mms1

Modern!Merlin + Sherlock BBC

Merlin sennie otworzył oczy. Słońce już dawno wzeszło, ale on wciąż leżał wyciągnięty na olbrzymim łóżku. Nie musiał się spieszyć. Po tylu latach… Zgromadził spory majątek i pracował tylko dla czystej przyjemności jako kustosz w jednym z londyńskich muzeów. Wzywano go rzadko, więc miał dużo czasu dla siebie.  Spędzał go na chodzeniu do kina, teatru, uczeniu się nowych języków, surfowaniu po Internecie, jego ulubionym wynalazku - zaraz po coca-coli. W każdym razie, robił wszystko. Wszystko, byleby nie myśleć o.. .No właśnie. Znowu to robił. Przywoływał bolesne wspomnienia, niby tak odległe, sprzed tysiąca lat, które wciąż, jak świeżo zadana rana, dręczyły jego serce. A tak trudno było tego NIE robić! Każda, nawet najmniejsza rzecz przypominała mu o dawnym życiu. Gdy widział jabłko, a czasem nawet,  gdy zauważył żel do włosów na sklepowej półce, myślał o Gwainie. Widząc balowe suknie, miał w głowie obraz Gwen.  Każda piękna dziewczyna była dla niego Freyą…

Były to powody, dla których miał problemy  w nawiązywaniu przyjaźni, w budowaniu związków. Ostatnim razem spotykał się z kimś.. Chyba w XVI wieku… Miała na imię Katie i była najpiękniejszą kobietą jaką znał. Było dobrze, układało im się, snuli realne plany na przyszłość. Dopóki  go nie pocałowała. Ogarnęło go uczucie tak podobne do tego, które odczuwał wiele wieków temu.  Nie mógł się pozbierać. Płakał po nocach, dużo pił. W końcu Katie zostawiła go dla przystojnego kupca . Ale była szczęśliwa. Miała czwórkę dzieci i… Zmarła. Śmiercią naturalną.

Poczuł ukłucie w sercu. Wszyscy odchodzą. Tylko on wciąż trwa, samotny, w wielkim świecie. Pamiętał czasy, gdy był młody. Gdy rozmyślał, co się stanie, gdy magia nie będzie potępiana. No i się doczekał. Nie może nikomu się wyżalić, nikomu nic powiedzieć, bo wyślą go do wariatkowa! Wszystkie żale nosił w swoim sercu, a na co dzień starał się udawać że jest pogodny, wesoły, pełen życia. Ale jak można być pełnym życia po tylu latach?

Miał również czasy, gdy zapadał w głęboki sen. Na kilka wieków. Ostatnio spał od XVII w., aż do 
1944 r., gdy obudziły go strzały głośniejsze niż zwykle. Miał nadzieje, że to obudzi Arthura. Czekał wtedy przez trzy lata na wyspie, jedząc rzadko i nie zwracając uwagi na to, co spożywa, śpiąc pod gołym niebem. Nie doczekał się. Zrobił więc studia, został biznesmenem i urządził się. Jakoś. Miał wszystko czego mu było potrzeba, wszystko, oprócz przyjaźni.

Westchnął  ciężko. Przydałoby się już wstać – pomyślał, zrzucając z siebie grubą, puchową kołdrę. Ciężkim krokiem szedł na dół, do kuchni. Zdecydowanie za dużej jak na jedną osobę, ale teraz mógł pozwolić sobie na luksus. Nawet Arthur takiej nie miał-pomyślał i zaklnął pod nosem. Miał nie wspominać! Ale skoro nie oduczył się tego w czasie kilkunastu wieków, jak niby miał to zrobić w jeden dzień? Otworzył lodówkę. Była pusta, nie licząc mleka i kilku zgniłych warzyw. Od kilku dni nie wychodził z domu, zapasy kurczyły się więc w zastraszającym tempie. Oczywiście teraz będzie musiał wyjść z domu, iść do sklepu… Naprawdę nie miał ochoty. Czasem miał takie miesiące i musiał je przetrwać. Za kilka tygodni na pewno odżyję-przekonywał sam siebie, jednocześnie nalewając zimne mleko do obtłuczonej miski. Chwycił stare płatki kukurydziane i wymieszał je z mlekiem.

-Smacznego – mruknął, po czym zasiadł do stołu i przypomniał sobie, że nie zabrał porannej gazety. Lubił ją czytać przy śniadaniu. Był to dla niego taki mały rytuał. Wyszedł z kuchni, chwycił znoszony płaszcz i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Poczuł chłodny, wiosenny wiatr na twarzy i od razu się uśmiechnął. To będzie dobry  dzień-pomyślał i ruszył w stronę skrzynki.

Nie miał sąsiadów – żył na obrzeżach małego miasteczka, więc, na szczęście, nie musiał się z nikim witać. Z jednej strony tęsknił do ludzi, z drugiej jednak bał się tych kontaktów i starał się ich unikać. Boże, znowu! Powoli zatapiał się w myślach, zamiast robić coś produktywnego. Otrząsnął się więc, chwycił gazetę i wrócił do kuchni.

Otworzył na pierwszej stronie i zaczął czytać, jednocześnie próbując zjeść niezbyt smaczne śniadanie. Polityka. Nic ciekawego. Te same kłótnie i obietnice… Hmm… Te chrupki smakują jak papier. Sport… Kolejne sukcesy reprezentacji Anglii, kolejne informacje o gwiazdach futbolu, o tym do jakiego klubu się przenieśli, co zrobili. Skandale. Pomniejsze gwiazdki…  Dopiero przy końcu, gdzieś między konkursami szachowymi, a ogłoszeniami zobaczył artykuł, który go zainteresował. Z bijącym sercem przystąpił do lektury, odkładając jednocześnie okropny posiłek:

Szaleństwo w Glatsbury

 Glatsbury, małe miasto na południu kraju, najbardziej znane z Rockowych Festiwali i swej bogatej przeszłości, boryka się z nie lada problemami. Od kilku dni władze nie mogą zapanować nad falą dziwnych zjawisk, które mają miejsce w tej miejscowości.

Zwierzęta hodowlane zdychają jedne po drugich na przeróżne choroby, zaś te dzikie niebezpiecznie zbliżają się do ludzkich domów i atakują każdego ,bez szczególnej przyczyny. W tym tygodniu przez wilki pogryzionych zostało szesnaście osób, cztery doznał sporych obrażeń po stratowaniu przez dziki, a jelenie spowodowały kilkanaście wypadków na drogach. Również ludzie stają się nerwowi – mają halucynacje, przybierające najróżniejsze formy, od wróżek, przez jednorożce, aż do bliskich zmarłych. Wzrósł także wskaźnik przestępczości – cele więzienne są zapełnione, sądy odbywają się nawet kilka razy dziennie. Eksperci twierdzą, że może to być wywołane chemikaliami, które prawdopodobnie dostały się do powietrza po ostatnim wypadku w  jednym z barów, kiedy ktoś zniszczył stary system grzewczy z butlą z gazem. Mogło dojść do syntezy dwóch szkodliwych substancji, przez co powstałaby bardzo szkodliwa trucizna, wywołująca podobne objawy, jakich jesteśmy świadkami.  Jednak to tylko spekulacje. Myślę, że po paru tygodniach będziemy mieli i odpowiedź, i  lekarstwo – mówi dr Martin James, zajmujący się tą sprawą.

Jak na razie nie pozostaje więc nic innego, jak tylko odradzić wszystkim podróż w te strony i poczekać na lepsze dla Glatsbury czasy.

Merlin z bijącym sercem zamknął gazetę i ledwo powstrzymał się od okrzyku radości. Przecież to widoczne skutki działania magii! Poderwał się i pobiegł na górę, rozpoczynając pakowanie. Nie zajęło mu to dużo czasu, zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Już miał wychodzić, gdy przypomniał sobie, że nie wziął dokumentów. Pobiegł do swojego pokoju i porwał swój dowód osobisty. Uśmiechnął się na widok imienia widniejącego na karcie. Colin Morgan. Jego ulubione wcielenie. Wyjął z kieszeni kluczyki, wszedł do auta i z hukiem zamknął drzwi. Czekaj Arthurze, już po ciebie jadę!- uśmiechnął się do siebie, po raz pierwszy od dawna czując, że jego marzenie, to, na co tak długo czekał, wreszcie się ziści.

Paliwo skończyło się po trzech godzinach. W pośpiechu zapomniał uzupełnić baku i teraz ma za swoje. Na szczęście Londyn był niedaleko i na resztkach udało mu się dojechać do najbliższej stacji.

Zaparkował przy pierwszym wolnym dystrybutorze i zaczął nerwowo nalewać benzynę. Po chwili mocowania się z zamkniętym bakiem wyjął z kieszeni portfel i szybkim krokiem ruszył w stronę kas. Oczywiście, kolejka ciągnęła się praktycznie do samych drzwi. Merlin westchnął i ustawił się w kolejce. Dopiero gdy na chwilę przystanął zaczął się rozglądać dookoła. Wszystko wydawało się takie spokojne i normalne… I takie właśnie było. Kasjerka z tępym wzrokiem wydawała resztę otyłemu mężczyźnie w podeszłym wieku. Jakieś dziecko nudziło rodziców o kolejną zabawkę. Dwóch opryszków kłóciło się, kto zapłaci za papierosy. W kącie stał młody mężczyzna obserwujący… Jego! Merlina! Gdy na niego popatrzył ten szybko zajął się czymś innym. A może wcale go nie śledził? Może to paranoja, wynikająca a wielu lat ukrywania się i uciekania przed światem? Pewnie tak… Kolejka ruszyła się o kawałek, teraz przed Merlinem stała tylko jedna osoba – młoda kobieta z gęstymi, czarnymi włosami.. Takimi jak te Morgany… A za nim stanęło dwóch wyrostków, rodzice z dzieckiem i… Dziwny facet! Znowu patrzył wprost na niego, tym razem jednak nie odwrócił wzroku. Wpatrywał się w Merlina tymi złośliwymi, małymi oczkami…

-Proszę pana? Płaci pan?

Dopiero teraz zauważył że nadeszła jego kolej.

-Przepraszam, zamyśliłem się- burknął i zaczął przeliczać pieniądze. Szybko uporał się z płatnościami i poszedł w stronę auta. Z przerażeniem zauważył że mężczyzna zniknął z kolejki i teraz stał pod sklepem, wpatrując się w jego samochód. Bądź spokojny, to tylko jakiś wariat - powtarzał sobie w myślach, ale jakoś nie potrafił się przekonać. Nerwowo otworzył drzwi, usiadł za kierownicą i odpalił silnik. Ten zaburczał, zasyczał i … Padł. Merlin zaklął. Oczywiście! To zawsze spotyka jego! Nie mógł naprawić uszkodzeń magią, było tu za dużo ludzi. Zrezygnowany wyjął telefon z kieszeni i zadzwonił po pomoc drogową.

-Tak, silnik nie odpala. Jest jakiś salon samochodo… Och… W Londynie? No, dobrze. Za dziesięć minut, tak?

Podniósł głowę i poszukał wzrokiem tajemniczego mężczyzny. Jednak nigdzie go nie widział. Po prostu sobie poszedł, pomyślał Merlin, ale nie mógł powstrzymać wrażenia, że zepsute auto i ten dziwak są ze sobą w jakiś sposób powiązane…

Kiedy przybyła pomoc drogowa, odholowała jego auto do najbliższego mechanika. Było wtedy grubo po 22. Merlin z zdenerwowaniem wypytywał mechanika:

-Ile godzin?

-Godzin? Panie, tu jest roboty na cztery dni! Ktoś nieźle obtłukł panu silnik. Coś ty robił z tym samochodem? Od jeżdżenia takie rzeczy się nie dzieją…

-Nic nie robiłem! Przysięgam! A… Nie da się tego jakość przyspieszyć? Proszę, to dla mnie bardzo ważne…

-Niestety, młody. Nic nie poradzę.

Zrezygnowany, wyszedł z zakładu. Co ja teraz zrobię? pomyślał, gdy nagle przypomniała mu się jedna osoba, gotowa mu pomóc. Osoba z którą przeżył wiele wspaniałych, byli prawie przyjaciółmi.. Dopóki on nie wstąpił do wojska… A może go jeszcze pamięta? Może go przenocuje? Może nawet pojedzie… Nie, chyba nie. Ale warto spróbować prawda?stwierdził wsiadając do busa.

-Na Baker Street, poproszę

***

Rozdział I

Spotkanie

Kiedy Merlin stanął przed drzwiami numeru 221, ogarnęły go wątpliwości. Tak, on i John wciąż utrzymywali ze sobą kontakt, ale były to krótkie wymiany zdań w e-mailach. To, że poinformował go o nowym adresie zamieszkania i współlokatorze było miłe, ale czy mógł traktować te informacje jako zaproszenie? Chciał zapukać, ale w ostatniej chwili cofnął rękę. A może jednak wezmę samochód z powrotem i spróbuję go naprawić?- zaczął się zastanawiać. Nie bardzo wiedział, jak naprawia się samochody magią, ale warto byłoby spróbować.

Już miał odejść, gdy drzwi otworzyły się z skrzypnięciem. Stanęła w nich starsza pani z krótkimi blond włosami i rozbrajającym, życzliwym uśmiechem.

-Potrzebujesz czegoś?  -spytała, nie przestając się uśmiechać.

-Eee… Tak… Czy wie pani gdzie mogę znaleźć Johna Watsona? – spróbował odwzajemnić uśmiech, ale niezbyt mu to wyszło.

-Oczywiście! Mieszka tu, na górze… Zaprowadzę pana, proszę tędy.

Merlin wszedł do środka i zaskoczyła go uderzająca przytulność miejsca w którym się znalazł. Uśmiechnął się. Czerwone barwy tapet przypominały mu o Camelocie, ale samo wnętrze nie miało nic wspólnego z chłodnym, kamiennym zamkiem. Było ciasne, ale jednocześnie ciepłe i pełne radości.

Jego przewodniczka, prawdopodobnie właścicielka domu, zaczęła wspinać się po schodach, więc Merlin ruszył za nią. Zatrzymali się przed jednym z pokoi i kobieta weszła do środka bez pukania

-Chłopcy, przyprowadziłam wam kolegę…

-Nie przeszkadzać! Naprawdę, pani Hudson, nie mogłaby pani pukać? – Merlin usłyszał głos w głębi pokoju

-A ty nie mógłbyś być miły?- krzyknął w odpowiedzi znajomy głos. – Tak pani… O… Colin?

-Tak. We własnej osobie  - nerwowo uśmiechnął się Merlin – Zmieniłeś się, John – próbował zacząć rozmowę.

-A ty ani trochę! Hej, co cię tu sprowadza?

-Byłem w pobliżu i pomyślałem że wpadnę i …

-Wchodź, wchodź…

-Chcesz coś do picia? – spytała pani Hudson.

-Nie dziękuję…

-Siadaj, co u ciebie? – John przysiadł na kanapie, a Colin zajął miejsce naprzeciwko niego. Wreszcie mógł rozejrzeć się po pokoju. Wnętrze było przytulne i swojskie, jak reszta domu, ale niektóre elementy wystroju wydawały się mu dziwne… Jak na przykład ta czaszka na kominku… Po co im ona? John jest lekarzem więc może… Wyrwał się z zamyślenia.

-Dobrze, tak myślę…

-Zrobię wam herbaty – stwierdziła pani Hudson

-Nie naprawdę…

- Nie przesadzaj – odpowiedziała kobieta i poszła do kuchni nastawić wodę.

Wreszcie byli sami w pokoju. Merlin wziął głęboki wdech i powiedział

-Mam pewien kłopot i zastanawiam się czy…

-Nie. Nie przenocujemy go tutaj. – Z kuchni wyszedł młody mężczyzna owinięty w białe prześcieradło. Zapewne współlokator Johna  pomyślał Merlin Ale…

-Skąd do jasnej…

-Nie pytaj. I OCZYWIŚCIE ŻE CIĘ PRZENOCUJEMY – odpowiedział Watson

-To MOJE mieszkanie i mówię nie – odparł jego przyjaciel. Zrobił urażoną minę i owinął się szczelniej.

-Równie dobrze mogę przenocować w hotelu i … - spróbował wtrącić czarodziej ale ci go nie słuchali.

-NIE, Sherlock, to też MOJE mieszkanie i mówię tak!

Wspomniany zrobił urażoną minę i wyszedł do kuchni. Na odchodne rzucił jeszcze:

-Dobra. Niech ci będzie. Ale śpi na kanapie.

John przewrócił ostentacyjnie oczami.

-I tak cały czas – pokręcił głową – czasami nie wiem co ja tu robię.

-Oh, wierz mi. Kiedyś miałem tak samo… Nawet nie wiem czy gorzej-  zaśmiał się Merlin

-Da się tak? – I obaj parsknęli śmiechem

-O widzę że się już rozgościłeś! – w drzwiach pojawiła się pani Hudson z herbatą.

-Och, nie trzeba było!

-Ależ to nic takiego! – żachnęła się kobieta i zaczęła rozdawać szklanki – Sherlock, też chcesz?

-NIE! Nie przeszkadzajcie mi! Jestem zajęty! – rozległ się głos w głębi mieszkania.

Pani Hudson uśmiechnęła się, jakby była już przyzwyczajona do takich ekscesów.

-Zostawię was samych chłopcy. Pogadajcie sobie. – i wyszła, nie zamykając drzwi.

John uśmiechnął się do Merlina.

-To czy coś się stało? Wydajesz się dość nerwowy?

-Właściwie to.. moje auto się zepsuło… Naprawa potrwa kilka dni… A muszę dostać się do Glatsbury i zastanawiałem się czy…

-Czy nie mógłbym cię podwieźć? Wiesz, sam nie mam samochodu, ale Mycroft…

-Nie! Nie będziemy o nic prosić mojego brata! – Sherlock wszedł do pokoju. Zdjął już z siebie prześcieradło i założył ubranie – białą koszulę i czarne spodnie. Rozsiadł się na fotelu, tuż obok nich, nie odrywając wzroku od Merlina.

-Muszę tu być bo z tego co widzę ta rozmowa zmierza w niebezpiecznym kierunku. I jeszcze raz:  NIE CHCĘ ŻADNEJ POMOCY, a w szczególności od Mycrofta!

-Oh, daj spokój! Ta wasza wojna robi się śmieszna! Zadzwonię do niego i ….

-Nie! Mówiłeś że chcesz jechać do Glatsbury? – spokojnie spytał się Merlina Sherlock

-Tak bo….

-Czy to nie jest to miejsce, gdzie dzieją się dziwne rzeczy? – wtrącił John.

-Tak i…. – chciał powiedzieć Colin, ale współlokator Watsona przerwał mu:

-A morderstwa? Czy kogoś zabito?

- Jeszcze nie ale…. 

-To nie ma o czym mówić. Nuda!  -obrócił się w fotelu Sherlock

-Ale było tyle innych szalonych rzeczy…

-Czytałem. Nonsens. Żadna znana mi trucizna nie daje takich efektów. A znam je wszystkie!

-Może to nie trucizna? Może to… - zaciął się Merlin

-Co? – powiedział John – bo wiesz, nawet wielki SHERLOCK HOLMES nie ma teorii! To musi być jakaś niesamowicie zaplątana sprawa! – uśmiechnął się szyderczo.

-Cicho bądź. Po prostu nie mam dostatecznej ilości danych! Ten artykuł nie mówił o niczym wartościowym!

-Boję się spytać czym dla ciebie są rzeczy wartościowe – powiedział czarodziej i obaj z Johnem zaczęli się śmiać. Holmes zrobił urażoną minę i odwrócił od nich głowę.

-Oj nie obrażaj się… - powiedział troskliwym głosem Watson. – To co, jesteś gotowy poprosić brata o pomoc i STWORZYĆ jakąś teorię?

-Nie.

John przekrzywił głowę i zrobił minę mówiącą Ojej, naprawdę? Przekonamy się

Wpatrywał się tak w Sherlocka przez kilka sekund, po czym ten nie wytrzymał i powiedział

-Dobra. Ale ty ROZMAWIASZ z moim bratem. I nie prosisz! Możesz zrobić co chcesz ale nie waż się go prosić.

-Dobra – wzruszył ramionami Watson – Jak chcesz

Chwycił komórkę i wybrał numer. Po chwili rozmawiał już z Mycroftem

-Tak! Sherlock PROSI CIĘ o samochód. – wspomniany skrzywił się i miał coś powiedzieć, ale John nei przerywał dialogu.

-Oczywiście że tak! Dlaczego sam nie rozmawia…?? Wiesz, jaki on jest… Tak…. Jutro? Świetnie. Będzie stał przed budynkiem.. .Dobra, dobra…. Znajdziemy klucze…  A po co… Dobra, idealnie, pa.  – rozłączył się

-Z tego co widzę będziemy mieli jutro pracowity dzień! – uśmiechnął się John

-Tak. Na to wygląda – Merlin poczuł uczucie błogości w swoim sercu. Teraz NA PEWNO będzie dobrze.

Na pewno…

****

Monday Makes Sketch Challenge

Monday Makes Sketch Challenge

External image

Good Morning and Happy Monday to you!

Well Libby and I have been doing our Monday Makes for a few weeks now and I do hope you’ve been enjoying them.

Today we have our very first Sketch Challenge for you and here’s the Sketch ….

External image

I do hope you like this Sketch as it’s one I designed myself and then made this image using Stampin’ Up!’s My Digital Studio program.  Is it giving you all sorts of…

View On WordPress