadzieję spotkać się jeszcze nie raz.

Prompt - Do you like what you see?

saphira849: Prompts? xx Zamówię, yey. No to Larry - Harry jest fanem 1D i wziął udział w konkursie pisarskim, w którym kilka osób wygranych zamieszka przez parę dni z 1D. No węic Hazz wygrywa i wraz z innymi uczestnikami na parę dni zamieszkuje z zespołem. Rozmawiają tam itp., Styles taki cichy i nieśmiały, ale pokazujący swoje zdanie. I gdy budzi się w nocy i chce mu się pić idzie do kuchni (ubrany w kusą pidżamę - wręcz dziewczęcą) i spotyka Lou. A wiesz, tam akcja się rozwija, bo Lou spodobał się widok x

Od Autorki: Jejku, ten pomysł był świetny! Jednak wydaje mi się, że go trochę zepsułam. No nic, to już mój drugi prompt! Jestem baardzo mile zaskoczona tyloma notkami pod poprzednim. Jesteście tacy kochani! ♥ Mam nadzieję, że po części wykonałam zadanie. Enjoy!

Keep reading

Lion Fall In Love With Fawn - shot Larry

autorka: raspberry-ladybug

tytuł:  Lion Fall In Love With Fawn

parring: Larry Stylinson

baner: Wiem, ze się ośmieszam, ale nic innego nie umiałam zrobić xD

opis:  Harry ma wypadek na lodowisku, a Louis jest naprawdę niebezpieczni.

od biedrony:  Zainspirowana giffami i paroma innymi zdarzeniami, które miały miejsce w ostatnich tygodniach napisałam moją, króciutką wersję tego co mogło zdarzyć się naprawdę, kiedy Harry przewrócił się na lodowisku, a Louisa przy nim nie było. Zapraszam! :)
uwaga: Przekleństwa i dużo fluffu.

Lion Fall In Love With Fawn - Harry filming at London’s Natural History Museum Ice Rink.

- Co to kurwa ma znaczyć?! - Wszyscy ludzie w pomieszczeniu zamarli, a ciszę przerywał tylko dźwięk dzwoniącego telefonu, którego nikt nie ważył się odebrać.
- Czy ktoś mi to kurwa wyjaśni!?- Wrzasnął Louis stając na środku pomieszczenie i skanując wzrokiem przestraszone twarze. Byli tam ludzie z obsługi, fotografowie i graficy od obróbki zdjęć, ochroniarze, ludzie od wizerunku i ludzie z zarządu. Jednak wszyscy stali równo pod ostrym spojrzeniem niskiego szatyna i starali się, żeby ich oddechy były płytkie.


- Louis, to był wypadek. Takie rzeczy się zdarzają. - Powiedział ugodowo fotograf, przełykając nerwowo ślinę.
- Wypadek? - Louis zrobił krok w kierunku mężczyzny. - Zdarza się!? - Jego głos poniósł się o oktawę co nie wróżyło nic dobrego. Dlatego każdy kto mógł zrobił krok w tył.
- Sesja jak każda inna. Równie dobrze mogło stać się coś tobie jak kręciliśmy twój kawałek. - Powiedział jeden z sekretarzy odkładając dzwoniącą słuchawkę, żeby nie denerwować szatyna jeszcze bardziej.


- Ale kurwa to jemu się coś stało! - Krzyknął, a rysy jego twarzy były ściągnięte w złości.
- Nic nie mogliśmy zrobić, to on się wygłupiał. - Zwrócił na siebie uwagę jeden z ochroniarzy.
- Po to tam byliście, żeby go przypilnować. - Wysyczał odwracając głowę w jego stronę.
- Louis. - Zaczęła stylistka.
- Nie kurwa, nie Lousi! Zaufałem wam, a wy spieprzyliście. Gdybym był tam z wami, nic by się nie stało. Potrząsnął bym nim i powiedział, że to głupie. Ale oczywiście nie mogłem z wami pojechać. - Warknął, a żyła na jego szyi niebezpiecznie pulsowała. - Oczywiście to bardzo logiczne! Zajebiście logiczne, że jego narzeczony nie może się z nim pokazywać, ale kiedy podrywa go jakiś kurewsko wysoki i zajebiście przystojny koleś to jest wszystko w porządku. Kocham tę popieprzoną robotę! - Zaczął chodzić dookoła pomieszczenia jak agresywny lew w klatce, a jego ofiary stojące pod ścianą coraz bardziej drżały i modliły się,  aby to na nich nie padła złość szatyna.


- Louis. - Odezwał się ktoś, ale Tomlinson tupnął nogą.
- Nie obchodzi mnie co mi macie kurwa do powiedzenia. Mój narzeczony miał wypadek na waszym pojebanym lodowisku, przez wasze zjebane kamery, bo przez wasze pieprzone zasady nie mogłem tam z nim być! Chrzanię to! Następny kurwa razem, jak tylko się dowiem…
- Lou? - Szatyn umilkł, a wszyscy spojrzeli z nadzieją w kierunku drzwi.

W pomieszczeniu pojawił się właśnie wysoki mężczyzna, ubrany w czarne obcisłe spodnie i czarną koszulę, łudząco przypominającą damską, jak zawsze głęboko rozpiętą, jego brązowe, lśniące włosy opadały dookoła jego uśmiechniętej, pogodnej buzi, której różowe usta rozciągnięte były w uśmiechu, oczy błyszczały jak liczne złote pierścionki na jego palcach, a lewa ręka podwieszona była na temblaku.
- Louis, możesz mi wytłumaczyć co to za słownictwo? - Podparł się prawą ręką pod bok.

Mogłoby się wydawać, że to niebezpieczne, że rozjuszony Tomlinson rzuci się na chłopaka i przegryzie mu tętnice szyjną. Jednak ten mężczyzna jest jedynym człowiekiem na ziemi, przy którym niebezpieczny szatyn mięknie i łagodnieje. Louis jeszcze raz spojrzał na wszystkich gniewnie, ale jego rysy wygładziły się kiedy zrobił kilka kroków w kierunku drzwi.
- Harry Stylesie, niedługo Tomlinsonie. Co ty sobie wyobrażałeś? Gdybyś połamał te swoje piękne, długie nogi, to…
- To i tak miałbym najlepszego narzeczonego na świecie. - Pokazał zęby w uśmiechu, a wszyscy ludzie zgromadzeni w pomieszczeniu zrobili zbiorowe “Aww”. Nadal naburmuszony, ale lekko udobruchany Louis wywrócił oczami i pociągnął chłopaka za lewą rękę wyprowadzając go z pomieszczenia.

 Kiedy zamknął drzwi od garderoby, skrzyżował ręce na piersi i patrzył na Harrego wyczekująco.
- Masz mi coś do powiedzenia?
- Lou. - Uśmiechnął się jak zwykle promiennie chłopak. - Przecież nic poważnego się nie stało, nie możesz za każdym razem pokrzykiwać na naszych współpracowników. - Tłumaczył jak małemu, nieznośnemu dziecku, którym właściwie Louis był.
- Hazz. - Westchnął przegarniając włosy. - Wybacz, zdenerwowałem się. - To zaskakujące jak szybko złość opuściła jego ciało zostawiając tylko troskę.
- Wiem. Mój groźny obrońco. - Zaśmiał się odrzucając głowę w tył.
- Czasami wydaje mi się, że już się przyzwyczaiłem do tego, że nie mogę cię mieć cały czas blisko siebie. - Powiedział rozluźniając ramiona i uśmiechając się delikatnie, kiedy patrzył w zielone oczy. - Ale wtedy zdarza się coś takiego, a mnie po prostu roznosi. - Wkłada rękę we włosy Harrego i ściąga go do pocałunku.

 Brunet uśmiecha się kiedy ich wargi łączą się w czułym i delikatnym pocałunku, tak ciepłym i znajomym, kiedy ich usta dotykają się delikatnie jak muśnięcie skrzydeł różowego motyla. Zakłada rękę na szyi Louisa i nachyla się. To co, że jego chłopak jest niższy i drobniejszy, tak naprawdę jest jego obrońcą, jego drapieżnym lwem.
- Boli? - Pytał Louis spoglądając na rękę na temblaku.
- Jak pocałujesz mnie jeszcze raz, to na pewno przestanie. - Uśmiecha się błyszcząc zębami.
- Moja kulawa sarenka. - Uśmiecha się Louis i ponownie ściąga Harrego do pocałunku. Ich związek jest idealny i czuły, chociaż nie jedna osoba boi się Louisa, któremu nie obce są zgryźliwe komentarz i który zawsze jest na wszystko przygotowany, a również nieprzewidywalny, to zielonooki wie, że Louis ma złote serce, bo sposób w jaki go dotyka, patrzy na niego lub to, jak go całuje chociażby w tym momencie jest pełne miłości. A Harry? Harry często jest gapą, niezdarą, która wszystkich bawi i rozczula, poza tym wszyscy go lubią, a on wszystkim dookoła rozdaje miłość, ale tylko Louisowi przypada w udziale największa jej część.  To trochę tak jakby lew zakochał się w sarniątku.
- A wyprowadziłeś naszego psa? - Przerywa pocałunek Harry, kiedy dłoń Louisa w dole jego pleców przyciąga go bliżej.
- Na miłość boską, Harold. - Jęczy Louis ponownie łącząc ich wargi. Po prostu tak bardzo się kochają.

Skomentuj, jeśli Ci się podobało <3

Won’t be home for Christmas - Ziall One Shot - Tłumaczenie

Tytuł: Won’t be home for Christmas

Ilość słów: 1 704

Pairing: Ziall

Link do oryginału: http://bonjourziall.tumblr.com/post/38725712635/wont-be-home-for-christmas-ziall-oneshot

Opis: Cztery razy, kiedy Niall zostaje aresztowany w Wigilię i jeden raz, kiedy Zayn jest tam także.

Od tłumaczki: Tym akcentem chcę Wam wszystkim życzyć wesołych Świąt, aby spełniły się Wasze najskrytsze marzenia, abyście osiągnęli wszystko, co sobie postanowicie, żeby 2014 rok przyniósł same wspaniałe chwile i abyście się nigdy nie smucili, a łzy na waszych twarzach były tylko łzami szczęścia. <3

Keep reading

Rozdział 49.

- No, no, no… Czyż to nie nasza piękna Kelsey Jones. Jak się masz, kochanie? - Usłyszała za sobą drwiący głos. Kelsey przyspieszyła, starając się go ignorować i krzyknęła zaskoczona, gdy ktoś złapał jej ramię, przyciągając ją.

- Nu, nu, nu, czy twoja matka nigdy nie nauczyła cię manier? - Uśmiechnął się złowieszczo. - Nieładnie jest ignorować ludzi.

- Puść ją!

Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął, zauważając Justina, ciężko oddychającego tak, jakby właśnie przebiegł maraton.

- Zobaczcie, kto w końcu zdecydował się do nas dołączyć. - Odwrócił się twarzą do Justina, osłaniając nią swoje ciało i mocno przyciskając do siebie.

- Puść ją. - Warknął jeszcze raz. - Ona nie ma z tym nic wspólnego.

- Oh, przedyskutowałbym to. - Uśmiechnął się złośliwie. - Widać, że jest dobrym kąskiem, a ja nie miałbym nic przeciwko, by jej skosztować. Powiedz mi, dobrze smakuje?

- Ty skurwysynu! - Ruszył do przodu, jednak coś go zatrzymał. - Co do kurwy? - Splunął, próbując się uwolnić, chociaż nic nie było do niego przyczepione. Walczył mocniej, co tylko rozbawiło innych, gdy parę osób wyszło z cienia, dołączając się do śmiechu porywacza Kelsey.

- Możesz próbować się uwolnić, jak tylko chcesz, ale ona jest skończona.

- Justin! - Krzyknęła, starając się wyrwać, zdesperowana, by uciec od niechcianych dłoni na swoim ciele do tych, które znała i kochała.

- Przykro mi kochanie, ale Justin jest trochę skrępowany w tej chwili. - Zaśmiał się i odwrócił, ciągnąc ją za sobą.

- Justin! - Zapłakała, sięgając za siebie. Nogami kopała powietrze, starając się poluzować uścisk na jej ciele, by mogła uciec, ale nie ważne co robiła i tak był dla niej zbyt silny.

Justin wyciągnął się, by złapać jej ręce i wysilał, by zbliżyć się do niej, ale nie ważne jak bardzo próbował, nie udawało mu się. Tak, jakby był przymocowany do ziemi.

- Justin!

Nikt nie powiedział ani słowa, kiedy w pośpiechu opuścili magazyn Lyndona, wszyscy wpakowali się do samochodu tak, jakby zależały od tego ich życia… i w pewnym sensie tak właśnie było.

Justin nie mógł pozbyć się uczucia w dole brzucha, gdy wiercił się w fotelu. Jego serce praktycznie było gotowe, by wyrwać się z klatki, w której się ukrywało.

To tak, jakby jego cały świat się zatrzymał i rozwalił dookoła niego. Znajome uczucie, które wcześniej odczuwał zbyt wiele razy, ale tym razem było inne… mógł to wyczuć.

Nie było jednak tak, jak za każdym razem w jego życiu, kiedy wiedział, gdzie się kieruje i z czym będzie musiał sobie poradzić. Nie miał bladego pojęcia co się stało, ale jakaś część jego krzyczała, by zawrócić i ukryć się przed prawdą, ponieważ to było coś, czego dowiedzenie się nie było mu przeznaczone. Nie był na to gotowy i dobrze to wiedział… ale zdecydował się tym nie kierować.

Zagubiony, nie wiedział dokładnie w jakim kierunku, ma się udać. Justin zdenerwowany poruszał kolanem, jak narkoman po narkotykach; potrzebował pomocy, potrzebował jej teraz.

Ruch na drodze również nie pomagał.

- Jebać to. - Mruknął, gdy zatrzymali się za innym samochodem na czerwonym świetle. Otworzył drzwi i nawet się nie obejrzał, tylko zaczął biec w kierunku szpitala.

Nie miało znaczenia, że bez przerwy przebiegł pięć mil, czy to, że pocił się jak świnia, najważniejsze było to, by znaleźć przy niej.

Wtargnął przez wejście do izby pogotowia i przebiegł przez podwójne drzwi, które prowadziły do ruchliwej poczekalni.

Białe ściany sprawiły, że ścisnęło go w żołądku od niezliczonych wspomnień z pobytów tutaj. Ze wszystkich ran, jakie miał w ciągu ostatnich kilku lat i kulki w klatce sprzed kilku miesięcy, niedobrze robiło mu się na myśl, że teraz nie leżał tu on czy jeden z chłopaków, a Kelsey.

Nie miało to dla niego żadnego sensu. Dlaczego to musiała być ona, a nie on. Przejąłby jej miejsce bez namysłu, nawet jeśli oznaczałoby to śmierć, ponieważ Kelsey jest aniołem, a on diabłem, który już dawno oddał swoją duszę.

Stanie w otoczeniu tak wielu ludzi oczekujących na los swoich bliskich sprawiło, że poczuł się chory, a jego dłonie zaczęły się trząść na myśl o stanie Kelsey.

Nie miało tak być. Miał porzucić stare życie, by zacząć nowe. Mieli się razem szczęśliwie zestarzeć, mieć gdzieś po drodze dzieci, a teraz nie wydawało mu się, by miało to się stać w najbliższym czasie.

To tak, jakby jego życie nie miało być takie, o jakim marzył i to przez kogoś, kto chciał zobaczyć, jak się rozpada.

Pospieszył do recepcjonistki za biurkiem i położył dłonie płasko na marmurowym blacie, ciężko oddychając.

- Kelsey Jones?

- Przepraszam?

- Kelsey Jones, w jakiej jest sali?

Rozchyliła usta i spojrzała na ekran swojego komputera, zanim jej jasnoniebieskie tęczówki spojrzały na niego przez okulary.

- Przykro mi, ale jest po godzinach odwiedzin…

- Jestem jej jebanym narzeczonym. - Warknął - W jakiej jest sali?

- Proszę pana, będę musiał poprosić, by się pan uspokoił. - Powiedział ochroniarz i ruszył do nich, gdy zauważył rozmowę.

- Nie mów mi, że mam się uspokoić. - Powiedział Justin, cały wrzał. - Albo przetnę twoją szyję na dwie części.

Ochroniarz wyciągnął dłoń po kajdanki przypięte do pętli na dżinsach, zmrużył oczy wpatrzony w Justina.

- Jeśli się nie uspokoisz, zatrzymam cię…

- Za co? - Justin zrobił krok w przód, jego twarz była teraz na wprost mężczyzny, gdy przechylił głowę na bok. - Hm? Za powiedzenie prawdy? Ponieważ obiecuję, że będę miał ręce wokół twojej szyi szybciej, niż ty mrugniesz.

- Jest w pokoju 110. - Przerwała pielęgniarka, przejeżdżając językiem po ustach. Uniosła dłoń, by uciszyć ochroniarza, który otworzył usta by się kłócić. Nie chciała być przyczyną walki, która mogła rozegrać się między tą dwójką.

Justin odwrócił się, by na nią spojrzeć i sztucznie się ukłonił, po czym spojrzał na mężczyznę przed nim. Ruszył przed siebie, by przejść przez podwójne drzwi, które prowadziły do innej części, większej od tej, w której właśnie był.

Był w swoim własnym, małym świecie, więc nawet nie zauważył, że chłopcy wreszcie dojechali, póki nie usłyszał ich głosów naciskających, że są braćmi Kelsey. Przebiegł przez kolejny zestaw drzwi, które prowadziły do kliniki nagłych przypadków dla tych, którzy zostali poważnie ranni. Serce podeszło mu do gardła.

Justin zniknął za rogiem, a jego serce zatrzymało się, gdy zauważył Carly stojącą ze skrzyżowanymi rękami na piersi. Wyglądała, jakby płakała godzinami. Jej oczy były przekrwione, nos miał czerwony odcień od pociągania i ocierania go.

To tak, jakby utknął w innym wymiarze i nie mógł zrozumieć, że to wszystko przytrafia się właśnie mu.

Gdy tylko Carly odwróciła się do niego, cała jego twarz odczuła jej wzrok.

- Justin. - Wyszeptała boleśnie, jej dolna warga zadrżała lekko, gdy spojrzała w jego oczy. Wiedziała, że się zatraci i on również miał wrażenie, że tak będzie.

- Gdzie ona jest?

- Justin…

- Carly. - Pokręcił głową. - Przestań i po prostu powiedz, gdzie jest.

Spojrzała na prawo, na pokój obok niej, po czym ponownie spojrzała na Justina, a on od razu ruszył do drzwi.

- Nie! - Zapłakała - Nie możesz tam wejść! - Zablokowała mu drogę, w jej oczach widać było błaganie, błaganie, by jej posłuchał, ale on zdecydował się nie zgadzać.

- Odsuń się. - Rozkazał.

- Ona nie jest tą samą osobą. - Próbowała wytłumaczyć. - Jeśli tam wejdziesz, nie zobaczysz osoby, której się spodziewasz. Będzie to ktoś kompletnie inny. Nie rób sobie tego. - Wyszeptała. - Nie chciałaby, byś ją widział w takim stanie.

Justin zacisnął szczękę, walcząc z chęcią krzyku. Nie chciał niczego poza tym, by okazało się to być okropnym żartem, żartem zorganizowanym przez Carly, by psychicznie go rozjebać i tak się na nim odegrać za całe to gówno, które zrobił. Jednak im dłużej stał patrząc na nią, tym bardziej zatracał się w rzeczywistości.

- Ona mnie potrzebuje. - Powiedział. - A ja potrzebuję jej i nic co powiesz czy zrobisz tego nie zmieni, więc mówię ostatni raz, zejdź mi z drogi. - Justin odepchnął ją i prawie potknął się, siłując się z klamką, zanim udało mu się ją obrócić i popchnąć drzwi.

Wszedł do pokoju i omal nie upadł na jej widok.

Parę przewodów było skrzyżowanych i wychodzących z każdej ważnej żyły w jej ciele, by powstrzymać ją od tracenia powietrza. Jej głowa było owinięta, a siniaki pokrywały każdy centymetr jej skóry. Szramy wyściełały ją jak weterana, który wrócił z wojny. Jej lewe oko było spuchnięte, a na jej dolnej wardze była rana, którą otrzymała podczas ciosu.

Stojąc tam, Justin wiedział co Carly miała na myśli, mówiąc o nierozpoznaniu jej ukochanej twarzy. Została pobita, jej ciało było pokryte siniakami, była ich tam niezliczona ilość i cudem było to, że w ogóle przeżyła taki atak.

Zakrztusił się, nie mając pojęcia co powiedzieć lub zrobić, nie mógł zapanować nad emocjami wypełniającymi jego ciało, gdy podszedł do łóżka na którym leżała i chwycił jej rękę. Ciepło jej dłoni do którego był przyzwyczajony, zastąpione było teraz przeraźliwym chłodem, łzy wypływały z jego oczu spływając po szorstkiej skórze.

Ze zwieszonymi już w dół ramionami, nikt nie odważył się wypowiedzieć choćby jednego słowa, kiedy stali w drzwiach, będąc świadkami jego załamania. Kręcąc głową, użył wolnej ręki by swobodnie pogładzić ją po policzku, a sam uciszał swoje jęki wierzchem dłoni. – Przepraszam. - Uciął w szepcie. – Tak bardzo cię przepraszam.

Opadając na krzesło stojące przy jej łóżku, zamknął jej dłoń w swoich i mocno przycisnął do ust po czym oparł na nich czoło. Podczas gdy tak siedział, wokół zapanowało milczenie, zastanawiał się jak mógł do tego dopuścić.

Nigdy nie zrozumie tego, jak mógł dopuścić by sprawy zaszły aż tak daleko. W końcu zaczynał niszczyć wszystkie otaczające go mury, życie do którego był tak przyzwyczajony powoli usuwało się w przeszłość, by mógł zacząć nowe, właśnie z nią, ale odmówiono mu tej szansy już po raz kolejny.

Słysząc ciche pukanie do drzwi, Justin nawet nie odwrócił od niej wzroku, gdy usłyszał za sobą czyjeś kroki. – Pan Bieber?

Kiedy nie zareagował, zaczął znowu.

– Jestem doktor Spinelli, będę zajmował się Kelsey tego wieczoru. Muszę pana poprosić o odsunięcie się na chwilę, byśmy mogli przeprowadzić kilka badań. Czy to będzie w porządku?

– Czy ona wyzdrowieje? – Wyszeptał.

– Będziemy się starać naj…

Nagle krzesło mocno zarysowało po podłodze, gdy Justin gwałtownie wstał, odwracając się i chwytając lekarza za kołnierz koszuli. – Nie będziecie próbować. Zrobicie to.

– Musi się pan uspokoić…

Odpychając go, Justin patrzył z wściekłością w oczach na mężczyznę, który próbował utrzymać równowagę niemalże uderzając w ścianę. – Nie. – Ostrzegł. – Mów mi co mam robić. Lepiej wykonuj swoją pieprzoną robotę i uratuj ją.

– Justin, chłopie. – Zainterweniował John, zdając sobie sprawę, że była to trudna sytuacja, ale wiedział też, że Justin nie chciałby zostać wyrzucony stąd przez takie zachowanie. – Nie.

– Zamknij, kurwa, ryj. – Odpowiedział ostro. – Nikt cię, kurwa, o nic nie pytał.

– To jest szpital, panie Bieber i tak jak od wszystkich innych, wymagamy od odwiedzających zachowania spokoju, a jeśli pan tego nie zrobi, będziemy zmuszeni pana stąd wyprosić.

– Wiesz jak to jest? – Zapytał. – Czuć się jakbyś, kurwa, tonął i nie mógł złapać oddechu? Jakby całe twoje życie zostało ci wyrwane i bez końca spadał w ciemną dziurę? – Odwracając się, spojrzał na Kelsey i potrząsnął głową. – Ta dziewczyna, właśnie tutaj, jest dla mnie wszystkim. Rozumiesz to? Bo wydaje mi się, że chyba raczej nie do końca. – Przeczesał włosy dłonią i pociągnął za ich końce. – Byłem tutaj niezliczoną ilość razy, bo zasłużyłem by się tu znaleźć, bo robiłem rzeczy przez które tu trafiałem, ale ona? Ona na to nie zasłużyła. – Powiedział jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

– To ja zasłużyłem by tutaj leżeć. – Wskazał na siebie. – Ja. Ona się o to nie prosiła. Ona tego nie chciała, ale wciąż, kurwa, trzymała się blisko i nie mam pojęcia dlaczego to robiła.

– Justin, może zaczerpniemy trochę powietrza? – Bruce wskazał na drzwi i skinął ręką aby podszedł.

– Nie. – Wypuścił oddech, jego wzrok coraz bardziej się rozmazywał gdy długo i dokładnie wpatrywał się w siniaki okalające jej ciało, skórę którą wcześniej całował, którą miał bronić jak swoją własną. – Spieprzyłem ją. Tak bardzo ją zniszczyłem i teraz nie ma od tego odwrotu.

Wyciągając rękę, by chwycić jego ramię, Bruce’a zaskoczył jego nagły wybuch.

– Nie dotykaj mnie! – Przeraźliwie i z całych swoich sił krzyknął Justin, łamiąc serca wszystkich osób znajdujących się w pomieszczeniu.

Cisza.

– Mieliśmy być szczęśliwi, wiesz? – Wyszeptał, gdy po raz kolejny spojrzał na jej twarz. – My, w końcu mieliśmy być szczęśliwi.

Zaskoczony pierwszym szlochem, który wypełnił powietrze, Bruce stał oniemiały, patrząc na rozgrywaną przed nim scenę.

Z ramionami dygocącymi gwałtowanie od wszystkich emocji krążących po całym ciele, Justin załamał się i padł na kolana.

Wiedząc, że musi to z siebie wyrzucić, Bruce wskazał wszystkim, aby wyszli, z szacunkiem spoglądając na lekarza, szepcząc, że potrzebuje tylko minuty, zanim w końcu się zgodził.

- Minuta i ani sekundy więcej. - Przerwał. - Jeśli będziemy czekać dłużej, tylko bardziej będzie ją boleć.

- Zniszczyłem ją… Tak bardzo ją zniszczyłem. - Kręcąc głową, Justin zakrztusił się śliną, po czym ciężko przełknął, chcąc odrzucić ból głowy, ale tak jak jego serce, nie chciał odejść.

- Posłuchaj mnie. - Bruce zaakcentował, klękając przed nim. - Ona nie chciałaby, żebyś to robił.

- Nic tego nie naprawi. - Odpowiedział bez emocji, jakby był w zupełnie innym świecie.

- Justin? - Potrząsając nim, Bruce zmarszczył brwi, uświadamiając sobie co się dzieje. - Justin. - Wykrzyczał szeptem, zwracając jego uwagę.

Z czerwonymi oczami, Justin pociągnął nosem jak małe dziecko. - Tak?

- Chodź stary, pozwól wykonywać lekarzom swoją pracę… - Wymamrotał, wstając i pociągając go ze sobą, po czym wyszli razem, pozostawiając lekarzom wolną rękę.

Stojąc tam i czekając na informacje o stanie zdrowia Kelsey, za rogiem słychać było zamieszanie, gdy pojawiła się wzburzona i zdenerwowana para, wyglądająca jakby nie spali od wielu dni i właśnie kazano im się obudzić.

Ze skrzyżowanymi rękoma, Justin nie wysilił się, aby zauważyć ich obecność, skupiając wzrok na drzwiach, które były teraz zamknięte, oddzielając ich od wszystkiego, co działo się w tamtym pokoju.

- Cholera. - Carly przeklęła pod nosem.

Zaciekawiony odwrócił się, zauważając rodziców Kelsey idących w ich stronę, z Dennisem, który po chwili do nich dołączył. Zaciskając wargi, wziął głęboki wdech, nie widział ich od bardzo dawna. - Ja pierdolę.

Biorąc na swoją odpowiedzialność rozpoczęcie rozmowy, aby nie rozpętać wojny, Carly ominęła chłopaków. - Dzień dobry panie i pani Jones. - Powitała ich z małym uśmiechem, który maskował ewidentny smutek.

- Oh skarbie. - Oplatając ręce wokół jej szyi, mama Kelsey o mało co nie wycisnęła z niej całego powietrza. - Jak ona się czuje? Wszystko w porządku?

- Jeszcze nie wiemy. - Carly wyszeptała, gdy jeszcze raz ją przytuliła, po czym odsunęła się i wsadziła kosmyk jej włosów za ucho. - Ciągle robią testy.

- Jak długo to potrwa? - Tata Kelsey przerwał zniecierpliwiony - jak każdy ojciec, który znalazłby się w takiej sytuacji.

- James. - Upomniała go, posyłając znaczące spojrzenie.

- Maria. - Odpłacił się tym samym tonem.

Kręcąc głową i w osłupieniu zaciskając usta, zmarszczyła czoło w ewidentnym gniewie, po czym odwróciła się, zauważając Bruce'a wraz z resztą stojących tuż obok. - A kim są ci dżentelmeni?

Nie zajęło długo, gdy para przyjrzała się każdemu z grupy, zanim ich wzrok skupił się na Justinie.

Zamarł pod ich intensywnym spojrzeniem, na co na ustach Jamesa pojawił się oburzony grymas. - To nie są dżentelmeni skarbie. - Warknął. - Oni są potworami.

- Wystarczy James. - Zirytowała się Maria. - Rozmawialiśmy o tym.

- Rozmawialiśmy również o utrzymaniu bezpieczeństwa naszej córki, ale spójrz co z tego wyszło.

Gryząc się w język, zamrugała kilka razy, powstrzymując łzy, które starały się wydostać i wymusiła uśmiech, unosząc brwi i kontynuując pytanie.

- To jest mój chłopak, John. - Carly cicho go przedstawiła, gdy oplótł ręką jej ramiona i przyciągnął do siebie, składając pocałunek na czubku jej głowy.

- Jesteś z nimi związana? - James lekko się zaśmiał. - Teraz wiem od kogo moja córka bierze złe pomysły.

- Przepraszam? - Uniosła brwi.

- Oczekiwałem od ciebie więcej, młoda damo.

- Bez obrazy, ale nie jest pan moim ojcem. - Odgryzła się.

- Oh? - Przekrzywił głowę na bok - Więc gdzie on jest?

- James! - Maria wrzasnęła w szoku na ostre słowa męża.

- Ty sukinsynu. - John warknął, robiąc krok do przodu, gdy Carly powstrzymała go, kładąc dłonie na jego torsie.

- Przestań. - Syknęła - Nie tutaj, dobrze?

- Nie rób tego. Wszystko ze mną w porządku. - Zapewniła.

Gdy spojrzał na nią w dół, kiwnęła głową na potwierdzenie, mimo że jej spojrzenie podpowiadało mu inaczej. - Przyrzekam.

Zaciskając mocno zęby, rzucił twardym spojrzeniem na ojca Kelsey, gdy tamten ponownie na niego popatrzył, nigdy nie poddawał się w walce, w której własnie brali udział, w grze, w której przegra ten, kto pierwszy odwróci wzrok.

Jednakże nie minęło zbyt długo, gdy drzwi otworzyły się i wyszedł doktor, klikając swoim długopisem, a później wkładając go do kieszeni swojego kitla.

- Co z nią? - Wszyscy zapytali jednocześnie.

Patrząc w górę, prawie się cofnął z powodu ogromnej ilości osób stłoczonych na korytarzu, gdy chwilę wcześniej nie było tu prawie nikogo. - Dzień dobry. Nie sądzę, żebyśmy się spotkali. - Wyciągnął swoją rękę, a Maria i James, potrząsnęli nią. - Jestem doktor Spinelli.

- Maria, matka Kelsey, a to jest jej ojciec, James. - Wskazała obok siebie, gdy mężczyzna podszedł bliżej, jakby to miało chociaż w najmniejszym stopniu pomóc w lepszych wynikach jej córki.

- Czy jest z nią w porządku? - Spróbował jeszcze raz Justin, jego oczy były szeroko otwarte z desperacji.

Nie wiedząc dokładnie, jak podejść do tej sprawy, lekarz przełknął ślinę, patrząc na wszystkich, zanim rozłożył kartę w swoim dłoniach, czyniąc oczywistym, że jego wiadomości nie będą dobre.

- Doznała poważnego urazu głowy, który spowodował zmiany w jej mózgu, powodując że naczynia krwionośne i włókna nerwowe rozerwały się, od razu powodując obrzęk. - Przerywając na chwile, by wszystko do nich dotarło, kontynuował. - Obrzęk uciska na naczynia krwionośne, blokując przepływ krwi i tlenu do mózgu, i właśnie przez to, popadła w głęboką śpiączkę.

Wszyscy mocno zaczerpnęli powietrze.

- Wszystko zależy od niej, czy się obudzi czy nie. Najczęściej nie zabiera to więcej niż od dwóch do czterech tygodni, zanim zdecydujemy się oświadczyć śmierć mózgową albo stan wegetacji.

- Ale wszystko będzie z nią w porządku, prawda? - Chciał dowiedzieć się Dennis, zza ramiona swojego ojca.

- W tym rzecz, wszystko zależy do niej. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by pomóc jej utrzymać się w komfortowych warunkach i to jest wszystko, co możemy teraz zrobić. Przepraszam. - Spuścił swoją głowę w kondolencjach. - Damy znać, jeśli pojawi się coś nowego.

Wpadając w szloch, Maria odwróciła się, by rozpłakać się w ramionach męża, gdy on stał wyprostowany i zszokowany.

Carly płakała w pierś Johna, gdy on kojąco masował ją po plecach, a łzy podchodziły do jego oczu, na samą myśl, że mogła tego nie przeżyć.

Trzymając swoją głowę w dłoniach, Marco popatrzył na wszystkich, a potem zamknął oczy, starając się uspokoić, zanim zatracił się, tak jak wszyscy pozostali, Marcus stał w pewnej odległości od nich, bezmyślnie wpatrując się w ścianę.

- Nie. - Powiedział Justin.

Odwracając się do niego, oczy Bruce'a strasznie posmutniały, gdy zaczął ostrożnie podchodzić do młodszego mężczyzny. - Wyjdzie z tego.

- NIE! - Warknął, gdy odwrócił się, robiąc pięścią dziurę w ścianie za sobą, gdy upadł na ziemię, a Bruce starał się go ponownie podnieść.

I tak po prostu, nagle dusząca cisza zamieniła się w chaos.

- To wszystko twoja wina. - Krzyknął Dennis. - Więc nawet nie próbuj zachowywać się tak, jakbyś nie wiedział, że to nadchodzi.

Odwracając swoją głowę w prawo, twarz Justina była pełna bólu i wyczerpania, spodziewał się takiej reakcji, ale ciągle miał nadzieję, że nie będzie musiał tego słuchać.

Wpatrując się w swojego syna w szoku, James stał cicho i obserwował, zaskoczony, że nie był jednym, który tak myślał, gdy Maria zastanawiała się czy powinna zainterweniować, ale tak jak każdy inny człowiek, miał prawo wyrazić swoją opinię - nawet jeśli ona do końca się z nią nie zgadzała.

- Musisz zrozumieć… - Zaczął Justin, ale on szybko mu przerwał.

- Nic nie muszę rozumieć! To wszystko jest oczywiste. Jesteś potworem. - Wyszeptał z niesmakiem do samego siebie, że zaufał mu tak dawno temu. - Mój tato miał rację.

Serce Justina złamało się na dźwięk słów, które padły z jego ust. - Den…

- Obiecałeś mi! - Płakał Dennis, złość przebiegała przez jego ciało, coś, czego nikt nigdy nie widział w tym młodym chłopaku.

- Proszę. - Błagał, zdesperowany, by ktoś go wysłuchał.

- Powiedziałeś, że to się nie wydarzy. - Mówił dalej. - Obiecałeś, że zapewnisz jej bezpieczeństwo, a ja ci uwierzyłem. - Jego zapłakane oczy spotkały jego w niedowierzaniu. - Zaufałem ci… Ja, broniłem cię.

- Wiem i przepraszam. - Wyszeptał, złamanym głosem, ale Dennis nie słuchał. Już nie.

- Przestań. - Powiedział przez zaciśnięte zęby. - Nic, co powiesz, tego nie naprawi.

- Myślisz, że tego nie wiem? - Odezwał się Justin w usprawiedliwieniu siebie i swoich wyborów. - Myślisz, że nie wiem, że nie mogę tego naprawić? - Warknął.

- Dennis. - Carly sięgnęła do niego, próbując uspokoić chłopaka, zanim wyrwał swoją rękę.

Ciągle nikt z nich nie rozumiał tego życia, a ona nie miała zamiaru stać tutaj i pozwolić Justinowi, by znowu sobie o nim przypominał.

- Przestań! - Ryknął. - Nie jestem już małym dzieckiem, Carly. - Wysyczał. - Nie możesz niczego polepszyć, biorąc mnie w ramiona i mówiąc mi, że będzie dobrze, bo obydwoje wiemy, że to kupa gówna.

- Daj spokój, dzieciaku… - Zaczął Marco, ale chłopak szybko mu przerwał, swoim ostrym głosem.

- Moja siostra, właśnie w tym momencie, walczy o swoje życie! - Krzyknął, jego twarz była cała czerwona z powodu ogromnej furii, którą czuł do każdego w tym pomieszczeniu - nawet do swoich rodziców. - Więc nie dzieciakuj mi tu, dupku!

- Dennis kochanie. - Cicho wyszeptała Maria, gdy podeszła do niego, stając za nim i kojąco masując jego ramiona. - Dlaczego nie wejdziesz do środka i nie porozmawiasz z Kelsey, co? Jestem pewna, że będzie ucieszona, że cię usłyszy.

Nagle jego uszy ożywiły się w zainteresowaniu, gdy powoli odwrócił się, z rozszerzonymi oczami. - Myślisz, że mnie usłyszy?

- Może nie jest w stanie odpowiedzieć, ale jestem prawie pewna, że cię usłyszy.

Skinąwszy głową, rzucił spojrzenie Justinowi, zanim minął go i wszedł do pokoju.

Prostując się, kobieta odwróciła się do niego, gdy skinęła w kierunku korytarza. - Myślę, że powinniśmy porozmawiać.

Zgadzając się w ciszy, westchnął, wiedząc, że nie może już tego dłużej unikać. Ta rozmowa musiała się odbyć, a on już przygotował sam siebie, by przyjąć każde przekleństwo.

- Maria. - James chwycił jej dłoń. - Nie sądzę, że to dobry pomysł.

- Nie martw się. - Powiedziała, odpychając go i dając mu buziaka w policzek. - Idź, uspokój Dennisa. Wrócę za sekundę.

Pomimo, że nie chciał robić tego, co mu powiedziała, zniknął w odosobnieniu pokoju córki.

Prowadząc go do małej kawiarni, usiadła na krześle obok automatów z napojami, chcąc by Justin poszedł za jej przykładem.

Opadając na puste krzesło obok niej, Justin przełknął głośno ślinę, ciągle unikając jej wzroku, nie będąc w stanie znieść jej rozczarowania.

- Starałem się, żeby wszystko było z nią w porządku, wiesz. - Złamał się pierwszy, gdy ona już otwierała buzię by coś powiedzieć.

Patrząc na niego, milczała, czekając, by usłyszeć, co jeszcze miał do powiedzenia.

- Przysięgam, że próbowałem. Nie chciałem niczego bardziej niż dania jej wszystkiego, czego kiedykolwiek chciała. - Jego wizja zamazała się, gdy mrugał, patrząc w podłogę, a cicha łza spadła na jego buty.

- Justin…

- To się nie miało zdarzyć. Oddałem to, oddałem to wszystko tylko dla niej.

- Justin…

- A teraz, ona jest tutaj, walcząc o swoje życie, przeze mnie.

- Kochanie. - Sięgnęła, by chwycić jego dłoń. - To nie twoja wina.

- Jak możesz tak mówić? - Powiedział ostro, a jego oczy spotkały jej. - Twoja córka narażona jest na niebezpieczeństwo, przeze mnie! To wszystko się stało, bo była moja!

Pokręciła głową, trzymając mocniej jego rękę. - Nie o to mi chodziło. Posłuchaj, to co robisz w życiu, czy to jest złe? Bardzo. Z bardzo wielu względów, ale czy wiedziałeś, że to się wydarzy?

Gdy nic nie odpowiedział, chwyciła jego twarz, zmuszając go, by na nią spojrzał. - Wiedziałeś?

- Nie. - Odpowiedział, zdziwiony, że w ogóle go o to spytała.

- Dokładnie. Nie będę cię usprawiedliwiać, to oczywiste, że większość przyczyn, z powodu których moja córka znajduje się tutaj jest powiązana z tobą, ale nie prosiłeś się o to. Nikt z nas się o to nie prosił.

- Powinienem zostawić ją w spokoju. - Wyszeptał. - Tej nocy, gdy ona… gdy ją spotkałem. Po prostu powinienem ją zostawić w spokoju, ale byłem samolubny i egocentryczny, i martwiłem się tylko o siebie. Nie myślałem o konsekwencjach. Nie pomyślałem nawet, że mógłbym się w niej zakochać.

- Ale zakochałeś się. - Poklepała delikatnie jego dłoń.

- Tak, zakochałem się. - Powtórzył z delikatną drwiną niedowierzania w sobie. - I wtedy, myślałem, że to najlepsza rzecz, jaka mi się mogła przydarzyć - Ona była najlepszą rzeczą, która mi się przydarzyła… - Patrząc na swoje złączone palce, zamknął oczy i wyobraził sobie jej piękny uśmiech, jednak on szybko zniknął. - Ale teraz, kiedy patrzę na to wszystko. - Podniósł wzrok, wpatrując się w ścianę naprzeciwko, której stał. - I na te wszystkie znaki, które już teraz znam.

- Gdy po raz pierwszy została zraniona przeze mnie, powinienem był wiedzieć, by przestać, że to wszystko zajdzie za daleko, ale moja duma stała mi na drodze i odmawiała by się poddać, bo to nie było fair. Dlaczego miałem znowu cierpieć z powodu miłości? Dlaczego miałem dostawać kopa od wszystkich ludzi na świecie? - Zaśmiał się bez humoru do siebie, pokręcił głową, już chyba po raz setny tej nocy. - A potem zorientowałem się, że ludzie tacy jak ja, nie zasługują na szczęśliwie zakończenie.

- Ten świat ma śmieszne sposoby na to, by się nam odpłacić, ale my nie możemy pokazać mu, że upadamy. - Objęła kojąco ramieniem jego sylwetkę, delikatnie kładąc swój podbródek na jego ramieniu.

- Tak… - Przyglądając się jej, oblizał swoje usta, marszcząc się. - Dlaczego mnie nie nienawidzisz?

- Uczyniłeś moją córkę szczęśliwszą, niż kiedykolwiek widziałam. Jak niby mogłabym cię za to nienawidzić?

Po godzinie rozmowy, Maria dołączyła do swojego męża i syna w pokoju Kelsey, by spędzić trochę czasu ze swoją córką, by upewnić ją, że będą tutaj i nie opuszczą jej boku.

Gdy tylko zobaczyła jej rany, otoczyła ją jak tarczą, jej macierzyński instynkt zawładnął nią całą, gdy łkała niekontrolowanie w jej ramię, płacząc nad swoim dzieckiem, ciągle i ciągle, tak jakby jej łzy mogły uleczyć rany na jej ciele - jednak nie mogły tego zrobić.

Nie minęło dużo czasu, gdy zmusili wszystkich do wyjścia, oprócz Justina, gdyż Maria zażądała od lekarzy, by pozwolili mu zostać, wbrew niezadowoleniu męża.

Stojąc na zewnątrz pokoju, z dłońmi głęboko wsuniętymi w kieszenie jego jeansów, patrzył przez szybę, pomiędzy szczelinami w żaluzjach, obserwując, jak Maria schyla się i zakłada włosy Kelsey za jej ucho, śpiewając kołysanki.

Siedząc na krześle, Dennis zasnął, ciągle trzymając dłoń Kelsey, gdy James obserwował, jak jego żona śpiewa jego córce.

Odwracając się z powodu cienia, które padło przez mały otwór w żaluzjach przesunął się, by zobaczyć Justina stojącego na zewnątrz i od razu krew zamarzła w jego żyłach. Podchodząc bliżej, jego oczy spotkały Justina, a płonęły one czystym ogniem - ogniem, który nigdy się nie wypali, jego szczęka zacisnęła się w furii z nienawiści, którą czuł do tego młodego mężczyzny, w którym zakochała się Kelsey.

Chwytając mały haczyk blisko prawej strony, który był przeznaczony do zakrycia okna, przekręcił go, uniemożliwiając komukolwiek oglądanie ich z zewnątrz, specjalnie upewnił się, że Justin nie znajdzie sposobu na patrzenie na jego córkę.

Spodziewając się tej reakcji, kobieta ostrzegała go, przed wściekłością swojego własnego męża, której własnie doświadczał, jednak zapewniała go, że niedługo mu to przejdzie, Justin odwrócił się.

Nie chcąc powodować jeszcze większych scen, których i tak już tutaj doświadczyli, chwycił krzesło i usiadł na nim, marząc o śnie, który pochłonie go całego albo jego myśli w końcu zjedzą go żywcem, gdy już nie będzie mógł z nimi walczyć i zemdleje.

I tak, był przyzwyczajony do koszmarów, przez swoje dorastanie i nie było to dla niego za dużym zaskoczeniem, gdy rzucał się i przewracał na krześle, gdy śniła mu się noc, krzyczał do Kelsey, gdy para mężczyzn odciągała ją w ciemność, a ona tylko krzyczała jego imię, błagając go, by ją uratował.

I nie ważne, co robił, nie był w stanie jej złapać.
__________________________________________________
Wodospad łez!

Tak od autorki, w drodze wyjaśnienia Kelsey jest w śpiączce, nie może się ruszać, czy mówić, ale ciągle żyje. Sam, początek (kursywa) to sen Justina, który miał na końcu rozdziału.

Do następnego!
D,K,J,N. xox

Things We Lost In The Fire- rozdział piąty

Od autorki: Rozdział jest naprawdę długi, mam nadzieję, że będziecie zadowoleni. Za każdą opinię z góry dziękuję:) 

———————–

Rozdział piąty:

Październik 2014r – Australia

Chłopcy wysiedli z samochodu, który podjechał pod arenę, na której odbyć się miał dzisiejszy koncert. Niall wyskoczył z niego  w podskokach i trzymając piłkę pod pachą, ruszył w stronę pustego placu.  Po chwili dołączył do niego Louis. Za nimi wolnym krokiem dreptała pozostała trójka, która nie miała tyle energii co dwójka ich przyjaciół, biegających za piłką. Po drodze musieli zatrzymać się dwa razy z powodu mdłości Harry’ego, czego nie omieszkał skomentować Louis, głośno wyrażając swoje zdanie na temat loczka. Atmosfera w zespole od kilku dni nie należała do najlepszych, i Harry doskonale zdawał sobie sprawę, że to jego wina. Miał wyrzuty sumienia patrząc, jak wszyscy zmieniają swoje plany dla niego. Jego samopoczucie z dnia na dzień stawało się coraz gorsze, a czekały go koncerty w Australii, na których musiał dać z siebie wszystko, dla swoich fanów, których nie mógł zawieść.

- Chodźcie piłkarzyki – zawołał do przyjaciół Zayn, przywołując ich machnięciem ręki.

- Co się tak spieszysz Malik?  - zapytał Lou – i tak nie czeka tam na ciebie żadna tajemnicza nieznajoma. Chyba, że przyjechała Perrie i nic nam nie powiedziałeś.

Zayn zerknął na Nialla, którego uśmiech lekko przygasł. Chłopak wiedział, że blondyn nie przepadał za jego udawaną dziewczyną.

- Czyli zgadłem? – z transu wyrwał go głos Louisa – zapowiada się przyjemny wieczór – dodał Lou poruszając brwiami w charakterystyczny sposób.

- Daj spokój Louis, ok? – odparł Zayn mając dość głupiej gadki Tomlinsona – nikogo tu nie ma i niech w końcu dotrze do twego pustego łba, że ja z nią chodzę pod publikę, dla prasy kretynie a nie naprawdę, a teraz zabieraj swój tyłek do środka. – powiedział Mulat i nie patrząc na zaskoczonego jego wybuchem Nialla i nadal pewnego siebie Louisa wszedł do środka, kierując się wprost na arenę.

Harry spojrzał na swoich przyjaciół, którzy z radością rozglądali się po arenie. Cieszył się widząc uśmiech na ich twarzach, miał dość ich wiecznie zmartwionych spojrzeń. Wystarczyło mu, że po zebraniu zarządu na którym się nie pojawił, wrócili wściekli i próbowali to przed nim ukryć. Nie miał pojęcia co się tam wydarzyło, ale Niall nigdy na tak długi czas nie zamykał się w swoim pokoju, izolując się od wszystkich. Nawet od Zayna, który próbował z nim porozmawiać i stał pod jego drzwiami dobijając się do nich. Styles naprawdę miał nadzieję, że teraz gdy powrócili na trasę wszystko wróci do normy i wszystko będzie tak jak dawniej, a przynajmniej podobnie. Rozejrzał się dookoła, zauważając jak ogromne jest to miejsce. Jak zwykle sprzedali wszystkie bilety i na widowni zasiądzie komplet osób. Normalnie byłby tym podekscytowany, niestety teraz nie miał na nic siły, a już szczególnie na koncert przed tysiącami osób.

Skierował się do garderoby i opadł na jedno z krzeseł ustawionych naprzeciwko lustra. Przyjrzał się swojemu odbiciu. Wpatrywał się w niego zmęczony chłopak z podkrążonymi oczami i bladą skórą. Jeśli fani nie dostrzegą, że coś jest nie tak, to naprawdę będą ślepi –pomyślał. Usłyszał hałas dochodzący z zewnątrz i po chwili do środki wparowała reszta osób.

- Jak się czujesz Harry? – Niall przysiadł się obok loczka i zmartwiony wpatrywał się 
w przyjaciela.

- Dobrze Ni, przecież nie jestem chory, nie przejmuj się tak. Nic mi nie jest, naprawdę. – Tłumaczył się Styles widząc spojrzenie Irlandczyka, który mu nie dowierzał.

- Gdybyś źle się poczuł to przyjdziesz mi powiedzieć tak?

- Tak.

- Albo gdyby coś było z fasolką?

- Tak Niall – przytaknął Hazz.

- Jeżeli będziesz głodny czy coś to…

- To powiem o tym tobie! – loczek przerwał blondynowi z zniecierpliwieniem w głosie.

- Dobrze, ale pamiętaj.

- Zayn możesz tu przyjść i zająć się Niallem, bo zaraz  mu przywalę – krzyknął Harry szukając Malika wzrokiem. Miał dość tak marudzącego Horana, chciał trochę spokoju a nie sto pytań od Nialla.

- Ja się tylko troszczę Harry… o ciebie i fasolkę… nie denerwuj się, nie możesz w swoim stanie… - wyjąkał czerwony na twarzy blondyn.

- Chodź tu tatuśku chrzestny i nie męcz tak Harry’ego, bo obawiam się, że on aktualnie jest w stanie czymś w ciebie rzucić. – Zayn podszedł do nich i otoczył talię blondyna swoim ramieniem, lekko go do siebie przyciągając.

- Ale Zi ja się martwię o…

- Tak wiem, martwisz się o fasolkę i Harry’ego, ale daj im trochę swobody i odpoczynku. Wydaje mi się, że Harry wie najlepiej z nas wszystkich jak czuje się fasolka. Chodź mały – pociągnął Nialla w swoją stronę.

- Dobrze. Ale Hazz gdyby coś…

- To będziesz pierwszym, którego zawołam, a teraz spadaj i nie rozmawiajmy tu o fasolce bo jeszcze ktoś usłyszy. – Styles poklepał przyjaciela po plecach i popchnął dając mu znak, że ma sobie iść.

- A co nie chcesz aby się dowiedzieli, jakim potworem jesteś? Chłopak w ciąży, widział ktoś taki wybryk natury – zaśmiał się Louis.

- Lepiej stąd wyjdź bo rozszarpię cię na strzępy – wypalił Niall podchodząc do Tomlinsona i zaciskając dłonie w pięści. Został zatrzymany przez rękę otaczającą jego ramię.

- Przestań Ni, nie warto.

- Zayn ma rację – Niall usłyszał cichy głos Harry’ego.

- Hazz, ale on cię obraża na każdym kroku i… dzidziusia też.

- Jeżeli chce to niech to robi – Harry wzruszył ramionami próbując tym gestem pokazać, że to wcale go nie rusza, chodź jego serce krwawiło za każdym razem gdy Lou otwierał swoje usta w jego kierunku.

- Spróbuj jeszcze raz go obrazić w moim towarzystwie a pożałujesz każdego wypowiedzianego słowa – powiedział Niall ostrzegawczym tonem w stronę Tomlinsona, który jak zawsze był bardziej zainteresowany swoim telefonem niż tym co działo się wokoło niego.

- To groźba blondyn? – zapytał z drwiną Louis.

- Tylko ostrzeżenie Tomlinson, pilnuj swojej niewyparzonej gęby. – po tych słowach zakrył usta dłonią i podszedł do Harry’ego, klęknął przy nim i powiedział do brzucha – przepraszam fasolko, wujek już nie będzie tak brzydko mówił, przepraszam.

- Jesteś takim pieprzonym bachorem Niall – powiedział Louis patrząc na zamieszczony obrazek przed nim. Niall nie podnosząc się z kolan odwrócił się do chłopaka.

- Wyjdź stad, nie mogę cie już słuchać.

- I tak miałem iść pod prysznic, na razie dzieciaki.

Harry przymknął powieki i oparł się wygodnie, kładąc swoje duże dłonie na brzuchu. Może mu się wydawało albo wmówił to sobie, ale zaczynał czuć zaokrąglenie pod koszulką. Delikatne i ledwo wyczuwalne ale było. Pogłaskał delikatnie brzuszek zastanawiając się jak to będzie gdy poczuje pierwszy ruch i kopnięcie maleństwa. Uśmiech pojawił się na jego twarzy na samą myśl o tym wydarzeniu.

***

W garderobie na kanapie Zayn i Niall obserwowali z daleka zachowanie Loczka. Blondyn z błyszczącymi z ekscytacji oczami i szerokim uśmiechem wpatrywał się w każdy ruch dłoni przyjaciela.

- Zayn?

- Hmmm…

- Myślisz, że Harry sobie poradzi?

- Wydaje mi się, że z naszej piątki to właśnie Harry jest tym, który najlepiej radzi sobie z dziwnymi sytuacjami. Da radę, jestem tego pewien.

- Pomożemy mu prawda? – Irlandczyk oparł głowę na ramieniu Zayna.

- Oczywiście, że tak. We wszystkim, oprócz przewijania. Od tego będę trzymał się z daleka – zaśmiał się widząc zszokowaną minę Nialla.

- O tym nie pomyślałem, chyba musze zadzwonić do brata i popytać co i jak w tych sprawach.

- Uważaj bo jeszcze pomyśli, że będziesz ojcem – ostrzegł go Zayn całując blondyna w czoło i wstając z kanapy.

- Ojcem chrzestnym! – krzyknął za nim Niall, myśląc w głowie, że nigdy nie będzie biologicznym ojcem, ponieważ jedyną osobą, z którą chce mieć dziecko jest Zayn.

Liam, który do tej pory stał w koncie i przyglądał się przyjaciołom, odchrząknął zwracając na siebie uwagę.

- Harry czujesz się dobrze?

- Tak Li, jest ok.

- Dobrze, więc proszę was przygotujmy się do tego koncertu, który jest za godzinę, bo jesteśmy w rozsypce – powiedział Liam z błaganiem w głosie.

Cała trójka, która pozostała w pokoju wybuchła śmiechem widząc wyraz twarzy Liama, na której malowało się zmartwienie i determinacja.

- Nie śmiejcie się tylko ruszcie wreszcie swoje cztery litery głupki.

- Liam słownictwo – krzyknął Niall

- Ochh przestań w końcu świrować, bo zaczynam się czuć jakbyś to ty był w ciąży a nie ja. – zaśmiał się Harry wstając z krzesła – idę się przebrać  i Lou musi zrobić coś z moimi lokami – mruknął przeczesując swoje włosy palcami.

- Idę z tobą a wy… – Liam zwrócił się do Nialla i Zayna – macie być gotowi jak wrócę, bo jeśli nie to wyjdziecie na scenę w tym co aktualnie macie na sobie.

***

Koncert powoli zbliżał się do końca gdy Harry to poczuł. Spojrzał na Nilla, który w tym momencie wygłupiał się z chłopakami nie widząc wzroku Harry’ego. Wiedział, że tym razem to coś więcej niż mdłości i musi jak najszybciej zejść ze sceny. Szybkim krokiem wycofał się widząc spojrzenia fanów, i ich telefony nakierowane prosto na niego. Zasłonił usta dłonią 
i zniknął za kulisami, starając się jak najszybciej dotrzeć do toalety. Zgiął się w pół i zwymiotował na posadzkę, brudząc wszystko dookoła. Klęczał, a gwałtowne i silne torsje wstrząsały jego kruchym ciałem. Kontem oka dostrzegł kogoś stojącego obok niego. Kiedy żołądek mu na to pozwolił podniósł głowę i dostrzegł Paula, który z troską przyglądał się jego poczynaniom. Usiadł i oparł głowę o ścianę za nim ciężko oddychając i położył dłoń na swoim brzuchu. Był wycieńczony i nie miał siły się ruszyć.

- No maleństwo, musimy zawrzeć rozejm. Tatuś  musi występować. Rano możesz mi robić takie numery, ale wieczorem już nie dobrze? Zgadzasz się? – powiedział głaszcząc swój brzuch.

Ochroniarz pomógł mu wstać i podał butelkę wody, mocno go podtrzymując.

- Przykro mi, ale musisz wyjść na scenę. Została jeszcze jedna piosenka. Dasz radę?

- Jasne, już idę – westchnął ciężko, stawiając krok za krokiem.

***

Schodzili ze sceny machając do fanów i szeroko się uśmiechając. Gdy tylko zniknęli z oczu widowni Liam i Niall dopadli do loczka.

- Co się stało?

- Dobrze się czujesz?

- Dlaczego zbiegłeś ze sceny?

- Musisz się położyć!

- Coś z fasolką?

Pytał jeden przez drugiego przyglądając się młodszemu chłopakowi.

- Zamknijcie się proszę – wyjęczał cicho patrząc na nich błagalnie.

Szedł korytarzem by dotrzeć do garderoby, gdy dostrzegł kobietę, która sprzątała w miejscu w którym jego żołądek postanowił się zbuntować. Przyspieszył i stanął obok niej cały czerwony na twarzy, a jego oczy zaszkliły się. Niall stanął obok niego patrząc jak wargi Harry’ego drżą a usta układają się w podkówkę. Nie miał  pojęcia o co chodzi młodszemu. Jego zdziwienie osiągnęło maksymalny stopień gdy Hazz nagle przytulił straszą panią, wtulając się w nią mocno.

- J-Ja… ja tak bardzo panią przepraszam. N-nie chciałem tu zwymiotować, a-a pani musi tu teraz sprzątać – wyszlochał jąkając się i mocno trzymając zszokowaną kobietę w ramionach.

- Och nic się nie stało, nie płacz – pogłaskała go po włosach i odsunęła od siebie wracając do pracy.

- Chodź Hazz – Niall chwycił jego ramię, odciągając chłopca od obcej kobiety.

- Przepraszam – powiedział cicho loczek.

Blondyn wprowadził go do garderoby i posadził go w fotelu kucając przed nim.

- Co to było mały i dlaczego płaczesz?

- B-bo ta m-miła pani m-musi przeze mnie t-tu sprzątać… j-ja n-nie chciałem Niall – rozpłakał się przytulając Horana, który mocno go objął.

- Ciiii Hazzz  - uspokajał go patrząc na resztę chłopaków, którzy obserwowali ich oniemiali. Ciszę przerwał Louis.

- Co on odpierdala?

- Ciii… już przestań płakać mały. Fasolka nie chciałaby abyś był smutny – Niall zignorował pytanie Tomlinsona, dalej pocieszając loczka.

- Co to za fasola? O czym on mówi? – zapytał Lou patrząc na Zayna stojącego obok.

- Ochh fasolka to dzidziuś Harry’ego. Nialler to wymyślił i się przyjęło. – wyjaśnił krótko Malik nie patrząc na szatyna.

- Jesteście wszyscy popierdoleni. Zachowujecie się tak jakby to coś – wskazał palcem Stylesa – było normalne. A przypomnę wam, że nie jest nawet w najmniejszym stopniu. W dodatku dziwię się, że Niall nie boi się go obejmować. Uważaj Ni bo pedał się jeszcze w tobie zakocha.

- Licz się ze słowami Louis – warknął Zayn i popchnął go w stronę drzwi – idź ochłonąć, zaraz do ciebie dołączymy.

- Hej Harry – Liam spojrzał na chłopca, który nadal chlipał dalej w koszulę Nialla – może skoczymy coś zjeść? Masz na coś ochotę?

Loczek spojrzał na niego zielonymi oczami pełnymi łez. Na jego twarzy pojawił się jednak delikatny uśmiech, a w policzkach dołeczki. Styles wyglądał jak urocze dziecko.

- W zasadzie jak teraz o tym wspomniałeś to poczułem się głodny.

- Świetnie! – krzyknął Niall – idziemy na kolację, fasolka musi coś zjeść. Na co mamy dziś ochotę tatusiu? – zerknął na loczka, który uśmiechał się szczęśliwie.

- Sam nie wiem, ale zjadłbym coś słodkiego, tak myślę… chociaż nie, chyba bardziej coś ostrego.

- To co jedziemy do jakiegoś Fast foodu czy cukierni? – Liam czekał na odpowiedź najmłodszego.

- Co?! – krzyk Nialla rozległ się po garderobie – żadnych Fast foodów, zwariowałeś Li?! Czym ty chcesz karmić fasolkę?! Harry musi jeść zdrowe pokarmy! Zjadłbyś jakąś sałatkę a może ryby? One są zdrowe jestem tego pewien.

- Naprawdę Horan? Skąd u ciebie taka wiedza? – zapytał Liam

- Przeczytałem – wyjaśnił krótko Niall, ciągle patrząc na Harry’ego.

- Nieważne, po prostu jedźmy już do hotelu. – zadecydował Harry wstając – nie chce mi się już jeść, wolę się wyspać.

- Jak sobie życzysz Harry – Liam wzruszył ramionami i skierował się za loczkiem do auta, w którym siedział już Lou.

Jechali od kilku minut kierując się w stronę hotelu gdy po aucie rozniósł się głos zielonookiego.

- Zjadłbym coś.

- Co za niezdecydowany facet – Liam potarł twarz dłońmi próbując być spokojnym.

- To te hormony – wyjaśnił Niall bawiąc się palcami Zayna – czyli co, jednak kolacja?

***

Zayn przesiadywał sam w hotelu, odpoczywając i uciekając przed wścibskim wzrokiem paparazzi. Jego przyjaciele nie mieli z tym problemów. Liam i Lou całe dnie spędzali na plaży surfując a Niall i Harry udawali, że znają się na golfie i pole golfowe stało się dla nich świętym miejscem. On wolał posiedzieć w samotności, rozkoszując się lenistwem, na które tak rzadko mogli sobie pozwolić. Hazz był dla niego jak brat ale Zayn miał powoli dość jego zmiennych humorów i zachcianek. Szybko można było dostrzec, że cała obsługa hotelowa zastanawia się co dzieje się z loczkiem, który był opryskliwy i marudny, by po chwili płakać cicho zwinięty w rogu sofy. Naprawdę Malik rozumiał ciążę, zmęczenie i hormony, o których ciągle przypominał mu Niall, ale tracił cierpliwość do Stylesa i jego zachowania. Wolał jednak zachowywać swoje myśli dla siebie. Co innego Louis, który w głośny i wyraźny sposób komentował każdy ruch loczka. Tak, do Tomlinsona, Zayn również tracił cierpliwość 
i ręce dosłownie świerzbiły go, by wstrząsnąć Louisem, przez którego Styles uciekał do swojego  pokoju, gdzie zwijał się w kłębek i wypłakiwał sobie oczy. Brunet przez cały czas głowił się z czym Lou ma tak naprawdę problem i niestety nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytanie.

Siedział na swoim łóżku w sowim pokoju hotelowym czekając na Nialla i Harry’ego, którzy po raz kolejny wybrali się na golfa gdy nagle drzwi do jego sypialni zostały otwarte i do środka wszedł blondyn ciągnąc za sobą zielonookiego. Spojrzał na twarz Irlandczyka i gwałtownie podniósł się ze swojego miejsca. Niall głośno płakał cały czas trzymając rękę loczka.

- Co się stało? – podszedł do nich, patrząc to na jednego to na drugiego – powie mi ktoś co tu się dzieje? Dlaczego płaczesz Ni? – objął go delikatnie, przyciągając jego drobne ciało do siebie – Co mu jest Hazz?

- Niall dramatyzuje jak zwykle. Uspokój go jakoś dobrze. Całą drogę powrotną szlochał. Pomóż mu ok? Ja idę się położyć, jestem zmęczony. Ni… ja i fasolka idziemy spać, proszę cię uspokój się, nic się nam nie stało – zwrócił się do Irlandczyka dając mu buziaka w czoło, po czym wyszedł zostawiając ich samych.

Zayn posadził blondyna na łóżku i usiadł obok niego, czekając aż ten się uspokoi.

- Co jest mały? – szepnął przysuwając się do niego i głaszcząc jego delikatne jak piórka włoski.

- Z-zayn… - zaczął jąkając się – m-my z H-Harym graliśmy w golfa… i… i j-ja s-skoczyłem na niego… i… - Zayn nie usłyszał już żadnego słowa bo skowyt Nialla uniemożliwił mówienie młodszemu.

- I co się później stało skarbie?

- H-Harry on mnie złapał… i… i m-my….

- Wy co? – Zayn zmarszczył brwi oczekując odpowiedzi

- M-My się przewróciliśmy, to znaczy… ja na Harry’ego i… Boże Zi… jeśli coś się stało fasolce… jeśli ja zrobiłem jej krzywdę, bo jestem takim idiotą…

- Ochh Ni, przecież Hazz mówił, że czuje się dobrze, nic mu nie jest, więc dziecku chyba nic się nie stało prawda?

- A jeżeli tak? On mnie znienawidzi, jestem taki głupi, nawet nie pomyślałem o fasolce.

- Chodź  tu mały i nie płacz, nikomu nic się nie stało – przeciągnął go tak, że Niall usadowił się na jego kolanach wtulając się w ciało starszego, cicho popłakując.

- Jesteś taki pocieszny Ni, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy jak  bardzo.

***

- Czy wy możecie to zrozumieć? To niewiarygodne – Liam siedział na dywanie w pokoju Zayna i z niedowierzaniem kręcił głową – ukradli mi bokserki, moje majtki, moje…

- Tak ukradli twoje gacie, wszyscy już to wiemy Liam, możesz zmienić temat – Lou leżał na łóżku Malika podrzucając swój telefon, który co chwilę spadał na materac.

- Ale to takie dziwne, musicie przyznać że to szaleństwo – kontynuował Payne nie zwracając uwagi na marudzenie Louisa.

- Tak Li jesteś jak gwiazda rocka, tylko że w ciebie nie rzucają bielizną tylko ci ją kradną – zaśmiał się Horan siedząc na jednym z foteli, na drugim z wyciągniętymi nogami rozwalony był Zayn. Śmiech przerwało wejście Harry’ego, który uśmiechnięty wszedł do pokoju z jedzeniem w rękach.

- Cześć – przywitał się z pełną buzią rozglądając się w poszukiwaniu  miejsca na którym mógłby usiąść. Widział łóżko ale Lou który tam siedział posłał mu kpiące spojrzenie. Niezdarnie opadł obok Liama rozkładając przed sobą jedzenie, wkładając jedną z kanapek do ust.

- Co ty jesz? – Zapytał Zayn marszcząc brwi.

- Kanapkę – powiedział Harry i wpakował sobie do ust kolejny kęs.

- To jest w ogóle jadalne? – dopytywał mulat krzywiąc się na zadowoloną minę młodszego, rozkoszującego się jedzeniem.

- Jasne, że tak. Chcesz?

- Nie dzięki, jednak zostanę przy tradycyjnym jedzeniu.

- A co z moim jest nie tak? – zapytał Harry podnosząc lekko głos.

- Harry tylko się nie denerwuj… - zaczął powoli Niall.

- Ja się nie denerwuję tylko chcę się dowiedzieć co jest nie tak z moim posiłkiem. No dalej Malik, co ci się w nim nie podoba! – krzyknął zwracając się bezpośrednio do mulata.

- Harry nie chciałem cię zdenerwować, po prostu tosty z dżemem, żółtym serem i szynką, ketchupem i majonezem raczej nie spowodują u mnie chęci ich zjedzenia – powiedział odrobinę zmartwiony Zayn – naprawdę nie chciałem cię zdenerwować – dodał.
i spojrzał na przyjaciela, którego oczy zaczęły się szklić.

- O Boże Zayn, tak bardzo cię przeprasza, ja…. cholera czemu ja płaczę…

- Harry nie przy fasolce, wyrażaj się – odparł Niall posyłając uśmiech do Zayna

- Maleństwo mi wybaczy, wie że tatuś nie chciał, prawda maleństwo? – Harry pogłaskał brzuch i włożył do ust ostatni kęs kanapki nie zważając na przyjaciół.

- Czy on właśnie na mnie nakrzyczał, później płakał a teraz znowu normalnie je jakby nigdy nic? – zapytał wytrącony z równowagi Zayn.

- Wasze popierdolenie przekracza już granice normy, nie wiem jak ja z wami wytrzymuję – po pokoju rozniósł się głos Tomlinsona.

- Co tam dobrego przyniosłeś? – zapytał Liam ignorując złośliwości Tomlinsona.

- A nic, trochę zgłodniałem więc mam tu coś dobrego i smacznego. Sam zobacz.

Wszyscy zerknęli w jego stronę po czym wrócili do rozmowy o jakiejś bieliźnie, a Harry nie był tym zainteresowany więc po raz kolejny zabrał się za jedzenie. Wziął się za swoją ulubioną sałatkę owocową i polał ją sosem czosnkowym i zaczął jeść mlaskając przy tym głośno.

- Co tak śmierdzi? – Lou podniósł się do pozycji siedzącej patrząc na pozostałych chłopaków.

- Hazz co ty dodałeś do tych owoców? – Liam zmarszczył nos patrząc na przyjaciela.

- Sos czosnkowy – wyjaśnił – to naprawdę jest pyszne, chcecie spróbować? – wyciągnął widelec w ich stronę.

- Nie, nie jedz sobie  - Zayn uśmiechnął się w jego stronę, patrząc na Nialla który miał grymas na twarzy.

Patrzyli cały czas na loczka, który pochłaniał sałatkę a za chwilę zabrał się za ciasto czekoladowe przegryzając je pomidorkami koktajlowymi.

- Liam możesz mi wrzucić trochę kostek cukru do herbaty? – zapytał szatyna siedzącego obok.

- Jasne ile?

- Myślę, że sześć – Payne spojrzał na niego z wyrazem zniesmaczenia na twarzy ale posłusznie wrzucił odliczoną ilość kostek. Harry  pomieszał łyżeczką i wziął łyk napoju po chwili odstawiając kubek na miejsce.

- To wcale nie jest słodkie – marudził dorzucając kolejne kostki cukru.

- Nie wypijesz tego, zabraniam – Niall wstał zabierając od niego herbatę.

- Oddaj to Niall, chcę się napić – zapiszczał Harry patrząc z oburzeniem na blondyna.

- Chcesz dostać cukrzycy albo spowodować ją u fasolki? Nie tkniesz tego świństwa, po moim trupie.

- Daj mu to Niall, może to coś zniknie z naszego życia. Cukrzyca jest tak samo dobra jak wszystko inne – warknął Louis obserwując z obrzydzeniem Stylesa, który głaskał się po brzuchu.

- Ale Niall… - zaczął  loczek ignorując słowa Louisa. – proszę cię Ni, mogę?

- Nie, nie będziesz truł fasolki – Irlandczyk zniknął w toalecie, wylewając zawartość kubka.

- Och skończ nazywać to coś fasolą, to debilne – warknął szatyn.

- Sam jesteś debilem – odparł Niall wracając z łazienki.

- Dobrze, że w takim razie mam coś słodkiego – powiedział dumnie Harry otwierając batona i maczając go w resztce sosu – pycha, mniam, mniam…

- Jesteś obrzydliwy Hazz – westchnął Zayn.

- Co?

- Boże zamknij buzie kiedy jesz, błagam – Liam odwrócił twarz od najmłodszego chłopca. Poczuł jak loczek opiera swoją kudłatą głowę na jego ramieniu – co tam przylepo?

- Nic Li, nareszcie się najadłem i jeszcze nie zwymiotowałem – chłopak czule spojrzał na brzuszek – mogę się do ciebie przytulić?

- Mhm. – Payne rozłożył ramiona i po chwili Hazz leżał na nim wtulając się w niego jak mały koala. – Zrobiliśmy się przytulaśni co?

- Troszeczkę – loczek wdychał przyjemny zapach Liama, który nie śmierdział tak jak Louis.

- Hej Li, nie boisz się tak przytulać? – zaczął Tomlinson.

- Niby czego mam się bać?

- Że ta ciota się na ciebie rzuci – wyjaśnił Tommo.

- Mam cię dosyć Lou, idź pogadać sobie z El lub weź zimny prysznic bo chyba jesteś sfrustrowany seksualnie – odparł opanowany Liam, zerkając na przysypiającego powoli loczka.

- Pierdol się Payne – Louis zszedł z łóżka i skierował się do drzwi.

- Słownictwo Lou! – krzyknął Niall.

- Pierdolcie się wszyscy! – krzyknął, wyraźnie akcentując każde słowo i wyszedł trzaskając drzwiami.

- Nie dobrze mi Li, chyba zwymiotuję – wstał szybko i biegiem wpadł do łazienki opadając na kolana i zwracając cały swój posiłek. Niall klęczał obok niego, głaszcząc go po plecach i wspierając. Gdy skończył wymiotować oparł swoje czoło o chłodną ścianę głośno oddychając.

- Przyniosę ci wodę  i zaraz wracam.

Siedział, nie mając siły by się ruszyć. Wsunął dłoń pod koszulkę, gładząc brzuch z miłością wypisaną na zmęczonej, bladej twarzy.

- Myślałem, że smakowała ci kolacja Louisie juniorze, proszę maleństwo daj mi się dziś wyspać… tak bardzo cię kocham.

***

Harry leżał na łóżku w swoim hotelowym pokoju i myślał. Setki wydarzeń przelatywało mu przed oczami. Niektóre sprawiały, że uśmiech pojawiał się na jego twarzy, inne wywoływały łzy w jego oczach. Jednym z takich wspomnień był ostatni koncert.

Przygotowania do koncertu szły pełną parą. Chłopcy byli już gotowi, dokonywali ostatnich poprawek i czekali kiedy będą mogli wyjść na scenę. Tego dnia Harry był dość śpiący. Nawet nie wiedział kiedy usnął przy śniadaniu, a teraz znów ziewał. Przyłożył rękę do brzucha 
i szepnął tak aby nikt go nie usłyszał.

- Louisie juniorze po koncercie będziemy spać tyle ile będziesz tylko chciał, ale teraz tatuś musi pracować, wytrzymasz?

Uśmiechnął się sam do siebie, głaskając brzuch opuszkami palców. Poczuł rękę na swoich plecach więc odwrócił się i dostrzegł zmartwioną twarz blondyna.

- Coś nie tak?

- Jesteś cały rozpalony, jakbyś miał wysoką gorączkę.

- To nic Niall, nie martw się to zaraz minie – odparł.

- Ale Harry, na pewno? – z rozmyślań wyrwał go głos przyjaciela.

- Tak Niall, czytałem o tym, naprawdę nie ma się  czym przejmować, chodźmy zrobić show a później idę spać. – słysząc jego słowa blondyn uśmiechnął się, uspokajając się trochę.

- Chodź przyjacielu, niech fasolka zobaczy co robi jej tatuś i ulubiony wujek. – powiedział Niall i uczepiając się ramienia Harry’ego i razem weszli na scenę.

Koncert przebiegał bez zastrzeżeń, do momentu, w którym Louis stracił głos i nie mógł dokończyć swojej solówki. Harry słysząc jego urywany głos dokończył piosenkę za niego i nic nie mógł poradzić na to, że śpiewając nie mógł oderwać wzroku od Lou. Nie spodziewał się jednak takiej reakcji szatyna po koncercie.

Gdy zeszli ze sceny loczek poczuł gwałtowne szarpnięcie i został przyciśnięty do ściany przez Tomlinsona. Rozszerzył ze zdziwienia oczy nie wiedząc czym zasłużył sobie na uwagę Louisa i dotyk jego dłoni. Mimo iż czuł jego silny uścisk na swoich ramionach miał wrażenie, że dotyk jest delikatny, niemal pieszczotliwy. Chciał więcej, więcej Louisa, jego spojrzeń skierowanych tylko na niego, uśmiechów, rozmów. Chciał całego Louisa tylko dla siebie i ich wspólnego maleństwa. Rozpływał się pod jego dotykiem czekając na to, co zrobi niebieskooki.

- Co się stało Lou? – wychrypiał ciężkim od pożądania głosem. Przez ciążę wszystko odbierał dwa razy mocniej. Nie myślał, że może pragnąć Louis  jeszcze bardziej niż kiedyś.

- Nigdy więcej nie waż się kończyć moich solówek słyszysz? – potrząsnął nim mocno wbijając paznokcie w jego delikatną skórę.

- Ale Lou…

- Nie mów do mnie Lou.

- Chciałem tylko pomóc – spuścił wzrok na swoje buty.

- Myślałem, że zwymiotuję gdy gapiłeś się na mnie tym pedalskim wzrokiem. Ogarnij się cioto bo następnym razem nie będę tak miły.

Harry pamiętał tą rozmowę. Słowa Tomlinsona cały czas tkwiły w jego sercu jak drzazgi, których nie można wyciągnąć. Przewrócił się na drugi bok szukając wygodniejszej pozycji. Wtulił twarz w miękką poduszkę głośno wzdychając. Był już tym wszystkim zmęczony. To dopiero początek ciąży, a on czuł się przytłoczony i samotny. Chciałby mieć kogoś kto zajął by się nim, otulił go kołdrą do snu, przytulił, pocałował. Harry nie chciał byś po prostu sam. Często myślał o tym jakby to było poczuć małe dłonie Louisa obejmujące jego brzuch. Razem przytulali by tak Louisa juniora, ich maleństwo. Zastanawiał się czy Lou nie myśli o ich dziecku, czy wcale go nie obchodzi. Styles wyobrażał sobie małego chłopca o błękitnych oczach i kręconych włoskach biegającego z piłką po ogrodzie, śmiejącego się w ten wyjątkowy sposób jak potrafi tylko Tomlinson. Ich życie byłoby jak z bajki, ale nie będzie nigdy. Czeka go samotne rodzicielstwo, pewnie też samotne życie bo nie wyobrażał sobie pokochać kogoś innego niż Lou. Ze zniecierpliwieniem oczekiwał wizyty u swojej ulubionej pani doktor, która troszkę go przerażała swoimi żartami. Nie mógł się doczekać momentu, kiedy zobaczy swoje maleństwo na monitorze tego dziwnego urządzenia, którego nazwy nie pamiętał.

Wstał z łóżka z zamiarem porozmawiania z Niallem, musiał go o coś poprosić a znając miłość blondyna do fasolki miał nadzieję, że ten mu nie odmówi. Przechodził korytarzem, zastanawiając się w którym pokoju znajdzie Irlandczyka i już chciał skierować się w stronę sypialni Zayna, gdy usłyszał śmiech przyjaciół wydobywający się z pokoju Liama. Wszedł do środka bez pukania i zobaczył swoich roześmianych kumpli siedzących na podłodze i przeglądających coś z radością.

- Co robicie?

- Harry – zapiszczał Niall, zakrywając swoim ciałem coś z czego się śmiali – co tu robisz?

- Chciałem z tobą porozmawiać, ale co wy tam robicie? – przechylił głowę by dostrzec co przed nim ukrywali.

- Nic, nic. Takie tam głupoty – wyjąkał Liam z kłamstwem wypisanym na twarzy.

- Chcę wiedzieć co robicie! – Styles tupnął nogą wyglądając jak obrażone dziecko.

- Nie denerwuj się Hazz – zaczął uspokajająco Zayn.

- Nie denerwuje się – warknął loczek podchodząc bliżej nich – jestem bardzo spokojny naprawdę, tryskam spokojem. A teraz pytam co tam macie?

- Boże Harry – westchnął zrezygnowany Niall – to miała być niespodzianka, ale ty musisz wiedzieć wszystko od razu prawda?

- Niespodzianka?!! – wykrzyknął Harry z ekscytacją i radością wymalowaną na bladej twarzy.

- Mhm. Chcesz wiedzieć co to? – zapytał Zayn.

- Tak, tak, tak – zapiszczał loczek i przysiadł się obok chłopaków, a Niall odsunął się dając mu widok na to co ukrywali przed nim. Oczom Stylesa ukazały się dziecięce ubranka.

- Ochh – westchnienie wyszło z ust zielonookiego. Powoli dotknął maleńkich ciuszków w rozmiarze mini. Zaśmiał się widząc maleńkie trampki, urocze sweterki i bluzy z kapturem. Naprawdę nie wiedział, że tak cudowne rzeczy istnieją. Zmarszczył brwi gdy dostrzegł sukienki w kwiatki, kapelusiki i lakierowane buciki.

- Wiesz, nie wiemy czy to będzie chłopiec czy dziewczynka – wyjaśnił blondyn widząc minę loczka, który przeglądał każdą rzecz w skupieniu.

- To będzie chłopiec - powiedział pewnie Styles.

- Nie możesz tego wiedzieć – wytknął mu Liam.

- To jest chłopiec – powtórzył Harry – ja jestem jego ojcem i ja wiem jakiej płci będzie maleństwo. To chłopiec.

- Och czyli dobrze, że kupiłem to – Niall wyciągnął torbę i podał loczkowi, który spojrzał na nią z zaciekawieniem. – No dalej zobacz – zachęcił go.

Otworzył torbę i wyciągnął z niej sportowy, piłkarski strój w rozmiarze małego krasnoludka z nazwiskiem Styles na koszulce oraz piłkarskie buty dla bobasa.

- Produkują je w takich rozmiarach? – zapytał wzruszony.

- Dla chcącego nic trudnego – wyjaśnił Niall z uśmiechem, który zbladł gdy dostrzegł, że loczek płacze. – Nie podobają ci się?

- Są cudowne, naprawdę Ni. Nie musieliście chłopcy – rozłożył swoje ramiona przywołując ich tym gestem do uścisku.

- Tylko uwaga na fasolkę –wyjąkał Niall tuląc Stylesa.

Gdy odsunęli się od siebie i ochłonęli Irlandczyk spojrzał z zaciekawieniem na Harry’ego.

- Chciałeś o czymś ze mną porozmawiać tak?

- A tak… ja… ja chciałem… się zapytać… czy ty… czy ty nie chciałbyś może… zrozumiem jeżeli nie będziesz miał ochoty oczywiście…

- Wykrztuś to z siebie mały  - roześmiał się blondyn patrząc na zielonookiego, który rumienił się i jąkał.

- Dobrze… ja po prostu chcę cię zapytać, czy nie zechciałbyś pojechać ze mną na badania.

- Ochhh Harry, oczywiście że z tobą pojadę, co to w ogóle za pytanie. Już nie mogę się doczekać kiedy zobaczę fasolkę – podekscytowanie Horana rosło z minuty na minutę.

- Dziękuję Niall, tak bardzo dziękuję. Chłopcy nie macie mi tego za złe, że to Niall pojedzie? – spojrzał na pozostałą dwójkę ze strachem w oczach.

- Pewnie nie, ale też chcemy dostać zdjęcie USG ok? – zapewnił go Liam z uśmiechem.

- Obiecuję, że je dostaniecie. Kocham was tak mocno.

- Zrobiłeś się tak przytulaśny Harry – wyjąkał Zayn, gdy loczek przyciągnął ich do kolejnego łzawego uścisku.

- To wszystko przez… - zaczął Niall.

- Tak wiemy, to przez hormony – przerwał mu Liam, po czym cała czwórka wybuchła głośnym śmiechem.

***

Harry położył się na łóżku i przyłożył dłonie do swojego brzucha, cicho mówiąc.

- Ochh mały Lou, już niedługo ponownie cię zobaczę, tylko na monitorze ale jednak. Już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę cię na ręce, ucałuję twoją małą główkę kiedy będziesz już ze mną, tylko mój.

Z tymi słowami zasnął, pierwszy raz szczęśliwy, z dłońmi spoczywającymi przez cały czas na jego brzuchu.        

Skomentuj