limonki

Limonkowa panna cotta z sosem z mango

Przepis na klasyczną panna cottę pojawił się już na naszym blogu. Dziś prezentujemy dla Was bardziej tropikalną, orzeźwiającą jej odmianę :) Sok i skórka z limonki nadają jej delikatnego, kwaskowego smaku, który osłodzi sos z mango. 

Pamiętajcie o tym, aby podczas zakupów wybrać dojrzały owoc, który jest miękki, a jego miąższ ma intensywną żółtopomarańczową barwę.

SKŁADNIKI:

Na 4 - 6 porcji.

Panna cotta limonkowa:

  • 500 ml śmietanki 30 - 36%
  • 80 g cukru
  • 10 g żelatyny
  • ½ laski wanilii
  • 2 limonki

Sos mango:

  • 1 dojrzałe mango
  • 1 pomarańcza (można zastąpić odrobiną soku pomarańczowego)
  • 1 łyżka miodu (opcjonalnie)

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Panna cotta limonkowa:

  1. Połowę śmietanki (250 ml) przelewamy do rondelka. Dodajemy cukier oraz nasionka wydrążone z laski wanilii (pozostałości z laski wanilii również można wrzucić do rondelka).
  2. Żelatynę zalewamy dwiema łyżkami zimnej wody - pozostawiamy na kilka minut, aby napęczniała.
  3. Na małym ogniu doprowadzamy śmietankę do wrzenia. Zdejmujemy z palnika, dodajemy żelatynę, dokładnie mieszamy, aby się rozpuściła.
  4. Cedzimy zagotowaną śmietankę przez sitko i pozostawiamy do ostygnięcia.
  5. Ścieramy skórkę i wyciskamy sok z limonek, dodajemy do zagotowanej śmietanki, dokładnie mieszamy. 
  6. Pozostałą śmietankę (250 ml) ubijamy na sztywno za pomocą miksera. 
  7. Łączymy obie śmietanki za pomocą łyżki lub silikonowej szpatuli.
  8. Przelewamy masę do szklaneczek lub foremek i wstawiamy do lodówki na kilka godzin, aby panna cotta stężała.

Sos mango:

  1. Dojrzałe mango obieramy ze skórki, oddzielamy miąższ od pestki i przekładamy do kielicha blendera.
  2. Wyciskamy sok z pomarańczy, dodajemy odrobinę miodu do smaku i miksujemy na gładki sos.

Panna cottę limonkową podajemy z sosem mango, udekorowaną świeżymi owocami i/lub listkiem mięty.

Smacznego!

Co to będzie, co to będzie? Ktoś zgadnie? ;)
Lecę na siłownię, a po południu możecie spodziewać się przepisu na blogu :)
__________
www.ilovehowitfeels.pl

#avocados #avocado #awokado #limes #limonka #limonki #lime #walnuts #orzechy #orzechywloskie #wloskie #dates #daktyle #yummy #delicious #foodporn #zdroweodzywianie #zdrowejedzenie #fitfood #healthyfood #ilovehowittastes #ilovehowitfeels

Kremowym delikatnym w smaku smoothie ze szpinaku, awokado, banana i soku z limonki zaczynamy nowy dzień. Czy wiecie dlaczego warto jeść awokado?To owoc młodości-zapobiega starzeniu, obniża poziom cholesterolu, reguluje ciśnienie krwi, działa przeciwnowotworowo, pomaga przyswajać składniki odżywcze, czuwa nad pracą serca i korzystnie działa na układ nerwowy. Jedzenie awokado dobrze wpływa też na oczy, długo możnaby jeszcze wymieniać zalety….Ale,, musimy też uważać, bo niestety jest bardzo kaloryczny. #śniadanie #breakfast #smoothie #greenpower #shrek #koktajl #coctail #awokado #szpinak #banan #granat #nerkowce #limejuice #spinach #avocado #fruits #cashew #kiwi #pomegranates #fitfam #diet #vegetarian #fitstyle #instafit #instafood #fitbody #eatgood #fitandhealthy by eliza_betka on February 03, 2016 at 03:34AM

Muzyka dla kameleonów

Sobota zaczęła się w niedzielę. Zbiegłszy spiralą schodów, wydostałem się z kleistego ukropu, by odzyskać oddech w pokoju moich reminiscencji. Ostatni wieczorny drink jest doskonały i uśmiecha się do mnie jedną szóstą limonki. Kostki lodu wygrywają znajomy rytm, kiedy po cichutku żałuję wyminięć, które wcale mi się nie przytrafiły.

W krótkich momentach przebudzenia świat odzyskuje ostrość. To znajomy widok ściśle skojarzony z krajem lat dziecinnych i czasem naiwnej beztroski. Nie sposób sprowokować zdarzeń dość intensywnych, by potrafiły wytrącić z tego lepkiego letargu. Muszę się budzić samodzielnie, muszę pamiętać, żeby stale to robić, a przynajmniej najczęściej, jak to tylko możliwe. Zapisuję sobie we wnętrzu dłoni - BĄDŹ TU TERAZ.

Swobodnym potokiem słów, emocjonalnym ekshibicjonizmem koimy przypływ pragmatycznego wyczerpania. To za mało. Wchodzę do wanny i oblewam się lodowatą wodą, siedzę na jej dnie, mocząc tyłek w kałuży i to się robi błyskawicznie nudne. Zaczynam sądzić, że noc specjalnie myli mnie w odliczaniu, póki w nagłym zrywie nie wypluwam na papier słów lepszych niż dotychczasowe. Dość.

Ryk nocy zaklęty w nieokrzesanych eksplozjach entuzjazmu. Zapewne dryfujemy po morzu ognia pchani tym samym pędem. Nie mogę uwierzyć, że jestem w tym mieście ostatnim trzeźwym, ani w to, że uparcie trzymam oczy szeroko otwarte i ogniki przemykające wśród wiekowych cegieł ponad głowami sunącego powoli tłumu wlatują mi przez oczy i wirują wewnątrz czaszki. Otwieram się na ciebie, elektryczne powietrze. Wypatruję duchów w zaułkach i znaków słanych mi przez gołębie krążące nisko pozornie bez ładu.

Klęczę na drewnianej podłodze, pisząc to. Niewygodnie jest próbować być samym w tłumie. Czuję, że cały czas mam szalony lub chociaż zaskoczony wyraz twarzy. Widzę wszystko, czuję każdą obecność. W tej nadświadomości staję się bezkarny i roztaczam wachlarz absurdu jak przystało na człowieka ogarniętego obłędem wolności.

Ubranie lepi mi się do ciała. Noc jest idealnie parna, kiedy mijam senne rozmazane postacie. Ich kształty i mowa są rozmyte. Neony w oknach burdeli twierdzą, że otwarte i mijam trzy dziwki opychające się kebabem. Wpadam w plamę ciemności. Potem seria delikatnych sugestii, skręcam w uliczkę, z której sporadycznie wymykają się parami trzymające się za ręce kobiety.

Czuję nad głową białe fale w kształcie piły, które przepływają mi przez mózg na tle granatowego nieba. Będzie się miało na dzień, ale sobota trwa uparcie. Podążam za pretensjonalną muzyką. Dr Kite wypada z czarnego prostokąta, odbija się od stojącego obok mężczyzny i rusza ku mnie napędzana szybko parującą w upale nerwowością. Nie umiem orzec, które z nas niesie kogo. Bombardujemy ulicę kondensacjami przechwałek i eksplozjami śmiechu. Powoli zaczynam czuć się odpowiedzialny za sukces naszej bezczelności.

Wspinamy się pod prąd kaskady niedorzecznie atrakcyjnych kobiet z ustami wypchanymi gąbczastą wołowiną. Wszystkie drobne upadki urastają do rangi życiowych porażek, dlatego sączymy sterty wściekłości przez warstwę histerycznego rozbawienia na widok ochroniarza, który trzyma przeszklone drzwi od wewnątrz, broniąc nam dostępu do jedzenia.

Staje się jasne, że niedziela nie zacznie się już o czasie. Siadamy na ziemi i dr Kite zasypia. Ja być może także.

We śnie wchodzę do mokrego ogrodu. Powietrze wreszcie jest zimne. Poranna mgiełka i fantazyjne rzeźby rozrzucone po trawnikach utwierdzają mnie w przekonaniu, że to się nie dzieje naprawdę. Monotonna rajska muzyka wabi mnie i innych śniących we właściwym kierunku. Przekraczam sztuczny potok, rozchylam gałęzie i wkraczam na dziedziniec porośnięty trawą. Czarne ludzkie sylwetki pełzną po niej z wolna w stronę źródła dźwięku - budynku, którego ściany pokrywają powykrzywiane kamienne twarze. Oczy ich wszystkich zwrócone na mnie. Nigdy jeszcze nie czułem się tak bliski pogańskiemu słońcu. Kula czarnej energii skrzy się w mojej skroni. Przysiadam na moment i kładę obie dłonie na trawie, wypuszczam resztę fal przez palce. Czuję pod nimi pracujący mechanizm, czuję obroty Ziemi. Spotykamy się we śnie i słuchamy niczego w niczym, póki nie milknie ostatni instrument, a potem patrzymy w niebo.

- Leżysz na mokrej trawie.

Nie szkodzi, po to tu przyszedłem, to jest właśnie to, czego chciałem. Przewidziałem nadejście chmur, przewidziałem każde drgnienie czubków drzew i nie dręczą mnie już swoją zagadką, zakreślają znajome kręgi. Wiem, co ten ptak robi nad nami, przecież to oczywiste. Kamienne twarze szepczą pożegnania i wracam po własnych śladach, cofam taśmę, zachowuję ten sen na później.

190720151937