kapturer

Znajdź kogoś, kto nie pyta Cię czy masz czas. Kogoś, kto czeka na Ciebie, mimo swojego pośpiechu na autobus. Kogoś, kto łapie Cię za rękę, patrzy Ci w oczy i mówi, że jesteś piękna. Kogoś, z kim najnudniejsza czynność staje się fascynująca. Kogoś, kto umie Ci powiedzieć, że tęskni. Kogoś, kto nie robi tego, czego nie chcesz. Kogoś, komu nie przeszkadza deszcz i brzydka pogoda. Kogoś, kto przepuszcza Cię w drzwiach i nie patrzy przy tym na Twój tyłek. Kogoś, kto pójdzie z Tobą na zakupy, mimo że potrafisz zastanawiać się naprawdę długo. Kogoś, kto zatrzymuje się i przytula Cię na środku drogi, w tłumie ludzi- BO TAK. Kogoś, kto wiąże Ci buta, bo Tobie nie chce się schylić. Kogoś, kto tańczy z Tobą w parku, mimo że ciągle depczesz mu po nogach. Kogoś, kto sprawia, że przestajesz się bać. Kogoś, kto ściąga kaptur, gdy go o to prosisz. Kogoś, kto nie musi pamiętać o Twoich urodzinach, bo codziennie kupuje Ci kwiaty. Kogoś, przy kim nie musisz udawać. Kogoś, kto ubiera czerwony krawat, (mimo że nienawidzi czerwonego) tylko dlatego, że Ty tego chcesz. Znajdź kogoś, kto pamięta, gdzie pierwszy raz złapałaś go za rękę i w który policzek najpierw pocałowałaś. Kogoś, komu ufasz bez żadnego ‘ale’. Kogoś, komu podobają się Twoje nieuczesane włosy. Kogoś,kto przed każdym dotykiem pyta, czy może. Kogoś, kto obejmuje Cię od tyłu, bo wie, że to uwielbiasz. Kogoś, kto powie 'stój’ i złapie za rękę,gdy będziesz przechodzić przez jezdnię. Kogoś, kto namiętnie złapie Cię w pasie, oprze o najbliższy budynek, a w jego wzroku zobaczysz słowa “chcę Cię”. Kogoś, dla kogo chcesz stawać się lepsza. Kogoś,kto nigdy nie sprawia Ci bólu- i nie doprowadziłby Cię do łez. Kogoś, kto pisze do Ciebie pierwszy, mimo że tego nie lubi. Kogoś, kto Cię nie ocenia. Kogoś, kto całuje Cię w szyję, gdy rozmawiasz przez telefon. Kogoś, przy kim właściwie nie czujesz nic nadzwyczajnego. Czujesz po prostu, że wszystko jest tak, jak ma być. ŻE WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU.

anonymous asked:

Jak powiedzieć kocham?

Ubierz czapkę, bo jest zimno.
Zapnij pasy.
Może spróbuj sobie odpuścić tego jednego papierosa.
Połóż się już spać, bo rano nie wstaniesz.
Weź parasol ze sobą, bo kaptur to za mało.
Zamówię Ci pizze.

#14264

w ciągu dnia, robie makijaż, który dodaje mi pewności siebie. Uśmiecham się, śmieje, gadam czasem bzdury, zdarzą się sprośne zdania. Przychodzi wieczór, zmywam wszystko. Siedze w bluzie, zakładam kaptur i dopada mnie smutek.Nie wiem dlaczego tak mam. Męczy mnie to

Znajdź kogoś, kto nie pyta Cię czy masz czas. Kogoś, kto czeka na Ciebie, mimo swojego pośpiechu na autobus. Kogoś, kto łapie Cię za rękę, patrzy Ci w oczy i mówi, że jesteś piękna. Kogoś, z kim najnudniejsza czynność staje się fascynująca. Kogoś, kto umie Ci powiedzieć, że tęskni. Kogoś, kto nie robi tego, czego nie chcesz. Kogoś, komu nie przeszkadza deszcz i brzydka pogoda. Kogoś, kto przepuszcza Cię w drzwiach i nie patrzy przy tym na Twój tyłek. Kogoś, kto pójdzie z Tobą na zakupy, mimo że potrafisz zastanawiać się naprawdę długo. Kogoś, kto zatrzymuje się i przytula Cię na środku drogi, w tłumie ludzi- BO TAK. Kogoś, kto wiąże Ci buta, bo Tobie nie chce się schylić. Kogoś, kto tańczy z Tobą w parku, mimo że ciągle depczesz mu po nogach. Kogoś, kto sprawia, że przestajesz się bać. Kogoś, kto ściąga kaptur, gdy go o to prosisz. Kogoś, kto nie musi pamiętać o Twoich urodzinach, bo codziennie kupuje Ci kwiaty. Kogoś, przy kim nie musisz udawać. Kogoś, kto ubiera czerwony krawat, (mimo że nienawidzi czerwonego) tylko dlatego, że Ty tego chcesz. Znajdź kogoś, kto pamięta, gdzie pierwszy raz złapałaś go za rękę i w który policzek najpierw pocałowałaś. Kogoś, komu ufasz bez żadnego ‘ale’. Kogoś, komu podobają się Twoje nieuczesane włosy. Kogoś,kto przed każdym dotykiem pyta, czy może. Kogoś, kto obejmuje Cię od tyłu, bo wie, że to uwielbiasz. Kogoś, kto powie ‘stój’ i złapie za rękę,gdy będziesz przechodzić przez jezdnię. Kogoś, kto namiętnie złapie Cię w pasie, oprze o najbliższy budynek, a w jego wzroku zobaczysz słowa “chcę Cię”. Kogoś, dla kogo chcesz stawać się lepsza. Kogoś,kto nigdy nie sprawia Ci bólu- i nie doprowadziłby Cię do łez. Kogoś, kto pisze do Ciebie pierwszy, mimo że tego nie lubi. Kogoś, kto Cię nie ocenia. Kogoś, kto całuje Cię w szyję, gdy rozmawiasz przez telefon. Kogoś, przy kim właściwie nie czujesz nic nadzwyczajnego. Czujesz po prostu, że wszystko jest tak, jak ma być. ŻE WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU.
Jestem uprzejmy, ale nie nadskakujący, nie mam przyklejonego uśmiechu. Dla mnie ważna jest prawda, nie cierpię fałszu, dwulicowości. Jeżeli z kimś rozmawiam i staram się być szczery, to czasem jestem niewiarygodny. Wielokrotnie spotkałem się z sytuacjami, kiedy ktoś próbował mi zaszkodzić, mówiąc na mój temat różne rzeczy za moimi plecami, często interpretując moje zachowania całkowicie subiektywnie. Nie mam ani super pewności siebie, ani poczucia wyjątkowości. Jestem wrażliwy, wręcz nadwrażliwy. Cała moja postawa jest defensywna - gdybyś spotkała mnie na ulicy, miałbym nasunięty kaptur, palił papierosa i pewnie nie szukał kontaktu. Łatwo mnie zranić, chociaż ostatnio może mniej, bo czuję akceptację ludzi. Widzę, że to, co robię, ma sens.
Requiem dla żyjących

Radość minionej chwili zamienia się
szybko w czarny kaptur z otworami
na oczy, usta, język i żale. Żale.
Żyjący wciąż zajęci są
żegnaniem odchodzących dni,
które przypominają naświetlony,
lecz nigdy nie wywołany film.
Żyjący żyją tak lekkomyślnie, tak niedbale,
że zmarli nie posiadają się ze zdumienia.
Śmieją się smutno i wykrzykują, ach, dzieci,
i my byliśmy tacy sami. Tacy sami.
Kwitły akacje.
Słowiki gwizdały w gałęziach, nad nami.

Adam Zagajewski

Traditional headdresses of Belarus - namitka

Married women could not show themselves in public without covering their hair. There were three types of headdress in Belarus: a towel-like (namitka, hustka); a horn-like (rozhki, saroka) and a cap-like (chapec, kaptur). The most common and most interesting type of Belarusian headdress was namitka. It is just a long piece of thin white of light-grey linen fabric 30-60 cm wide and 2.5-4.5 m long decorated with embroidered ornament along the borders. The beauty and uniqueness of namitka was in artful draping. Each district had its own way which sometimes could differ even from village to village.

I hear you calling in the dead of night - Rozdział 1

Tak naprawdę nikt nie zwraca uwagi na Marcela. Bo niby dlaczego mieliby to robić? Wykorzystuje on każdą możliwą okazję, aby stać się niewidzialnym (co jest nieco trudne, kiedy ma się długie oraz nieporęczne koniczyny, które nie do końca dają się kontrolować, i okulary ze szkiełkami tak grubymi jak teleskop Hubble’a). Poważnie – gdyby w słoneczny dzień patrzył w ziemię wystarczająco długo, na pewno roznieciłby ognisko w mrowisku niczego niespodziewających się mrówek. Na szczęście dla miejscowej populacji owadów, słonecznych dni w Anglii jest bardzo mało.

Jeśli Marcel nauczył się czegoś w ciągu szesnastu krótkich lat to tego, że jedyną gorszą rzeczą od bycia niezauważalnym jest bycie zauważonym z niewłaściwych powodów. Został popchnięty na wystarczająco wiele szafek i zniósł wystarczająco dużo majtkowania, że zdążył się już do tego przyzwyczaić. Mama Marcela jest przekonana, że wszystko się zmieni, kiedy jej syn pójdzie na studia. Że nikogo nie będzie obchodziło, że jego okulary są dwa razy grubsze niż denka od butelek, czy też to, że jego spodnie są zbyt wysoko podciągnięte i że wygląda jakby nosił ubrania z jesiennej kolekcji Marka & Spencera z 1974 roku (Marcel był przekonany, że brązowy tweed jest podstawą brytyjskiej mody). Ale do studiów jeszcze długa droga, a w między czasie Marcel musi sobie jakoś radzić.

Traktuje szkołę jak pracę – jak zobowiązanie – żeby mógł przejść do następnego etapu swojego życia. Chodzi na lekcje, siada gdzieś w środkowych rzędach (aby nie zostać wrzuconym do jednego worka z kujonami i lizusami z przodu oraz niegrzecznymi chłopakami strzelającymi papierowymi kulkami w sufit z tyłu). Bardzo rzadko chodzi na świetlicę, a stołówki unika jak ognia. Astma Marcela jest na tyle poważna, że ma zwolnienia z zajęć wychowania fizycznego. Wolne lekcje spędza w bibliotece, rozmawiając z Almą, bibliotekarką w średnim wieku, która poleca mu książki i w zasadzie jest jego jedyną przyjaciółką.

Marcel codziennie je drugie śniadanie w toalecie dla niepełnosprawnych, ser i ogórek na białym pieczywie w jednej ręce i otwarta książka w drugiej (okazjonalnie jedzenie faktycznie trafia do jego ust, a nie spada na jego wełnianą kamizelkę, kiedy on wpatruje się w każde słowo autora). Wydaje się, że nikt nie zauważa jego nieobecności, a on sam dostaje wystarczająco dobre oceny – nie na tyle wysokie, żeby dostać wyróżnienie, ale też nie tak niskie, by wpędziły go w kłopoty – więc w ten sposób również nie przyciąga na siebie uwagi.

Właściwie Marcel jest tak niewidzialny, że jeśli nauczyciele nie wezwą go do odpowiedzi na lekcjach – co rzadko robią – Marcel może przetrwać dzień bez rozmawiania z kimkolwiek innym niż jego mamą, siostrą Gemmą oraz kotem o imieniu Dusty.

Ale to w porządku. Marcel lubi swoją rutynę. Lubi jeść to samo na drugie śniadanie i chodzić tą samą drogą ze szkoły do domu. Lubi całować swoją mamę w policzek, kiedy wychodzi lub wraca. Lubi chodzić do swojego pokoju po zajęciach, by poczytać książkę siedząc pod kocem na parapecie, z kubkiem herbaty i uspokajającym ciepłem Dusty zwiniętej w kłębek na jego kolanach. Jego życie jest przewidywalne, ale też bezpieczne, a to najlepsze na co może mieć nadzieję.

I nawet jeśli troszeczkę, odrobinę podkochuję się w kapitanie szkolnej drużyny piłki nożnej, Louisie Tomlinsonie, cóż, to tylko i wyłącznie jego sprawa.

Tylko, że pewnego dnia wszystko idzie wyjątkowo źle. Pada mocny deszcz, który sprawia, że drogi są nienaturalnie śliskie i zdradliwe. Oznacza to, że samochód pędzący wzdłuż ulicy Marcela nie da rady zatrzymać się na czas, by uniknąć potrącenia Dusty, która próbuje wcisnąć się pod zaparkowane auto, chcąc schronić się przed ulewą.

Marcel wraca pieszo ze szkoły, tą samą drogą co zawsze – niezależnie od tego, czy świeci słońce czy pada deszcz – nogawki jego tweedowych spodni schowane są w zielone kalosze, kaptur jego płaszcza przeciwdeszczowego chroni go przed strumieniami wody lejącej się z nieba, kiedy to się dzieje. Wszystko toczy się tak szybko, że nie ma czasu by zareagować, a co dopiero spróbować to powstrzymać.

Kiedy klęczy w kałuży, na samym środku drogi, dławiąc się płaczem i tuląc ciało swojego martwego kota – kota, którego miał od ponad dziesięciu lat – jego instynkt samozachowawczy całkowicie znika. W tym momencie nie ma znaczenia, że Liam Payne, znajdujący się na samym szczycie drabiny społecznej, na którą Marcel nawet nie próbował się wspiąć, widzi go w takim stanie. Nie ma znaczenia, że świat, który tak bardzo starał się chronić przed innymi, wypływa teraz bez jego zgody. Nic tak naprawdę nie ma znaczenia, oprócz tego, że Dusty odeszła i już nigdy nie wróci.

Przez moment, z powodu zaparowanych okularów, Marcel nie jest pewien czy to Liam, chociaż to zdecydowanie jego samochód. Ale nagle czuje silną dłoń na swoim ramieniu i Liam klęka obok niego. To tak jakby Marcel czekał na nadejście tego dnia. Jak tandetnie zbudowana tama powstrzymująca rzekę, możesz trzymać swoje życie na dystans tak długo aż nie zacznie ono toczyć się własnym torem.

- O Boże, tak mi przykro… Ja… - Głos Liama załamuje się żałośnie, kiedy kładzie dłoń na mokrym i zimnym futrze Dusty, której ciało leży na kolanach Marcela, krew wsiąka w jego ubrania. Wilgoć przesiąkła przez materiał spodni Marcela, który jest przemoknięty do szpiku kości. Gdzieś w głębi duszy zdaje sobie sprawę, że drży, ale nie czuje zimna. Czuje tylko pustkę.

Przeznaczeniem Liama Payne było posiadanie smutnych oczu małego szczeniaczka i lekko wydętych warg, które sprawiały, że chłopak wydawał się nieszkodliwy i chętny do pomocy, więc Marcel nie potrafił zebrać w sobie energii, aby go znienawidzić. Żałuje, że nie może tego zrobić. Byłoby wtedy o wiele łatwiej.

Marcel nic nie mówi, nie może wykrztusić słów przez ściśnięte gardło. Jego szloch staje się nieco bardziej histeryczny, co doprowadza do groteskowego sapania. Szuka na ślepo swojego inhalatora. Tylko że nie widzi przez zaparowane okulary oraz deszcz i zamek jego plecaka się zaciął i – o Boże – Marcel umrze. Umrze w najmniej atrakcyjny sposób na oczach najlepszego kumpla Louisa Tomlinsona, z martwym kotem na kolanach. Nie mogło być inaczej.

- Wszystko w porządku? – Liam mruży oczy, a łagodny wyraz w jego ciepłych brązowych oczach staje się coraz bardziej zaniepokojony i pełen troski. Nic nie jest w porządku. A Liam klepiący go po plecach, tak jakby próbował pomóc mu odkaszlnąć, z pewnością nie pomaga. Marcel gorączkowo wskazuje na swoje gardło, starając się dać Liamowi do zrozumienia, że ma atak astmy, ale prawdopodobnie wygląda jak trzepoczący się kurczak, któremu odcięto głowę. Nie może przestać kaszleć i jest pewien, że macierze jego paznokci oraz usta zaczynają przybierać niepokojący odcień niebieskiego, podczas gdy jego drogi oddechowe zwężają się i coraz trudniej jest mu wciągnąć powietrze do wygłodniałych płuc.

Liam musi się czegoś domyślać, ponieważ właśnie wtedy, gdy przed oczami Marcela zaczynają pojawiać się czarne plamy i myśli sobie „cóż za rozczarowanie”, jego usta dotykają czegoś zimnego i metalowego. Liam Payne naciska pojemnik i to przynosi natychmiastowe ukojenie.

- Wszystko w porządku. Nic ci nie jest. Po prostu oddychaj – mówi cicho Liam, pocierając plecy Marcela, aby dodać mu otuchy. Gdyby Marcel był choć trochę świadomy tego, co się dzieje, mógłby powstrzymać dłoń rozplątującą jego mokre włosy, uwalniającą jego loki, którym poświęcił sporo czasu i wysiłku, próbując poskromić je za pomocą wosku. Gdyby był w pełni świadomy, pewnie czułby się zawstydzony faktem, że Liam tuli jego długie ciało do swojej szerokiej piersi, aby nie zemdlał i nie rozwalił sobie głowy o chodnik.

Marcel nadal ma zawroty głowy i jest słaby, ale jest w stanie brać małe oddechy do płuc, które wciąż wydają się być ściśnięte jak pięść. Jest tak wyczerpany, że nawet nie próbuje powstrzymać Liama, który podnosi go, niesie jak pannę młodą przez próg i sadza na przednim siedzeniu swojego auta. Liam wraca minutę później, kładąc zawiniątko na kolanach Marcela. Trzask drzwi jest ostatnią rzeczą, której Marcel jest świadom.

Kiedy Marcel odzyskuje przytomność, słyszy nad sobą przyciszone głosy i znajomy dźwięk deszczu uderzającego o dach. Jest mu ciepło i dziwnie wygodnie – leży pod stertą koców i ubrany jest w miękkie, suche ubrania – chociaż nie ma najmniejszego pojęcia gdzie jest i jak się tu znalazł.

- Nawet nie wiesz jak ma na imię? – pyta ktoś pełnym niedowierzania wysokim głosem, który o dziwo brzmi jak głos Louisa Tomlinsona.

- Zapomniałem zapytać między zabiciem jego kota a spowodowaniem u niego cholernego ataku astmy – odpowiedział Liam ze złością.

Marcel mruga powoli, gdy czyjaś delikatna dłoń odgarnia mu włosy z czoła.

- Wszystko w porządku, kochanie? – Kobieca twarz zerka na niego z góry, ale jej rysy są zamazane. Przez ułamek sekundy Marcel jest pewien, że umarł i widzi anioła. Ale gdyby naprawdę był martwy, nie potrzebowałby okularów, żeby lepiej widzieć, prawda?

- Gdzie ja jestem? – pyta, próbując usiąść. Wyłącznie po to, by zobaczyć niewyraźny obraz kogoś, kto wygląda jak Louis Tomlinson siedzący po turecku w nogach łóżka, co z pewnością wyjaśnia, dlaczego Marcel przestał czuć swoje stopy. Jednak to nie tłumaczy tego, co tutaj robi.

- Patrzcie kto się obudził – uśmiecha się Louis, wyciągając nogi i szturchając palcem bok Marcela. To nie powinno wywołać gęsiej skórki na całym jego ciele, ale i tak wywołuje.

- Przepraszam, ale nie wiedziałem co robić. Mama Louisa jest pielęgniarką, więc… - bełkocze niepewnie Liam, wręczając Marcelowi jego okulary. Chłopak je zakłada, a pokój dookoła niego nabiera ostrości.

Ściany są ciemno niebieskie i pokryte plakatami Manchesteru United. Dokładnie naprzeciw niego stoi telewizor z płaskim ekranem, do którego podłączona jest konsola gier wideo otoczona poplątaną stertą kontrolerów. Na podłodze leży mnóstwo ubrań, otwarte pudełko po pizzy z resztkami w środku i miseczka wypełniona czymś, co według Marcela jest zsiadłym mlekiem lub jogurtem. Kiedy dostrzega listery L i T wiszące na drzwiach, dociera do niego, że znajduje się w sypialni Louisa Tomlinsona. W jego łóżku. Może nawet ma na sobie ubrania Louisa Tomlinsona, którego legendarny tyłek usadowił się na jego nogach, jakby tam było jego miejsce. Ta myśl sprawia, że znowu zaczyna mu się kręcić w głowie i prawdopodobnie blednie, ponieważ twarz mamy Louisa napina się w obawie.

- Spokojnie – instruuje go i pomaga mu położyć się na stercie poduszek, które zaczęły podejrzanie pachnieć wodą kolońską i szamponem Louisa Tomlinsona. Nie żeby miał wiele okazji bycia na tyle blisko, żeby je powąchać, ale cóż, właśnie tak wyobraża sobie zapach Louisa. – Dałam ci zastrzyk sterydowy, więc powinno ci się trochę lepiej oddychać – mówi mama Louisa, pocierając klatkę piersiową Marcela tak jakby znów miał pięć lat i wrócił do domu z bólem brzucha. – Ale musisz się uspokoić. Napędziłeś nam wszystkim niezłego stracha. – Marszczy brwi, klepiąc go po ramieniu.

Marcel spogląda na Louisa i Liama. Nie wyglądają na przestraszonych. Tak naprawdę obaj próbują unikać jego wzroku.

- Louis, pomóż mi z herbatą dla dziewczynek i daj swojemu przyjacielowi trochę odpocząć.

- Mamo, to nie jest mój przyjaciel – jęczy Louis, doganiając swoją mamę i podążając za nią w dół schodów. Liam stoi niezręcznie w nogach łóżka, wpatrując się w swoje trampki.

- Mogę ją zobaczyć? – pyta cicho Marcel. Liam przytakuje i podnosi z parapetu mokre, pozbawione życia zawiniątko, po czym kładzie je w ramionach Marcela. W tym momencie chłopak zdaje sobie sprawę, że Liam zawinął Dusty w swoją kurtkę. Teraz jest już kompletnie zniszczona, jedwabna poszewka nasiąknęła krwią i brudem, ale jest to dziwnie wzruszający gest i sprawia, że gardło Marcela się ścisnęło. 

- Tak mi przykro… -  zaczyna ponownie Liam, ale Marcel kręci głową.

- W porządku. To był wypadek. Dzięki za pomoc, wcześniej… Wiem, że… Po prostu dzięki.

- Tak. Jasne. – Liam zabiera zawiniątko. – Zobaczę czy uda mi się znaleźć dla niej jakieś ładne pudełko, dobrze?

Marcel przytakuje, a gorące łzy ciekną z kącików jego oczu. Zdejmuje okulary i pozwala swoje ciężkiej głowie opaść z powrotem na poduszki. Zdecydowanie nie wdycha zapachu Louisa, kiedy zasypia.

Kiedy Marcel się budzi, Louis siedzi przy swoim biurku, jasnoniebieska poświata padająca z ekranu jego komputera uwydatnia rysy jego twarzy. W tle ma otwarty dokument tekstowy, bez wątpienia jest to wypracowanie z historii, które muszą jutro oddać, ale ignoruje je na rzecz pisania z kimś na czacie. Szatyn uśmiecha się do siebie co jakiś czas, gdy odczytuje  odpowiedź. Pewnie pisze ze swoją dziewczyną, myśli Marcel ze smutkiem.

W przeciwieństwie do Marcela, który nie mógłby być bardziej niewidzialny, nawet gdyby nosił pelerynę niewidkę z Pottera, wszyscy znają Eleanor Calder. Jest najładniejszą dziewczyną z przedostatniej klasy i nawet jeśli Marcel próbuje zapomnieć o jej istnieniu, ona jest wszędzie. W składzie cheerleaderek, chórku, klubie dyskusyjnym i drużynie tenisa. Została ogłoszona osobą z najładniejszymi włosami, najpiękniejszym uśmiechem oraz połową Najsłodszej Pary (drugą połową oczywiście jest Louis Tomlinson) w jej roczniku.

Louis szybko zamyka czat i okręca się na krześle, kiedy słyszy skrzypienie łóżka. Marcel siada powoli, delikatnie pocierając oczy. Musiało mu się zrobić gorąco podczas spania, ponieważ koce zsunięte są na koniec łóżka, a loki przykleiły mu się do mokrego od potu czoła. W domu zazwyczaj śpi nago.

- Śniło ci się coś fajnego? – parska Louis, patrząc znacząco na krocze Marcela. I och cholera, Marcel wcale nie ma wzwodu, a nawet gdyby miał, na pewno nie byłby widoczny przez spodnie dresowe pożyczone od Louisa Tomlinsona. Marcel zdaje sobie nagle sprawę, że ktoś musiał zdjąć z niego przemoczone ubrania i ubrać go w dresy Louisa. Tym kimś mógł być nawet sam Louis.

Twarz Marcela zalewa fala gorąca, kiedy bezskutecznie próbuje się zakryć.

- Nie przejmuj się, te spodnie widziały gorsze rzeczy – mówi uprzejmie Louis.

- Która godzina? – pyta Marcel. Podciąga kolana w górę, by ukryć swoją sytuację i na oślep szuka na stoliku swoich okularów.

- Siódma. Jeśliśmy już kolację, ale jestem pewien, że moja mama może coś przygotować, jeśli jesteś głodny…

- Nie, po-powinienem zadzwonić do mamy. Pewnie się martwi.

Louis wzrusza ramionami, nakłada słuchawki i z powrotem włącza swój czat.

- Jak chcesz.

Marcel szybko wyjaśnia całą sytuację swojej mamie (pomijając fragment o ataku astmy, żeby jej nie martwić) i po spytaniu Louisa o adres, jego mama mówi, że już jedzie. Marcel zbiera swoje rzeczy (mama Louisa je wyprała i teraz pachną cudownym zapachem proszku do prania Tomlinsonów).

Jay robi Marcelowi herbatę, kiedy czeka i nalega, by zapakować mu trochę domowej lasagne.

- Biedaku, musisz umierać z głodu – mówi, pakując ją w torebkę i dorzucając kilka czekoladowych ciasteczek domowej roboty.

Siostry Louisa powoli wkradają się do kuchni, jedna po drugiej, chcąc zobaczyć to przemoczone stworzenie, które ich brat uratował przed deszczem (mowa o Marcelu, nie o kocie. Dla biednej Dusty było już za późno). Wszystkie są uroczymi blondynkami i wyglądają jak ze zwiastuna filmu „Przekleństwa niewinności”.

Kiedy przyjeżdża mama Marcela, Daisy siedzi na jego kolanach i kolorują razem obrazek jednorożca przy kuchennym stole. Można wiele powiedzieć o braku społecznych umiejętności Marcela, ale przy dzieciach jest niesamowity. Louis przygląda im się cicho zza drzwi, ze skrzyżowanymi ramionami i nieodgadnionym wyrazem twarzy, połowicznie skrytym w cieniu.

Louis i mama Marcela rozmawiają ze sobą przez chwilę, gdy przemęczony i znużony Marcel gramoli się na przednie siedzenie, z kartonowym pudełkiem z Dusty ciążącym mu na kolanach jak cegła.

Marcel spogląda tylko raz spogląda w lusterko wsteczne, gdy wyjeżdżają z podjazdu i widzi twarz Louisa w ciepłym, jasnym świetle salonu, zanim chłopak pospiesznie zaciąga zasłonę z powrotem na miejsce.

Marcel dopiero teraz uświadamia sobie, że Louis nigdy nie zapytał go o jego imię.

Marcel siedzi w domu przez kolejne dwa  dni z powodu nalegań swojej matki. (Mama Louisa powiedziała jej o ataku i od tamtej poru martwi się o niego i krąży wokół jego pokoju jak pszczoła w ogrodzie pełnym róż.) Marcel nie lubi, kiedy ludzie poświęcają mu zbyt wiele uwagi, ale jest szczęśliwy, że może spędzić te kilka dni w łóżku i nadrobić zaległości w czytaniu. (Niepewny stos książek na jego szafce może w każdej chwili się przewrócić.)

Kiedy Marcel zatraca się w książce, prawie wcale nie rozmyśla o Dusty. Ma również mniej czasu na myślenie o Louisie i o tym jak niebieskie są jego oczy i jak odurzająco pachniała jego pościel. (Marcel naprawdę nie nosi dresów Louisa przez kolejne trzy dni, dopóki ich zapachy się nie wymieszały i nie potrafił już oddzielić zapachu Louisa od jego własnego.) Ale poza tym wszystko pozostało bez zmian.

Tak długo jak Marcel czyta, wszystko jest w porządku. Tak długo jak postępuje zgodnie ze swój rutyną, ma się dobrze. Tak długo jak wszystko zrobione jest we właściwej kolejności, a wszystkie rzeczy w jego pokoju są na właściwych miejscach może dać sobie z tym radę. Tylko kiedy kończy czytać ostatnie zdanie tego wieczora, kiedy gasi lampkę nocną stojącą przy jego łóżku, leży wdychając zapach Louisa i czuje okropny ból w klatce piersiowej. On tylko chce, żeby wszystko wróciło do normy – kiedy jego zauroczenie Louisem Tomlinsonem go nie niszczyło.

Dzień po wypadku urządzili Dusty skromny pogrzeb i mimo że Marcel wciąż jest zdruzgotany, pozwala to jakoś zamknąć tę sprawę. Gdyby tylko mógł zakopać w ziemi swoje serce, może wtedy mógłby zapomnieć też o Louisie.

Kiedy Marcel wraca w poniedziałek do szkoły, ma zamiar zapomnieć o całym incydencie. Tylko że…  kiedy podczas lunchu siedzi samotnie w kabinie, jego kanapki nie smakują tak dobrze jak zazwyczaj, a jego wzrok wciąż przebiega po tych samych czterech słowach w książce. Czy to mu się podoba czy też nie – coś się zmieniło. Marcel posmakował innego życia i jego własne już mu nie wystarcza. Zastanawia się nad tym, co porabia Louis. Prawdopodobnie siedzi na stołówce w otoczeniu swoich kumpli i rozśmiesza ich tak mocno, że zaczynają parskać colą przez nos. Prawdopodobnie. Na pewno nie myśli o Marcelu. Którego imienia nawet nie zna.

Marcel przyniósł ze sobą ubrania Louisa oraz plastikowy pojemnik jego mamy, żeby je oddać, ale przez cały dzień są one zamknięte w jego szafce, jak tykająca bomba. Ostatnia namacalna pamiątka po tamtym dniu, inna niż drewniany krzyż w jego ogródku. Głównie jest to pretekst, by ponownie porozmawiać z Louisem, ale Marcel zawsze był niezawodnie grzeczny i czułby się źle, gdyby zatrzymał rzeczy Louisa dla siebie (szczególnie teraz, gdy już nim nie pachną).

Ale Marcel nie widzi Louisa przez cały dzień – nie ma go na jedynej lekcji, którą mają razem i nie mija go na korytarzu podczas przerw. Marcel próbuje udawać, że nie czuje rozczarowania, ale okłamywanie samego siebie jest coraz trudniejsze. Pod koniec dnia jest już całkowicie przybity i nie ma siły temu zaprzeczać. Louis Tomlinson ma nad nim kontrolę.

W drodze na angielski Marcel zauważa Liama, ale jest z nim Zayn i jego oczy prześlizgują się po Marcelu bez chociażby skinienia. Więc wszystko wróciło do normy, co powinno go zadowolić, ale z jakiegoś powodu Marcel czuje się zły i zraniony. Jak Liam śmiał zabić jego kota oraz prawie jego i tak po prostu udawać, że nic się nie stało? Coś się stało i fakt, że nikt tego nie zauważa sprawia, że krew Marcela zaczyna wrzeć. Czy on i jego życie są zupełnie nieistotne? Czy jest tak niewidzialny, że nikt nie zauważyłby czy żyje czy jest martwy?

Ta myśl sprawia, że czuje się niespokojny. Nigdy nie obchodziło go czy on coś znaczy, dopóki znaczył coś dla swojej mamy, Gemmy i bibliotekarki Almy. Ale nagle chce, żeby ludzie go lubili. Aczkolwiek przypomina sobie, że pragnienie bycia lubianym, nie wystarczyło, żeby powstrzymać inne dzieciaki od dręczenia go. Pragnienie ich akceptacji i przyjaźni nie powstrzymało Stana Lucasa od ściągnięcia mu kąpielówek na oczach całek drużyny pływackiej w poprzedniej klasie.

Marcel próbuje uważać na lekcji historii, ale zamiast sporządzania notatek gryzmoli na marginesie zeszytu, ciągle pisząc inicjały LT&MS, aż zdaje sobie sprawę z tego, co robi i nerwowo je wymazuje. Kiedy jego lekcja się kończy, wychodzi z klasy z zamiarem znalezienia Louisa, oddania mu jego rzeczy i wydostania się z tego cholernego chaosu. Marcel po prostu chce mieć to wszystko za sobą. Nic dobrego nie wynikło z pragnienia zdobycia przyjaciół i zdecydowanie nic dobrego nie wyszło z tego, że kujon-gej jest zauroczony szkolną gwiazdą piłki nożnej.

Po lekcjach można znaleźć Louisa na boisku albo w audytorium (oprócz bycia kapitanem drużyny piłki nożnej jest też świetnym aktorem), więc kiedy Marcel nie widzi go na boisku, idzie z powrotem do szkoły, a torba z ubraniami Louisa ciągnie go w dół jak kotwica. To najpóźniejsza pora o jakiej Marcel był w szkole przez te wszystkie lata. Dawno temu nauczył się, że ociąganie się było zaproszeniem dla dręczycieli, więc opuszcza szkołę zaraz po ostatnim dzwonku.

Po przebywaniu w jasnym świetle  boiska,  nieprzenikniona ciemność audytorium sprawia, że czuje się tak, jakby spadał gwałtownie na dno zimnego jeziora. Louisa tu nie ma i Marcel ma wrażenie, że tonie. Wyciąga z kieszeni swój inhalator i bierze uspokajające wdechy, próbując przynieść ulgę swojej zaciskającej się klatce piersiowej. W sali jest chłodno i niesamowicie cicho. Marcel zastanawia się jakie to uczucie stać na scenie w jasnym świetle. Jakie to uczucie, kiedy oczy wszystkich ludzi są skierowane na ciebie. Prześlizguje się między siedzeniami jak cień, nie pozostawiając nic za sobą.

Ma zamiar się odwrócić, kiedy słyszy cichy szelest dobiegający zza kurtyny. Z łomoczącym sercem wspina się po schodach prowadzących na scenę, rozsuwając ciężką aksamitną kurtynę, która prowadzi za kulisy. Jest tam ciemno i pachnie stęchlizną, a ściany oraz podłoga pomalowane są na jednolity odcień czerni. Jedyne światło pochodzi z małej toaletki, gdzie dziewczyna siedząca plecami do niego, nakłada szminkę na usta. Marcel nigdy wcześniej nie widział tej dziewczyny i to jest dziwne, ponieważ na pewno zapamiętałby tak oszałamiającą twarz.

Jej oczy napotykają jego odbicie w lustrze. Dziewczyna z łoskotem upuszcza szminkę i odwraca się w jego stronę z wściekłością wypisaną na twarzy.

- Co ty tutaj robisz? – pyta dziewczyna głosem niższym niż Marcel sobie wyobrażał.

- Przepraszam… - jąka się. – Ja tylko… Szukam Louisa Tomlinsona… Tego, który jest w drużynie piłki nożnej…

- Wiem, kim jest Louis Tomlinson, cioto – odpowiada dziewczyna, przewracając oczami. Marcel robi krok bliżej i nie wie co go podkusiło, ale wyciąga rękę i ściera kciukiem szminkę z górnej wargi dziewczyny, gdzie się rozmazała, gdy ją przestraszył. To uderza go w momencie, gdy przebiega palcem po wąsach dziewczyny. Oprócz stroju i peruki dziewczyna wykazuje znaczące podobieństwo do… O cholera, o cholera. Marcel ma przerąbane.

Chłopak trzepocze długimi rzęsami, a Marcela przebiega dreszcz.

- Nie powiesz nikomu, prawda? - pyta spokojnie.

- Zayn? – piszczy Marcel. Zayn Malik, najtwardszy dzieciak w szkole? Wszyscy wiedzą, że to on namalował sprayem  nagą kobietę na ścianie w pokoju nauczycielskim, nawet jeśli to nigdy nie zostało udowodnione i Marcel pamięta go palącego papierosa podczas lekcji matematyki.

- A któż inny? - warczy Zayn.

Marcel powinien uciekać. Dobrze wie, że właśnie to powinien zrobić. To jedyna opcja. Powinien odwrócić się, wybiec z audytorium i udawać, że to nigdy nie miało miejsca. Ale widzi ból na twarzy Zayna i po prostu nie może tego zrobić. Z trzęsącymi nogami Marcel zmusza się do zajęcia miejsca na ławce obok Zayna, modląc się, żeby tylko nie oberwał.  

Zayn skrzyżował ramiona na swojej klatce piersiowej w obronnym geście, wypychając w górę sztuczne piersi, a ciche łzy spływają mu po twarzy rozmazując jego staranny makijaż.

- Nie płacz - mówi cicho Marcel, dotykając wytatuowanego przedramienia Zayna. - Zepsujesz sobie makijaż. - Zayn pociąga nosem, ale nic nie mówi. Marcel sięga po paczkę chusteczek leżącą na stole i delikatnie wyciera kości policzkowe Zayna, ignorując sposób w jaki jego oczy się zaciskają, a pomalowane na czerwono usta delikatnie rozchylają wypuszczając oddech, który wstrzymywał.

Zayn otwiera oczy, które w tym świetle mają złoty kolor i przygląda się Marcelowi, jakby ten właśnie wyszedł ze statku kosmicznego.

Marcel sięga po kompaktowy cień do powiek, potrząsając nim.

- Mogę?

Zayn powoli kiwa głową i posłusznie zamyka oczy, umożliwiając Marcelowi nałożenie niebieskiego cienia na jego powieki. Marcel czytał stare magazyny swojej siostry i wie, że do brązowych oczu najlepiej pasuje niebieski. (Dowiedział się również, gdzie znajduje się damski punkt G, ale wątpi, żeby ta informacja kiedykolwiek mu się przydała.)

- Kiedyś robiłem to siostrze - wyjaśnia, mimo że to nie on jest tym, który ma coś do wyjaśnienia. To Zayn ma na sobie sukienkę z szafy aktorów. Zayn nieco się relaksuje, kiedy zdaje sobie sprawę, że Marcel nie zamierza go upokorzyć. Przynajmniej jeszcze nie w tej chwili.

- Masz świetne rzęsy. W ogóle nie potrzebujesz tuszu – mówi Marcel, żeby wywołać uśmiech na twarzy chłopaka. Usta Zayna unoszą się w kącikach na ten komplement.  

Po skończeniu Marcel wzdycha z zadowoleniem, gdy Zayn bada własne odbicie. Poszło mu dobrze, chociaż pomogło też to, że Zayn miał w to duży wkład.

- Wyglądasz pięknie – mówi, uśmiechając się.

Zayn śmieje się nagle, zaskoczony.

- Wiesz, że w innych okolicznościach przyłożył bym ci za powiedzenie tego?

- Racja, przepraszam - mówi Marcel, szukając pod ławką swojego plecaka i torby z ubraniami Louisa. – Ja… Lepiej już pójdę.

- Zaczekaj. - Zayn łapie go za nadgarstek, a jego uścisk jest zaskakująco silny, jak na kolesia noszącego sukienkę. - Jak masz na imię, młody?

- Mar-Marcel - jąka się, poprawiając okulary, które zsuwają mu się z nosa.

- Miło cię poznać Mar-Marcel. Masz drugie imię?

- Hm, Harry. Ale go nie używam… To po moim tacie…

- Świetnie. Będę mówił do ciebie Harry - mówi Zayn, klepiąc go w plecy. - Marcel brzmi okropnie. Bez urazy. - Zayn przygląda się Harry’emu przez chwilę, jakby próbował go rozgryźć.

- A teraz powiedz mi, dlaczego szukasz Louisa Tomlinsona?

Harry naciąga rękawy na swoje dłonie, żeby ukryć ślady tuszu, gdzie inicjały MS&LT odcisnęły się na jego skórze.

- To długa historia – mamrocze, spuszczając głowę.

- Wiesz, że jeśli komuś się wygadasz, będę musiał cię zabić…

- Nie zrobię tego, przysięgam! - skomle Harry

- W porządku, wierzę ci - śmieje się Zayn. Harry zaczyna zbierać swoje rzeczy, ale Zayn zatrzymuje go ponownie. - Hej, jaka masz wadę?

- Przepraszam?

Zayn wskazuje na jego oko.

- Hm, 7,5 w obydwu oczach. A dlaczego?

- Tak tylko pytam. Do zobaczenia. - mówi Zayn, żegnając Harry’ego machnięciem ręki.

Więc najpierw Liam Payne potrąca autem kota Harry’ego, następnie Harry budzi się w łóżku Louisa Tomlinsona i jakby tego było mało, zakańcza to wszystko natknięciem się na Zayna Malika przebranego za kobietę. To wszystko przypomina jakiś dziwny, przerażający koszmar, o którym łatwo zapomnieć w świetle dnia. Tak jest do czasu, kiedy Harry opuszcza szkołę po ostatnich zajęciach następnego dnia i słyszy kogoś wołającego jego imię.

- Hej! Harry, hej! - W pierwszej chwili Harry po prostu idzie dalej z nosem w książce, ponieważ nikt nie zna go z tego imienia, ani żadnego innego tak naprawdę, a nawet gdyby ktoś go znał, nie mówiłby o tym głośno. Ale później znów to słyszy i kiedy podnosi wzrok, potykając się niemal o swoje stopy, widzi jak Zayn Malik opiera się o ogrodzenie i macha do niego.

Zayn ma na sobie białą koszulkę, dopasowaną skórzaną kurtkę, niemożliwie obcisłe jeansy i buty, które wyglądają tak, jakby mogły odcisnąć na tyłku porządny ślad, gdyby kogoś kopnął. Zayn rzuca na ziemię papierosa, który tli się niebezpiecznie blisko małej kupki suchych liści.

- Więc jesteś nie tylko ślepy, ale i głuchy?

- Och, ja hm… - Harry rumieni się, zastanawiając się czy to ten moment, w którym Zayn postanowi poprzestawiać mu twarz. Przynajmniej będzie miał powód, żeby kupić nowe okulary. Taśma przyczepiona do tych nie przestaje ocierać się o jego nos.

- Podrzucić cię? - pyta Zayn, podając Harry’emu lśniący, czarny kask, zanim ten ma szansę odpowiedzieć.

Zayn przerzuca nogę przez elegancki motocykl zaparkowany przy krawężniku, wsuwając na  miejsce swoje pilotki. Wygląda jak chodzący seks. Harry musi użyć swojego inhalatora.

- Na t-tym? - pyta, wytrzeszczając oczy. Nigdy wcześniej nie jechał motorem  i jedną rzeczą, o której w tym momencie myśli jest: co pomyśli moja mama.

- Przepraszam, mój jednorożec został w sklepie – szczerzy się Zayn i och, czyżby Zayn Malik się z niego nabijał? Zayn poklepuje tylnie siedzenie. - No dalej. Wskakuj, kochanie.

Harry rumieni się na to pieszczotliwe określenie. Wślizguje się na miejsce za Zaynem, zdejmując swoje okulary i chowając je do przedniej kieszeni koszuli zanim zakłada kask.

Zayn odpala motor i okręca się próbując przekrzyczeć chodzący silnik.

- Będziesz musiał się trzymać… - ostrzega zanim rusza z piskiem opon.

Roztrzęsiony Harry obejmuje pas Zayna w samą porę, przywierając do niego ze wszystkich sił, kiedy Zayn wchodzi w zakręt, oddalając się od szkoły. Harry jest niemal pewien, że jego paznokcie zostawiają ślad na biodrach Zayna, ale po minięciu kilku ulic rozluźnia uścisk i zmusza się do otworzenia oczu, czując podmuch wiatru otulający jego ciało jak fala. Chciałby poczuć to w swoich włosach, ale nie ma odwagi, aby zdjąć kask, czy zrezygnować z trzymania się Zayna choćby na sekundę.

Zayn pachnie wyśmienicie (nie lepiej niż Louis, bo nikt nie pachnie lepiej niż on, z tego co Harry zauważył, ale i tak nieźle), jak kokos, cytryna, dym papierosowy i skóra. Stały dotyk ciepłego ciała Zayna między nogami Harry’ego i wibracje silnika sprawiły, że penis Harry’ego twardnieje, więc odsuwa się delikatnie, żeby nie dotykać tyłka Zayna. Mijają piąte osiedle, kiedy Harry zdaje sobie sprawę, że nigdy nie powiedział Zaynowi gdzie mieszka.

Harry jest pewien, że każdy w rodzinie Zayna jest potajemnym supermodelem (lub supermodelką). Jeśli wcześniej nie miał żadnych kompleksów, jest przekonany, że teraz już na pewno jakiś ma. Zayn ma trzy przepiękne siostry z ciemnymi, lśniącymi włosami i długimi rzęsami, które prawie rywalizują z rzęsami Zayna (prawie). Cała trójka rzuca się na swojego brata, gdy tylko pojawia się w drzwiach. Nie ważne jakim niegrzecznym chłopcem stara się być w szkole, w domu to zupełnie inna historia.  

- Jestem Trisha – przedstawia się mama Zayna, podczas gdy jej syn jest niedysponowany.

Harry wyciera swoją spoconą dłoń o spodnie przed uściśnięciem jej dłoni, dozgonnie wdzięczy, że jego wzwód zmniejszył się do niezauważalnego rozmiaru.

- Harry.

- Chcecie herbaty? – pyta Trisha, gdy Zayn chwyta rękę Harry’ego i ciągnie go po pokrytych dywanem schodach.  

- Nie, dzięki mamo – krzyczy Zayn przez ramię.

Zayn nie puszcza ręki Harry’ego dopóki nie znajdują się w jego sypialni i puszcza ją tylko po to, aby móc zatrzasnąć za nimi drzwi. Jego pokój jest niesamowity. Ściany od podłogi do sufitu pokryte są graffiti, a olbrzymie płótna opierają się o każdą możliwą powierzchnię. Pachnie tutaj terpentyną, farbą olejną i tym zapachem Zayna, którego powiew Harry poczuł wcześniej podczas jazdy na motorze.

Harry rozgląda się dookoła z podziwem.

- Sam to wszystko zrobiłeś?

Zayn wzrusza ramionami i opada na niepościelone łóżko, kładąc ręce za głowę.

- Lubię być czymś zajęty.

Harry rozgląda się za czymś do siedzenia, ale nagle zostaje uderzony w twarz zwiniętym w kulkę ręcznikiem.

- Weź prysznic. Jest tam.

- Przepraszam? Czy ja…? – Harry dyskretnie wącha swoją pachę. – Czy ja śmierdzę?

Zayn parska.

- Nie. Musimy pozbyć się tego paskudztwa z twoich włosów, kujonku.

Harry posłusznie maszeruje do łazienki, nadal nie mając bladego pojęcia, dlaczego Zayn Malik zaprosił go do swojego domu, aby wziął prysznic. Jeszcze nigdy nie brał prysznica w obcym miejscu  i dziwnie jest widzieć wszystkie nieznajome rzeczy Zayna. Jego maszynkę, skrawek mydła, na wpół puste butelki szamponu i gąbkę wepchniętą w róg brodzika.

Harry właśnie doprowadza do porządku swoje włosy, kiedy Zayn wpada do łazienki, zamykając drzwi kopniakiem.

- Przepraszam stary, ale muszę się odlać – mówi, rozpinając rozporek.

Podczas gdy Zayn załatwia swoją potrzebę, Harry odwraca się w stronę ściany, próbując ukryć niewątpliwy kształt swojej erekcji, którą na pewno widać przez chropowate, szklane drzwi.

Zayn myje swoje ręce przy umywalce.

- Niezły tyłek – krzyczy przez ramię, gdy tanecznym krokiem wychodzi z łazienki. Harry natychmiast odkręca kurek z zimną wodą i krzywi się, kiedy ta uderza w jego rozgrzana skórę. Ale przynajmniej jego penis opada.

Czuje się potwornie skrępowany, kiedy wychodzi z łazienki z ręcznikiem przewieszonym nisko na jego biodrach. Zayn gwiżdże z uznaniem ze swojego miejsca na łóżku i Harry nigdy nie był bardziej zadowolony z tego, że nie ma na sobie okularów, ponieważ nie może zobaczyć wyrazu twarzy Zayna.

- Kto by przypuszczał, że ukrywałeś takie niezłe ciało pod tymi swoimi ubraniami, Styles.

Harry jest prawie pewien, że całe jego ciało rumieni się na ten komplement.

- Zamierzasz mi powiedzieć, dlaczego właśnie kazałeś mi wziąć prysznic?

- Wychodzisz dzisiaj wieczorem i musisz wyglądać przyzwoicie.

- Och, Zayn. Nie jestem pewien…

- Idziemy tylko na mecz, a potem na coś do jedzenia. Będzie dobrze, obiecuję. Pozwolę ci nawet przynieść książkę i jeśli będziesz się strasznie nudził, będziesz mógł ją poczytać, w porządku?

- T-tak, w porządku – przyznaje w końcu Harry. Wysyła szybką wiadomość do swojej mamy, dając jej znać, że nie będzie go na obiedzie i zwalcza wszystkie zastrzeżenie, jakie mógłby mieć.

Gdzieś pomiędzy założeniem soczewek w oczy Harry’ego (okazuje się, że mama Zayna jest optykiem i dlatego zapytał go o wadę wzroku) i wciśnięciem go w najciaśniejsze jeansy znane człowiekowi (jeansy, które zmusiły Harry’ego do zapytania, gdzie jego, no wiecie, gdzie to powinno się znajdować), Harry zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście idą na mecz. Na mecz, w którym będzie grał Louis Tomlinson. I to właśnie wtedy zaczyna panikować.  

Harry nigdy wcześniej nie był na meczu, ponieważ wydawało mu się, że to dobra okazja, by zostać łatwym celem dla popularnych dzieciaków, ale może z Zaynem będzie wszystko w porządku. Chociaż, kiedy cokolwiek w jego życiu było w porządku?

Po skończeniu swojej pracy, Zayn ustawia Harry’ego przed lustrem. Przez krótką chwilę Harry nie może uwierzyć, że osoba na którą patrzy to on. To tak, jakby Zayn usunął wszelkie ślady Marcela. Zniknęły proste, idealnie uczesane włosy, a na ich miejscu pojawiły się jego naturalne roztrzepane loki delikatnie otaczające jego twarz. Zniknęły jego ogromne okulary i teraz można zauważyć intensywną zieleń jego oczu. Zniknęła przestarzała kamizelka i sztruksowe spodnie. Na ich miejscu pojawiły się nieprzyzwoicie ciasne jeansy, które tylko uwydatniają jego dziwacznie długie nogi, koszulka piłkarska, która opina każde miejsce jego torsu i czarne Conversy, która są odrobinę za małe na jego ogromne stopy.  

- Wow – szepcze Harry.

Zayn klepie go w tyłek wystarczająco mocno, że na pewno odczuje to później. Harry krzywi się, ale na szczęście Zayn niczego nie zauważa.

- Gotowy do wyjścia, ogierze?

Harry niezręcznie opuszcza ciasną łazienkę i idzie za Zaynem w dół schodów, próbując przywyknąć do tego, że jego jądra wydają się wstępować z powrotem do wnętrza jego ciała. Jeśli można polegać na reakcjach sióstr Zayna, to musi naprawdę nieźle wyglądać. Doniya spada z kanapy podczas oglądania odcinka EastEnders, a Waliyha wpada prosto na ścianę, niosąc miskę pełną płatków. W kuchni Saafa chowa się za Trishą, a jej twarz pokryta jest jasnym odcieniem czerwieni.

- Baw się dobrze, kochanie – mówi Trisha, klepiąc Harry’ego po głowie. – Upewnij się, że Zayn założy kask. – Gdyby liceum składało się tylko z dzieci i ich mam, Harry byłby tam najpopularniejszym dzieciakiem.

Zayn przewraca oczami, ale uśmiecha się, kiedy jego mama całuje go w policzek i wygania ich na zewnątrz. W powietrzu czuć chłód i podczas drogi Harry przykleja się do pleców Zayna trochę bardziej niż to konieczne.


ROZDZIAŁ 2