krukie

Szum morza, odgłosy mew... Jakby były one zwiastunem śmierci. Choć do tej roli bardziej pasują kruki swoim ubarwieniem, tak jak orły jako omeny wojny, a z kolei  hindusi uważali biały za kolor żałobny. Wszystko w końcu zależało nie tylko od punktu widzenia, ale środowiska, wychowania...            Na piasku siedział młody brunet, na którego kolanach leżała słabnąca blondynka, jego życiowa miłość. Miał łzy w oczach oraz nadzieję, że to się tak nie skończy, paniczna myśl, której się chwytał jak brzytwy by nie ugrzęznąć całkowicie w bagnie rozpaczy. - Diano, trzymaj się, pobiegnę po pomoc! - Nie - zaprotestowała i osłabionym chwytem przytrzymała go przy sobie. W końcu i tak jej dłoń się zsunęła, zbyt słaba by go trzymać za ramię. - Nie zdążą, za późno - wyszeptała patrząc swoimi lazurowymi oczami w jego zielone tęczówki. - Zostań, chcę żebyś był przy mnie, gdy będę odchodzić. - Co ty mówisz! - zawołał, kręcąc żywo głową. Nie potrafił do siebie dopuścić tej myśli, okłamywał sam siebie, że to się nie stanie. Na marne, choć co mu pozostało? - Zostaniesz tu ze mną, dasz radę! - Jewgienij, dobrze wiesz, że nie - powiedziała słabo, obie jej dłonie opadły na pomarańczowy od światła zachodzącego słońca piasek, zaś nogi zwisały bezwładnie. Trucizna się rozprzestrzeniała coraz bardziej, a blondynka odczuwała to coraz bardziej. Ona nosi w piersi zmierzch i wie, że musi przetrzymać. Brunet wplótł dłonie w jej włosy z tyłu głowy, znów pokręcił głową. Nie jego Diana, ta roześmiana, pełna życia, szczęśliwa, nie! Przeklinał los za to co się stało, choć nie na głos, bo nie chciał burzyć spokoju ukochanej w tak poważnej chwili. Zapragnął, by chociaż ten moment był jak najlepszy jak tylko się dało, zrobiłby teraz dla tego wszystko co mógł. Nie potrafił także zwracać uwagi na odgłosy, jakie słyszał zza pleców, może z pięćset metrów stąd? Orkiestra, wesołe krzyki i śmiechy, zupełne przeciwieństwo tej dwójki teraz. - Proszę, daj mi ten ostatni pocałunek - wyszeptała, już przymykając oczy. Nie był głupi, wiedział co właśnie nadchodzi, że to już są ostatnie sekundy. I pocałował ją tam, gdzie morze kończy się. Jej usta słabe i blade, a jego oczy nabiegły łzami. W końcu ich wargi się rozłączyły, zaszklone oczy patrzyły już na niego. Ostatni raz spojrzał na te lazurowe tęczówki, zanim łzy mu rozmazały obraz i przymknął jej powieki palcami. Była martwa, a ciało już zupełnie bez władzy tylko to potwierdzało. Uniósł swoją głowę ku niebiosom, jakby była tam siła odpowiedzialna za śmierć Diany, sam zabójca. Wziął głęboki oddech, zebrał siły i wydał z siebie potężny, głośny i do cna przepełniony bólem krzyk rozpaczy, tuląc do siebie zwłoki ukochanej. ~ Erica aka UltimateSandwich
Chciałbym ci to dać. Kilka tysięcy wierszy jakie napisałem. Swoje życie, wielką czekoladę nadziewaną grzechami. Misia koala i Empire State Building. Owoce i kwiaty. Wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne. Kominek, bujany fotel i mruczącego kota. Unikatowe znaczki pocztowe. Białe kruki, zielone pelikany i szal z tęczy. Boską wszechmoc. Nirwanę i wielogodzinny orgazm. Nietknięte stopą człowieka planety, nietknięte myślą wymiary. Skrzące się dowcipem litanie ku twojej czci i jakiś drobny, lecz genialny wynalazek. Eleganckie buty na niebotycznie wysokich obcasach. Nieśmiertelność. Czystą wodę, zieloną trawę i błękitne niebo. Wolność, pokój, Miłość i radość. Trąby powietrzne i dmących w nie powietrznych aniołów, szczyty gór strzelistych jak organy i całą świątynie wszechświata.
—  Jacek Podsiadło