marta torrão

To, co tkwi w tej miłości najgłębiej, to przekonanie, że nigdzie indziej nie zrobię dla niej tyle, co tu. Nie wyobrażam sobie kochać na pół, kochać tak trochę, kochać, tylko, jak jest dobrze, kochać z jakiegoś powodu, interesownie. Nie wyobrażam sobie kochać tylko w poniedziałki, środy i niedziele, tylko w dni parzyste, tylko wieczorami, tylko zimą, gdy marznę, tylko w dni, kiedy czuję się bardziej samotna niż w inne. To, co tkwi w tej miłości, to fakt, że kocham Cię zawsze. Że kocham ponad wszystko, całą sobą, że jeśli mówię ‘kocham’, to kocham codziennie. Kocham rano, wieczorem i w południe. Kocham całkowicie trzeźwa i po alkoholu, każdego dnia i każdej nocy, od poniedziałku do niedzieli. Od wiosny do zimy. Kocham, bo chcę kochać. Bezinteresownie, mimo wszystko, w Twoje najlepsze dni i najgorsze kryzysy. Nic nie chcę w zamian, niczego nie oczekuję i nie wymagam. Chcę, byś wiedział, że wybiegnę w ciemność, jeśli znowu się zachwiejesz. Chcę, byś wiedział, że będę czuwać obok całą noc, jeśli nagle zaczniesz się jej bać. Chcę, byś wiedział, że nie puszczę Twojej ręki, nawet jeśli upadniesz i pociągniesz mnie za sobą. To, co tkwi w tej miłości, to fakt, że nie pozwala mi się poddać, że nie pozwala mi zrezygnować.
—  Marta Kostrzyńska; z dna bardzo głębokiej szuflady
Chciałabym, żebyś zadzwonił kiedyś do mnie w nocy i rzucił krótkie: ‘Czekam w samochodzie’. Nikt nie wiedziałby, że wyszłam, że byłeś ze mną, że spędziliśmy tę noc poza obowiązującą, realną rzeczywistością. Pojechalibyśmy w te miejsca, które stały się kiedyś nasze, przesłuchalibyśmy wszystkie te piosenki, która nadal coś znaczą, a Ty przypomniałbyś mi, dlaczego to właśnie Ciebie wtedy wybrałam.
—  Marta Kostrzyńska
O tym, o czym powiem Ci, jeśli postanowisz przyjść.

Od jakiegoś czasu mój krok stał się strasznie ciężki. Nie dosłownie. Po prostu chód wymaga ode mniej dużej ilości energii. Wyjście z domu wymaga energii. Wstanie z łóżka wymaga energii. Zrobienie czegokolwiek wymaga energii, a ja jej nie mam. Jestem wkurwiona, ale dla bezpieczeństwa wmawiam sobie, że tylko trochę. Wybuchnęłabym jak beczka z prochem, gdybym pozwoliła sobie poczuć to w pełni. Czuję, że się duszę. Puchnę od złości. Wszystkiego jest we mnie za dużo, nie mieszczę się w sobie. Paradoksalnie jestem jednak kompletnie przezroczysta, dlatego nie odpowiem Ci na większość Twoich pytań. Możesz zapytać, co w tym momencie czuję. Nie wiem. Mogę opowiedzieć Ci o moich najgorszych wspomnieniach z ostatnich lat. Będę o nich mówić, jak o tym, co jadłam wczoraj na obiad, majtając przy tym nogami. Kiedyś wesoło miotałabym się po podłodze, dziś nie drgnie mi nawet kącik ust. Możesz zapytać o moje plany, cele i marzenia. Nie wiem. Jak nie wiem? Przecież przed chwilą dokładnie powiedziałam, co się ze mną dzieje, więc jak nie wiem? Przecież wspinałam się na szczyty swoich ambicji i bez problemu realizowałam wszystkie swoje założenia. Z tego powodu nie możesz zapytać mnie o moje idee, bo już ich nie mam. Byłam w tym naprawdę dobra, wierz mi. Głosiłam je z wiarą w sercu. Dziś się wyłączyłam i moją jedyną ideą jest względne przetrwanie dnia. Prawdopodobnie mam też niewiele do zaoferowania, ale skoro już tu jesteś i nie przychodzisz z pustymi rękami, gwarantuję, że zawsze dostaniesz ode mnie prawdę. Mówią, że to dużo. Jeśli przyniosłeś ze sobą to samo, możesz zostać na noc. Może nawet zrobię Ci rano śniadanie, choć od dawna nikt nie zrobił go mi. Zwykle nawet go nie jem, ale jeśli wypełnisz drugą stronę mojego pustego stołu, to powinnam znaleźć w lodówce jakieś resztki dobrych chęci. Podzielę się. Strasznie to wszystko smutne, nie? Być może nie chce Ci się tego nawet słuchać, ale skoro tu jesteś, nie mam zamiaru owijać niczego w mięciutką i przyjemną dla ciała i ducha bawełnę. Jest mi zimno. Marznę. Może właśnie z tego powodu na co dzień jednak owijam się nią ciasno. Nie zmniejsza to chłodu, ale chociaż nie stoję przed nikim nago. Robię to teraz przed Tobą. Uwierz mi, że to trudniejsze, niż jakbym miała się teraz po prostu rozebrać. Na zewnątrz mam kości. Mam mięśnie. Skórę. Włosy. Pełne policzki, których nie lubię. Mam nogi i ręce. Oczy. Uszy. Nos. Nawet uśmiech. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza, niczym nie odstaję, nie zauważysz różnicy. Dopiero, kiedy stanę bez tego wszystkiego, okazuje się, że tu brakuje emocji, tu rozsądku, a tu właściwie wszystkiego. Może nie powinnam Ci o tym mówić. Może. Może właśnie w tym momencie wyjdziesz. Może spojrzysz na mnie, uśmiechniesz się, życzysz powodzenia i zostaniesz do rana, ale więcej nie zadzwonisz. Może wstaniesz, podejdziesz i właśnie taką weźmiesz w ramiona. Może zostaniesz na dłużej. Może. Może nie. Pamiętaj, że nie chcę, byś mnie składał. Nie chcę, byś mnie ratował. Nie wymagam opieki, bo choć możesz chcieć mi ją zaoferować, to taka już jestem, że sobie na nią nie pozwalam. Powiedz mi, że mam prawo taka być. Że to się zdarza. Że rozpadłam się, ale za jakiś czas złożę się z powrotem i to jest okej. Że jeśli upadłam, to teraz sobie poleżę i wstanę, kiedy nabiorę sił. Powiedz mi, że mogę. Że nie muszę niczego udawać. Że pozwalasz mi się teraz rozpłakać, żebym za jakiś czas mogła dać Ci swój uśmiech. Że dajesz mi na to czas. Że choć ja nie widzę w sobie wiele - Ty jesteś tu dlatego, że jesteś pewny, że nie straciłam tego na dobre.


-Marta Kostrzyńska

Samotność to niedokończone rozmowy i pytania bez odpowiedzi, ale i jeden kubek w kuchni, jednoosobowa pościel w sypialni i wolna półka w łazience. Samotność to bycie samemu w sercu i w głowie. Samotność jest wtedy, kiedy nie masz komu opowiedzieć o swoim dniu. Kiedy niedziela nie jest jeszcze jednym wolnym dniem, który można fantastycznie wykorzystać, tylko twoim przekleństwem. Kiedy wolisz robić wszystko, byle nie wracać do domu, bo wiesz, że nikt tam na ciebie nie czeka. Samotność jest wtedy, kiedy nie masz do kogo zadzwonić w środku nocy i powiedzieć ‘jest mi źle’. Samotność to szare dni i bezsenne noce. Samotność - kiedy ściany pokoju wiedzą o tobie więcej, niż ktokolwiek inny, a jedynym bytem znającym na pamięć twój kolor oczu, jest sufit twojej sypialni. A smutek? Smutek to samotność. Może walić się świat, ale kiedy masz z kim dzielić cierpienie, to wszystko jest do zniesienia. Nie ma żadnego, tak dobrego powodu do walki, jak druga osoba. Dla siebie rzadko chcemy walczyć, za to dla osoby, która znaczy dla nas wszystko, jesteśmy w stanie przenosić góry.
—  Marta Kostrzyńska
O miłości.

Co najbardziej w Tobie lubiłam? To, czego jednocześnie najbardziej nienawidziłam. Nieprzewidywalność. Nigdy nie wiedziałam za którym rogiem się schowasz, za którym na Ciebie wpadnę i zza którego wyskoczysz zdziwiony moim zdezorientowaniem. Zabierałeś mi siebie, po czym oddawałeś w małych częściach, a ja łapałam je jak, kulające się w każdą stronę, koraliki ulubionej bransoletki, która przed chwilą znów się zerwała. Chciałam być czegokolwiek pewna, ale nic nie smakowało tak, jak Twoje usta po dłuższym okresie wzajemnego milczenia. Coś było w tej miłości, że kiedy dopadaliśmy siebie i zaczynaliśmy biec, trzymając się za rękę, to żadne z nas nie miało wątpliwości, że ten świat należy do nas. Nikt nie powodował we mnie tak skrajnych emocji, dzięki którym, paradoksalnie, w końcu czułam, że żyję, oddycham i naprawdę istnieję. Marzyłam o oświadczynach na dachu, w blasku słońca, popitych wspólnie winem prosto z butelki i o codziennym widoku Twojej unoszącej się klatki piersiowej, gdy spokojnie obok mnie spałeś. Zawsze nie lubiłeś, gdy się na Ciebie gapiłam, ale, Boże, nawet nie wiesz ile razy otwierałam w nocy oczy, spoglądałam w Twoją stronę i z, najbardziej szczerym w moim życiu, uśmiechem, myślałam, że nie zamieniłabym Cię na nic innego. Najpiękniejsza była świadomość, że przecież myślisz tak samo i udowadniałeś mi to parę godzin później, gdy nad ranem przysuwałeś się do mnie i oplatałeś całą swoją miłością. Z Tobą wydawało mi się, że szczęście jest proste. Wystarczała mi Twoja dłoń, Twoje spojrzenie, Twój smak, zapach. Wystarczyła Twoja obecność, żebym wiedziała, że mogę wszystko, że mam w rękach cały świat. Było idealnie, nawet jak się żarliśmy i trzaskaliśmy drzwiami. Wszystko mnie bolało, nie chciałam z Tobą gadać, ale godzinę później już o niczym nie chciałam pamiętać. Miało być po prostu dobrze, cały czas, do końca świata.

Teraz, gdy Cię nie ma, nie przestałam oddychać, nie przestałam funkcjonować, udaje mi się nawet w nocy zasnąć.  Czytam książki, uczę się, uśmiecham, jem śniadanie, obiad i kolację. Całkiem dobrze zaczynam i kończę każdy dzień, nawet lubię siebie. Wszystko się toczy, czas się nie zatrzymał, nic nie stanęło w miejscu, żadne budynki nie runęły, nic się nie przewróciło, nie spaliło i nie utonęło.

Wszystko jest na miejscu, tylko nikt nie jest szczęśliwy.


-Marta Kostrzyńska

O braku.

Nie potrzebuję Cię do wypełniania swojego czasu. Nauczyłam się na tyle radzić sobie sama, że nie uzależniam już wszystkiego od Twojej obecności. Bo nadal będę żyć, uczyć się, pracować, biegać na siłownię, spotykać ze znajomymi i wychodzić wieczorami na imprezę. Może i nawet osiągnę jakiś sukces. Dostanę stypendium, nauczę się hiszpańskiego, napiszę książkę i zacznę zwiedzać świat. Będę się rozwijać, ulepszać, doskonalić i doprowadzać do coraz większej perfekcji. I to wszystko dla siebie, bo w końcu zawsze takie rzeczy powinno się robić dla siebie. Będę miała na to przecież mnóstwo czasu. Twój brak mnie nie zatrzyma, nie zamknę się w domu, nie będę się nad sobą użalać, wyjdę wieczorem i wcale nie napiszę do Ciebie po pijaku. Nie będziesz słuchał mojego zawodzenia, jak to nie mam bez Ciebie życia. Mam, jest, trzymam je w rękach. Problem w tym, że choćbym zrobiła to wszystko, to nic z tego nie ucieszy mnie tak, jak cieszyło mnie, gdy jeszcze byłeś obok. Mogę zdobyć wszystkie szczyty, tylko co z tego, jeśli będę stała na nich sama. Mogę być najlepsza, tylko co z tego, jeśli nie spojrzysz na mnie i nie powiesz: ‘Mała, jestem z Ciebie dumny.’.

-Marta Kostrzyńska

O miłości - część 2.

Najgorsze w tym wszystkim są te rzeczy, do których tak cholernie łatwo się przyzwyczaić.

Budzę się rano przed Tobą i dopóki Cię nie obudzę, patrzę wprost w Twoje najpiękniejsze, jeszcze zamknięte oczy, przyglądam się wargom ulubionych ust i obserwuję delikatnie unoszącą się klatkę piersiową, w której bije najlepsze, choć tak słabe serce. Idę do kuchni i przygotowuję dwie kawy, dla Ciebie sypaną, bardzo mocną, bez mleka i cukru, którą wypijasz jeszcze gorącą. Wychodząc, domagam się buziaka, a Ty przyciągasz mnie mocno do siebie i całujesz. Przez cały dzień staram się być najlepsza we wszystkim, co robię. Myślę, że jeśli już nawet nie dla siebie, to na pewno dla Ciebie, bo nikt nie wierzy we mnie, tak bardzo jak Ty. Robię zakupy i nie zapominam o stosie cukierków i czekoladzie z całymi orzechami, którą pochłaniasz na raz. Zawsze wydaje mi się, że to nic wielkiego, przy tym wszystkim, co chciałabym Ci dać, ale właśnie wtedy dziękujesz mi tym moim ulubionym uśmiechem i już wiem, że Ty wcale wiele nie chcesz. Idziemy do kina i cały film trzymasz mnie za rękę. Jemy pizzę z szynką i pieczarkami i za każdym razem zamawiasz dwie duże, choć zawsze mówię, że już nigdzie tego nie zmieszczę. Wchodzimy pod kołdrę, włączasz film i właśnie wtedy, kiedy wtapiam się w Twoje ramię, czuję, że to wszystko, czego chcę, wszystko, czego pragnę. Że warto. Że każdy dzień ma sens, kiedy jesteś obok.

Budzę się rano, cóż, nie wiem czy przed Tobą i dopóki nie przekonam sama siebie, że warto tym razem jednak wstać, patrzę wprost na siną ścianę cichego, pustego pokoju i obserwuję za oknem deszczowe chmury, płynące wolno w rytm mojego, jeszcze bijącego, choć tak słabego serca. Idę do kuchni i przygotowuję dwie kawy, dla Ciebie sypaną, bardzo mocną, bez mleka i cukru, która jednak w końcu zawsze wystyga. Wychodząc, zawsze bardzo spieszę się na tramwaj, z prędkością światła zakładam kurtkę i zamykam drzwi. Nigdy jednak na ten tramwaj nie zdążam, bo już w połowie klatki schodowej zatrzymuję się ze łzami w oczach i zastanawiam  jak długo jeszcze będę musiała tak uciekać. Przez cały dzień robię wszystko, by po prostu przetrwać. Myślę, że choć staram się chociaż dla siebie, to nic nie boli mnie tak, jak fakt, że nikt nigdy nie przestał we mnie wierzyć tak szybko, jak Ty. Robię zakupy i nie zapominam o stosie cukierków i czekoladzie z całymi orzechami. Nikt nie pochłania jej na raz, nikt nie pochłania jej na dwa, nawet na piętnaście razy. Nikt nie dzieli jej na kostki, nie odrywa po kawałku, nikt nie zjada najpierw orzechów, a później czekolady. Zawsze wydaje mi się, że to nic wielkiego przy tym wszystkim, co chciałabym Ci dać i już po chwili wiem, że to wszystko, to zawsze było za mało. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Nie zjadam w całości nawet jednej dużej pizzy z szynką i pieczarkami. Wchodzę pod kołdrę, włączam film i właśnie wtedy, kiedy wtapiam się w moją zimną poduszkę, uświadamiam sobie, że nie czuję już nic. Że nie warto. Że żaden dzień nie ma sensu, gdy nie ma Cię obok.

-Marta Kostrzyńska