hsh

Home Sweet Homeless- 7

MASTERPOST

Opis: Harry ma 20 lat, pstro w głowie i drobne problemy z alkoholem. Ale ma też mały ośrodek weterynarii ojca do prowadzenia, mimo braku odpowiedniego wykształcenia. Kiepsko, prawda? A co, jeśli dodam, że w krótkim odstępie czasowym stracił rodziców i siostrę, zostając z dwuletnią siostrą i kilkumiesięcznym siostrzeńcem? Cóż, właśnie tak jest. A Louis ma 25 lat i nie ma nawet tożsamości. Urodzony we Francji, oskarżony o serię morderstw na swojej rodzinie i poszukiwany listem gończym, wydaje wszystkie pieniądze na ucieczkę do Holmes Chapel i ląduje tam na ulicy. Harry mija go wiele razy, zawsze wykazując się dobrym sercem, jednak dopiero po tym, jak niemal staje się świadkiem brutalnego gwałtu, przyjmuje go do swojego domu. W ten sposób wzajemnie zmienią swoje życie. 

Ode mnie: Wyszło jak wyszło, część druga jutro. Tumblr wariuje, oczy mi padają i jestem naprawdę zmęczona. To nie tak, że siedzę cały ten czas na tyłku, mam pracę, która męczy psychicznie. Do tego ciężko jest mi wpaść w odpowiedni rytm po maturze, stres jeszcze ze mnie nie zszedł.

Witajcie po przerwie, aniołki :) Co u Was? xx.


-W porządku, moi drodzy, zbieramy się na spacer! Harry, łapka, proszę.

Harry otworzył leniwie oczy i spojrzał na przyjaciela z rozbawieniem, uważając, by nie poruszyć głową podczas krótkiego chichotu, który opuścił jego usta zaraz po tym, jak zielone tęczówki spotkały się z brązowymi. Kojące ruchy palców Perrie, starannie zaplatającej długie loki dwudziestolatka w drugiego już warkoczyka z boku głowy, utrzymywały go nadal w swoistym transie, przez co przez krótki moment nie odezwał się nawet słowem, jakby bojąc się, że cała magia i uczucie błogości prysną niczym bańki mydlane. A gdy już postanowił zaryzykować, widząc powagę Zayna, zrobił to cicho, wręcz mamrocząc pod nosem:

-Żartujesz sobie?

-Nie.- Starszy odrzekł prosto, wzruszywszy przy tym ramionami.- Dlaczego miałbym?

W próbie ukazania ironii sytuacji, w jakiej został postawiony, Harry sięgnął do stolika przed sobą, by ująć w dłoń kubek kawy Perrie i upić łyk, siorbiąc przy tym nieco. Podrapał się jeszcze niezręcznie po nosie, zanim przemówił ponownie.

-Bo jestem na to za stary?- Spytał niepewnie, a Zayn jedynie wzruszył nonszalancko ramionami, najwyraźniej zupełnie nieprzekonany.

-Dzisiaj nie jesteś. Łapka.

-Nie.

W całym domu panowała wesoła atmosfera; gdy ojcowie mierzyli się wzajemnie wyzywającymi spojrzeniami, Zaira na podłodze w salonie próbowała samodzielnie założyć trampki na stópki, kołysząc się radośnie na pleckach, a Olivia skakała w swoim rytmie na macie do tańczenia, nawet nie zawracając sobie główki strzałkami na ekranie telewizora. Bradley zaś leżał spokojnie w legowisku, żując materiałową stronę książeczki dla dzieci i gaworząc do siebie w języku, który znał tylko on.

-Harry.

-Zayn.- Brunet o zielonych oczach przedrzeźnił ton przyjaciela, unosząc na moment jedną brew, jednak zaraz marszcząc obie, gdy tylko zobaczył, jak jego córka biegnie do mężczyzny i rzuca mu się w ramiona z głośnym okrzykiem:

-Ja dam!- na co, mała potomkini rodu Malików również doskoczyła do swojego ojca, oficjalnie stając po jego stronie w sporze, którego być może nawet jeszcze nie rozumiała.

-Widzisz?-Powiedziawszy to, Zayn uśmiechnął się złośliwie.- Twoja kolej.

Jednak Harry wydawał się być wciąż nieugięty, uparcie wciskając się w swoje miejsce przed kanapą, na której siedziała Perrie i właśnie zabezpieczała gumką końcówkę warkoczyka, ciasno splecionego po boku jego głowy.

-Stary, mam dwadzieścia lat i mam iść z tobą za rękę? W obecności twojej żony?

-Harry, trochę cię nie rozumiem.- Mulat westchnął cicho, podmuchem ciepłego powietrza wywołując chichot obu dziewczynek na swoich rękach.- Chciałeś, żeby ktoś zdjął z ciebie odpowiedzialność. Chciałeś znowu być dzieckiem. A więc właśnie to dostajesz i wciąż masz problem?- W pytanie to włożył całe swoje zaskoczenie, a w oczekiwaniu na odpowiedź cmoknął delikatnie kruczoczarne loczki swojej córki, nazywając ją księżniczką, podczas gdy Olivia wtuliła ufnie buźkę w jego szyję. Na to Harry zmarszczył nieco brwi i podniósł się z podłogi, niemal natychmiast zabierając dwulatkę do siebie, a ogromny kamień spadł z jego serca, gdy dziewczynka przyjęła go z ochotą.

-Co ludzie pomyślą?

-Ach, o to chodzi.-Zayn przytaknął w zrozumieniu, a potem przekręcił głowę w bok, wydymawszy lekko usta w dzióbek.- Przypomnij mi, ile ty masz lat?

-Dwadzieścia.

-A nie trzynaście?-Dodał z przekąsem, świdrującym spojrzeniem wypalając dziurę w piersi młodszego.-Chłopie, poważnie? Przejmujesz się opinią innych? Obrobią ci dupę tak czy siak, jeśli nie za to, to znajdą coś innego. W jakim ty świecie żyjesz? Harry, do cholery, zejdź na ziemię.-Mruknął stanowczo, po czym zgrabnym ruchem poprawił odstający rzep w bucie swojej córki, zupełnie tak, jakby nie uświadamiał właśnie Harry’emu pewnej ważnej rzeczy. To zachowanie Harry znał aż za dobrze; Zayn potrafił idealnie ocenić, co sięga najbardziej wrażliwych części duszy młodszego chłopaka, a co tylko balansuje w ich pobliżu. W pierwszym przypadku milczał, w spokoju czekając, aż Harry sam się otworzy, a gdy to robił, on starał się naprowadzić go na właściwy tor delikatnie, z pewną dozą czułości i wręcz rodzicielskiej troski. Kiedy zaś miał do czynienia z tym drugim przypadkiem, zachowywał się właśnie tak- ironizował i bagatelizował sprawę, by jak najjaśniej przekazać Harry’emu, że nie warto przejmować się błahostką.

-Ale oni-

-Ale oni nie wiedzą, co się z tobą dzieje.-Kontynuował od niechcenia, a Harry dopiero teraz zauważył, że wszystko wokół nich ucichło, jakby los postanowił docenić starania Zayna i jednocześnie skupić uwagę młodszego z nich na lekcji tego drugiego.- A nawet jeśli ktoś podejrzewa, że jest ci ciężko po śmierci rodziców, do tej pory i tak nikt nie ruszył dupy, żeby jakkolwiek ci pomóc, więc po co masz zawracać sobie nimi głowę? Sam sobie odpowiedz, czy są tego warci.- Wydawać by się mogło, że Malik uznał rozmowę za zakończoną; odwrócił się z Zairą w ramionach i przeszedł z salonu do przedpokoju, śpiewając jej jakąś wyliczankę, tylko po to, by zająć jej czas podczas zakładania cienkiej kurteczki i dopasowanej kolorystycznie opaski na główkę. Harry sam chciał już odpuścić i przygotować do spaceru swoją córkę, jednak ledwo zdążył zrobić krok, a Perrie zabrała mu Olivię i zrobiła wszystko za niego, jak czyniła to przez całą sobotę, a on nie mógł w żaden sposób zaprotestować. I gdy tylko blondynka zniknęła z jego pola widzenia, jej mąż pojawił się ponownie, zaraz dokańczając swój wywód: -Obiecałem ci weekend powrotu do czasów, gdy nie musiałeś się niczym przejmować, gdy to o ciebie troszczyli się inni, a nie na odwrót. Chciałeś znowu poczuć się jak dziecko, którym tak naprawdę wciąż jesteś, Harry. Dostałeś to. Coś robimy nie tak? Źle ci?

-Nie!- Styles odpowiedział natychmiast, zbyt przerażony perspektywą wyjścia na niewdzięcznika.-  Nie, Zayn, źle mnie zrozumiałeś, to…- Sapnął, nie końca wiedząc, jak dobrać odpowiednie słowa, by przekazać wszystko tak, jak tego chciał.- To było naprawdę miłe, mam na myśli, móc spać do południa bez obaw o to, że jedno dziecko jest głodne, a drugie trzeba przewinąć. Nie przejmować się pracą czy nauką, nie kombinować z jedzeniem, tylko po to, by skończyć, jedząc resztki bezsmakowego dziecięcego obiadku ze słoika. Być przytulanym na każdym kroku, cieszyć się uwagą kogoś, kto potrafi już złożyć pełne, płynne zdanie… Móc liczyć na pomoc… Czuć się bezpiecznie.- Wyliczał chaotycznie, ze wzrokiem utkwionym w drewnianych panelach, niezdolny do nawiązania kontaktu z przyjacielem.- Proszę, ja naprawdę to doceniam, to jak… Cholera, to najlepsze, co ktokolwiek dla mnie zrobił w ostatnim czasie.- Każde kolejne słowo wypowiadał coraz ciszej, jakby chcąc w pewnym momencie połknąć je, zamiast wypuścić, więc zakończył już niemal szeptem. Ale Zayn uniósł jego podbródek, uczyniwszy z oczu Harry’ego swoistą widownię dla swojego uśmiechu.

-No widzisz. I teraz się powstrzymujesz, bo mogą zobaczyć nas twoi sąsiedzi? Bo możesz im pokazać, jak bardzo są do dupy, nie pomagając ci, kiedy naprawdę potrzebujesz pomocy? Bo mógłbyś ich zawstydzić, pokazując, że ty jesteś dla nich, a oni dla ciebie nie?

-Przestań najeżdżać mi na psychikę. -Zielonooki wymamrotał marudnym tonem, usilnie powstrzymując kąciki swoich ust przed mimowolnym uniesieniem się ku górze. Gdy poległ, nawet nie czuł się winny; wesołe iskierki w czekoladowych tęczówkach przyjaciela uznał za warte swojej drobnej porażki.

-Nie obchodzi ich, co robisz, Harry. Jeśli będą chcieli o tobie pogadać, to znajdą pretekst. Zadbaj chociaż o to, by dać im prawdziwy powód. Po co mają się przemęczać i wymyślać jakąś brednię wyssaną z palca?

-W sumie…

-To twoje życie. I moje. - Zayn zauważył słusznie, co jeszcze bardziej rozciągnęło jego uśmiech.-A ja chcę chwycić cię za rękę i pójść z tobą na spacer, dzieciaczku mój. Bo mi na tobie zależy. Pozwól mi na to.

-Ech… No w drodze wyjątku.

-Cwaniak.

Pogoda tego dnia rozpieszczała mieszkańców Holmes Chapel. Chmury ukryły się gdzieś daleko poza zasięgiem wzroku, pozostawiając nieboskłon skalany w najpiękniejszy odcień brudnego błękitu, motyle skrzydła trzepotały bezdźwięcznie nad głowami przechodniów, a ptaki wyśpiewywały symfonię lata w pełni. Dzwony rozbrzmiewały z głównej wieży jedynego kościoła w okolicy, widocznej niemal z każdego punktu miejscowości. Kaplica ta szczyciła się mianem filmowej Wieży Eiffela, jak dumnie głosili między sobą co poniektórzy w tej wiosce. Stanowiła centralny punkt całego Holmes i główny punkt odniesienia dla nielicznych turystów.

W świetle słonecznym stare mury kamienic zyskały duszę, która potrafiła z najwyższą skutecznością wabić ludzkie spojrzenia i karmić łakome poczucie estetyki. Harry tak naprawdę pierwszy raz widział Holmes Chapel z takiej perspektywy- nigdy wcześniej nawet nie próbował dostrzec swoistej magii i niezwykłego klimatu wioski, w której spędził całe swoje życie. Zbyt przejęty latami błogiego dzieciństwa, przeistaczającymi się kolejno w młodzieńczy bunt, a ostatecznie ogarnięty obowiązkami i trudami dorosłości, zawsze ograniczał swój kąt widzenia do drogi do wyznaczonych celów; na placu zabaw i przedszkolu począwszy, na sklepie Nicka i pracy skończywszy.

Sycił się pulsem dnia codziennego, stawiając kolejne kroki w nieustannej wędrówce przed siebie, zgodnie z kierunkiem wiatru. Popołudniowe, nisko osadzone słońce otulało go swoim ciepłem, a niesłychane uczucie stanu nieważkości do jego żył poprzez mocny uścisk dłoni wpompowywał Zayn, idący z nim ramię w ramię i pogrążony w ciszy, jedynie z delikatnym uśmiechem obserwujący dwie dziewczynki przed nimi.

-Wiesz, kiedy widziałem tę wieżę po raz ostatni?- Było pierwszym, co Harry powiedział podczas spaceru, a jego przyjaciel skierował na niego czekoladowe spojrzenie, łagodnym ruchem kciuka na grzbiecie jego dłoni zachęcając go do kontynuowania.- Gdy miałem jakieś pięć lat.- Odpowiedział na własne pytanie, zapatrzywszy się w widok przed sobą.-Wtedy jeszcze nie wstydziłem się chodzić za rękę z mamą. Wtedy jeszcze byłem mądry.- Zaśmiał się krótko i pokręcił głową, gdy dostrzegł na twarzy Zayna grymas, oznaczający tyle, że starszy mężczyzna dosłyszał się w tym nutki goryczy.- Zabawne, zupełnie zapomniałem, że jest tam zegar. Jaki duży…- Mruknął w zamyśleniu, a ton jego głosu brzmiał dokładnie tak samo, jak brzmiał piętnaście lat wcześniej, gdy wypowiedział to po raz pierwszy do swojej rodzicielki. Szew na zranionym sercu zdawała się pęknąć właśnie w tamtym momencie, jednak Harry powstrzymał krwawienie, natychmiast przywdziewając na usta miękki uśmiech.-Piękny. Taki retro.

-Jak się dzisiaj czujesz, Haz?- Zayn zapytał znienacka, głosem cichym i spokojnym, jakby zadał pytanie o jego plany na resztę tygodnia, a nie o jego stan emocjonalny.- Czujesz się gotowy na wszystko, co czeka cię w najbliższych dniach?

-Wiesz, ja- Odparł, jednak przerwał wpół zdania, gdy usłyszał dźwięk telefonu, uparcie wibrującego w kieszeni jego spodni. Wyjął go i leniwie uniósł do ucha, w międzyczasie przeciągając palcem po ekranie w celu odebrania połączenia.

-Harry?- Nieco zmartwiony, jednak wciąż bardzo charakterystyczny głos dotarł do niego, na co zmarszczył nieznacznie brwi i stanął w półkroku, chcąc skupić się całkowicie na swojej sąsiadce.

-Pani Bolton, coś się stało?

-Och, Harry, chłopcze, jak dobrze, że udało mi się do ciebie dodzwonić. Czy mógłbyś tu przyjechać?

-Oczywiście, ale o co chodzi?- Dopytał zaniepokojony nienaturalnym smutkiem w tonie starszej pani.- Źle się pani czuje?

-Nie, nie, ze mną jest wszystko w porządku.- Jane zapewniła od razu, co nieco uspokoiło dwudziestolatka, w głowie którego zdążyły przetoczyć się już najgorsze scenariusze dotyczące jej osoby.- Widzisz, Connor u mnie nocował. I tak się zdarzyło, że jego piesek nie może się ruszyć. Biedny wciąż skomle i piszczy, a Connor tak kocha to maleństwo, cały spanikowany klęczy nad nim i lamentuje, a ja naprawdę się martwię.- Wyjaśniała, a Harry na moment zignorował jej głos i wsłuchał się dokładniej w odgłosy jej otoczenia. A gdy udało mu się wyłapać pojedyncze prośby, wypowiedziane nieco wysokim, męskim tonem, jego wyobraźnia na nowo rozpoczęła pracować.- Wiem, że jesteś u kolegi, uprzedzałeś mnie, ale to się stało tak niespodziewanie!-Kobieta na powrót skupiła na sobie jego uwagę cichym wykrzyknieniem, jakby usilnie próbowała wytłumaczyć się z niepotrzebnego telefonu, który tak naprawdę dla Harry’ego zawsze był ważny, gdy w grę wchodziło życie jakiegoś zwierzęcia w Holmes.- Nie miałam pojęcia, że do mnie przyjdzie. Myślę, że ta psinka bardzo cierpi… -Zakończyła swój wywód, po czym dodała jeszcze: -Ja zapłacę za jej leczenie.

-Spokojnie, dobrze, że pani zadzwoniła. Nie wezmę za to żadnych pieniędzy, proszę nawet o tym nie myśleć.- Harry zareagował natychmiast, a w jego głosie pobrzmiewała drobinka urazy.- Jesteście w mieszkaniu?

-Tak, tak, jesteśmy w moim mieszkaniu.

-Nie ruszajcie tego psa, niech pani coś zrobi z Con..?

-Connorem.- Starsza pani dopowiedziała uprzejmie, a brunet przytaknął do siebie, chociaż wiedział, że ona nie była w stanie tego zobaczyć.

-Właśnie. Musi zachować spokój. Wiem, że to trudne, ale ten pies jest do niego bardzo przywiązany, a gdy widzi panikę właściciela, to sam denerwuje się jeszcze bardziej. Za chwilę będę, poczekajcie tam na mnie i nie róbcie nic na własną rękę.- Powiedział jeszcze raz innymi słowami, kładąc na to ogromny nacisk.

-Oczywiście, dziecko moje, dziękuję ci bardzo.

-Zaraz.

Jak tylko się rozłączył, schował telefon z powrotem do kieszeni i spojrzał wymownie na Zayna, który wpatrywał się w niego nieodgadniętym wzrokiem, wyraźnie oczekując informacji. Zielonooki ścisnął tylko jego rękę.

-Zayn, musisz pojechać ze mną.-Napomknął, po czym przeniósł spojrzenie na blondynkę w pięknej kwiecistej sukience.- Pez, mogłabyś zostać z dziećmi? Zadzwonię po Eleanor, jeśli nie czujesz się na siłach…

-Poradzę sobie, nie martw się.- Perrie zapewniła go z uśmiechem na ustach, machnąwszy przy tym ręką na propozycję pomocy ze strony drugiej dziewczyny. Pchnęła wózek Brada i kontynuowała spacer z Olivią i Zairą, podczas gdy Harry pociągnął przyjaciela w przeciwną stronę, kierując ich do domu Malików najszybciej, jak tylko potrafił.

-Co się stało?-Mulat spytał gdzieś w połowie drogi, na co usłyszał prosty przekaz:

-Chory pies, prawdopodobnie ma jakiś poważniejszy uraz, bo nie może się ruszyć. Sam go nie przeniosę.- i już nie potrzebował niczego więcej.

-Och, w porządku, tak. Tak, jasne.

-Dzięki.


Weterynaria zdecydowanie nie była planem Harry’ego na życie, jednak jego ojciec przed śmiercią zdążył zaszczepić w nim miłość do zwierząt, więc, gdy wiedział, że jakiś pupil w pobliżu jest narażony na ból, czarne myśli zaprzątały jego umysł, a pomoc mu stawała się wręcz misją, której zawsze musiał się podjąć. Dlatego też już w drodze do swojego bloku analizował dokładnie każdą możliwość, modląc się przy tym, by uraz, jaki dotknął psa bezdomnego mężczyzny, nie okazał się dla niego zbyt poważny. Nie zniósłby chwili zwłoki, nie w tym czasie, kiedy jego mięśnie spinały się mimowolnie, niczym nie znieczulone od dwóch dni.

-Poradzę sobie ze złamaniem, ale uraz organów wewnętrznych mnie dobije.- Myślał na głos, uporczywie przygryzając skórki przy trzecim już palcu, co chwila sycząc na delikatnie szczypanie, spowodowane uszkodzeniami naskórka w tych miejscach.- Nie jestem zawodowcem, dopiero się uczę. Nie opracowaliśmy jeszcze wszystkich przypadków, więc ten pies po prostu nie może mieć urazu organów wewnętrznych, bo zwariuję.

-Harry, uspokój się w końcu.- Zayn w końcu westchnął głośno.- Dasz radę, nie martw się.

-Łatwo ci mówić, ty zostałeś wyszkolony na policjanta.

-I nie potrafię znaleźć dowodów na winę jednej przeklętej gnidy. Wyluzuj, nie każdy jest mistrzem w swoim fachu już na samym początku.

To ostatecznie zamknęło dyskusję tej dwójki i w błogiej, nie do końca komfortowej ciszy dojechali na miejsce, po czym Harry wręcz wyskoczył z samochodu i pognał do klatki schodowej, w mgnieniu oka wspinając się po schodach na czwarte piętro bloku. Nie kłopotał się pukaniem do drzwi, zamiast tego po prostu wszedł do środka, gdzie czekała na niego Jane, z dłońmi splecionymi na piersi i proszącym spojrzeniem. Ruchem głowy wskazała swój salon, a w nim szatyna, klęczącego przed zmarnowaną psinką, której sam widok był zdolny złamać serce na pół. Mężczyzna wciąż powtarzał naprzemiennie kilka próśb i w jego głosie z łatwością dało się usłyszeć czystą panikę i ból, czemu Harry zupełnie się nie dziwił, jak przez mgłę przypominając sobie, jak silnie przywiązany do swojego psa był chłopak z ulicy.

Brunet bez słowa podszedł do rannego zwierzęcia i upadł na kolana tuż obok jego właściciela.

-Potrafisz mniej więcej określić, gdzie ją boli? -Zagaił cicho, jakby bał się, że jego słowa będą w stanie przebić napiętą do granic możliwości atmosferę w małym pomieszczeniu, spuszczając tym samym lawinę negatywnych emocji. Odetchnął lekko z ulgą, gdy szatyn skinął na to głową i jednym palcem wskazał brzuch swojego psa.

-M-myślę, że tutaj. Chyba. Strasznie głośno zapiszczała, gdy pogłaskałem ją trochę mocniej po-

-Żebrach.- Harry dokończył za niego, mając już niemal pewność, że obejdzie się bez pomocy lepiej wykształconego weterynarza spoza granic Holmes Chapel.

-Tak.

-Chcę ją w swoim gabinecie, nic nie wskóram bez sprzętu.- Mruknął do Zayna, jak tylko ten pojawił się w mieszkaniu pani Bolton.- Do transportu potrzebujemy czegoś na kształt noszy, nie wiem…

-Mam drzwi od komody.- Jane odezwała się nagle i gwałtownie poruszyła na swoim miejscu, przyprawiając Harry’ego o szybsze bicie serca.- Chciałam je wyrzucić, ale nie mogłam sama znieść ich po schodach, bo są za duże.- Dopowiedziała szybko i zaprowadziła go wraz z Zaynem do ciasnego przedpokoju, gdzie, tuż obok wieszaków na ścianie, stały oparte o nią dębowe drzwi w odcieniu kasztanów. Dwaj mężczyźni ułożyli je na podłodze w salonie, po czym ostrożnie przenieśli na nie rannego psa i w ten sposób wynieśli go z bloku, co zajęło im sporo czasu, ale Harry wiedział, że było to warte zachodu, ponieważ uniknęli tym ryzyka pogorszenia stanu zwierzęcia. Zayn zaraz potem wsiadł za kierownicę swojego wozu, jednak Harry wrócił do mieszkania na czwartym piętrze i zdziwił się odrobinę, gdy zobaczył, że właściciel suni nie ruszył się nawet z miejsca, w którym zastał go na początku.

-Chodź, pojedziesz z nami do ośrodka.-Odezwał się niepewnie, nie chcąc go wystraszyć, ale szatyn i tak wzdrygnął się nieznacznie.

-Nie, ja… Ja zostanę tutaj.-Odrzekł, jąkając się trochę, a Harry zmarszczył na niego brwi, zupełnie nie zrozumiawszy nietypowej reakcji bezdomnego.

-Connor, spójrz na mnie.- Zażądał nagle i mężczyzna po chwili zawahania uniósł głowę, ukazując błękitne spojrzenie oczu pełnych żalu.

-Nie możesz wstać, prawda?-Styles jedynie podejrzewał, ale po zszokowanej minie rozmówcy mógł stwierdzić, że trafił dokładnie w punkt. Mimo to, szatyn próbował się wybronić.

-To n-nie tak, ja-

-Przecież widzę. Ledwo się trzymasz.- I być może ton głosu Harry’ego stał się nieco oschły, ale chłopak nie mógł nic na to poradzić; nerwy przejmowały nad nim kontrolę.- I jesteś pobity.- Zauważył, wytykając mu sińce porozrzucane niechlujnie po jego twarzy.

-N-nic mi nie jest…-Louis ponownie zaprzeczył bez przekonania, tym razem jednak weterynarz zwrócił się do niego już znacznie łagodniej, widząc, że liczy się nie tylko treść słów, które do niego wypowiadał, ale i ich wydźwięk.

-Pomogę ci dojść do samochodu, tak?-Zaproponował, przyjaźnie się przy tym uśmiechając. Na widok szklanej tafli, powstającej samoistnie na powierzchni oczu o barwie oceanu, dodał jeszcze: -Pamiętam, jak chciałeś tę sunię na łóżku, nie wmówisz mi, że chcesz tutaj zostać, gdy ona będzie w ośrodku. To jak? Pomóc?

-Proszę…- Wykrztusił z siebie chłopak z ulicy, więc Harry stłamsił zwycięski uśmiech, jedynie układając dłonie pod ramionami szatyna i unosząc go z podłogi, by zaraz potem podnieść go bez większego problemu i na rękach znieść po schodach do samochodu policjanta.


* * *

-Powiesz mi, jak to się stało, że Teddy jest ranna?- Spytał już w swoim ośrodku weterynarii, ze skupieniem wypisanym na twarzy goląc brzuch psa, by przygotować go do szczegółowego badania rentgenowskiego. Louis jednak odpowiedział mu wymowną ciszą, zbyt zajęty leniwym błąkaniem się po jego gabinecie i poznawaniem wszystkiego poprzez obserwację i dotyk. Czuł na sobie wzrok Zayna, a ponieważ pamiętał dokładnie jego widok w policyjnym mundurze, nieprzyjemne dreszcze nieustannie przeszywały jego ciało, towarzysząc wysokiemu tętnu.

-Wiesz, że ona jest w ciąży, prawda?- Harry spróbował ponownie i tym w końcu przykuł uwagę szatyna, czego nie zauważył, nie odwracając spojrzenia od, znikającej dzięki ostrzu maszynki, długiej i gęstej sierści. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ właśnie w tamtym momencie po całym pomieszczeniu rozniosło się echo ciała upadającego z hukiem na podłogę.

Natychmiast uniósł na to głowę, marszcząc brwi w konsternacji, która zaraz ustąpiła miejsca czystemu oszołomieniu.

Odłożył sprzęt na stolik obok siebie i zerwał się ze swojego miejsca, w mgnieniu oka pojawiając się przy nieprzytomnym mężczyźnie, niedługo potem wyczuwając przy sobie obecność Zayna, co poniekąd wprowadzało odrobinę spokoju do jego gwałtownych poczynań, mających na celu otrzeźwienie Louisa.

-No już, promyku, obudź się…- Mamrotał pod nosem, nieustannie poklepując lekko blady policzek niebieskookiego, gdy Malik stał przy drugim końcu jego ciała i podtrzymywał jego nogi w górze, jak uczono go na kursie pierwszej pomocy.

-Promyku?- Brązowooki podchwycił, na co Harry fuknął urażonym tonem:

-Nie łap mnie za słówka, gdy panikuję, jasne? Robię się uczuciowy, gdy ktoś umiera na moich oczach, tak.- Warknął poważnie, a Zayn roześmiał się cicho, irytując go tym jeszcze bardziej.

-On nie umrze, spokojnie. - Zapewnił opanowanym tonem, kręcąc tylko głową na przesadność przyjaciela.- Jedynie będzie go mocno boleć głowa, może zostanie guz.

-Jak możesz być taki spokojny, mając przed sobą nieprzytomnego człowieka?!

-A bo to pierwszy taki w moim życiu?- Odrzekł krótko i z lekkością, która powaliła Harry’ego. Chłopak odwrócił na chwilę wzrok od Louisa i spojrzał na mulata z czymś w rodzaju mieszanki wyrzutu i obawy.- Dlaczego tak dramatyzujesz?

-Cóż, zwykle to ja mdlałem i to mnie ratowano. Nie na odwrót. To mój pierwszy raz, tak naprawdę.- Młodszy brunet wytłumaczył się , a potem odetchnął głośno, jak tylko zobaczył, że Louis powoli się wybudza. Pomiędzy jednym podmuchem chłodnego powietrza na twarz przytomniejącego mężczyzny a drugim, wymruczał zmęczone:- Dlaczego ma mieć guza?

-Nie widziałeś, jak przyrżnął?

-Nie?- Odpowiedział pytaniem na pytanie, a pionowe zmarszczki nad jego nosem pogłębiały się w miarę ściągania brwi w zdezorientowaniu.- Jakby, byłem zajęty ratowaniem psa.

-Pieprznął głową w twój stolik z narzędziami, a potem jeszcze w podłogę, a masz tu kafelki.- Zayn wyjaśnił łagodnie, wzruszywszy przy tym nonszalancko ramionami.- Będzie guz jak nic.

-Lepiej pomóż mi go przenieść do komórki taty.

I jak zostało powiedziane, tak też się stało. Delikatnie podnieśli osłabionego szatyna i przeszli powoli do starego pokoiku, który dawniej służył Desowi do odpoczynku między pacjentami, a Harry’emu do ucieczki przed dorosłym światem, na który jego ojciec próbował go przygotować. Tam młody Styles ułożył Louisa na miękkiej kanapie, zdobywając stłumiony jęk bezdomnego, gdy niechcący zahaczył rzemykiem o materiał jego swetra.

-Przepraszam.- Wypalił natychmiast, krzywiąc się nieznacznie, jednak wszelkie poczucie winy zniknęło, jak tylko zajrzał za fragment materiału przy szyi.- Co to, kurwa, jest?- Wysapał w oszołomieniu, po czym bez zastanowienia pociągnął mocniej za kołnierz swetra i odsłonił więcej czerwonej skóry, ignorując bolesne stęknięcia pokrzywdzonego mężczyzny.- Zayn, podaj mi nożyczki.

-N-nie!- Louis pokręcił gorączkowo obolałą głową, już całkowicie przytomny. Wiercił się i szamotał, jednak nie zdołał powstrzymać młodego weterynarza przed rozcięciem gryzącego ubrania.

-Jesteś poparzony…

-To nic takiego.

-Nie żartuj sobie ze mnie, Connor, naprawdę nie jestem w nastroju.-Harry oznajmił na tyle stanowczo, by niebieskooki skulił się nieco w sobie i wcisnął w materac kanapy w obawie przed skrzywdzeniem.

-Przepraszam.- Wymamrotał niewyraźnie, wyjątkowo bliski płaczu. Na to serce Stylesa stopniało i pokręcił głową na własne zachowanie, wzdychając z zażenowaniem.

- To ja przepraszam.- Przyznał skruszony.- Nogi są w takim samym stanie?

-Tak.

-Musimy ściągnąć te spodnie, natychmiast.

-Tylko delikatnie, proszę.- Było jedynym zastrzeżeniem; Louis nie odważył się powiedzieć nic więcej, już pogodzony z decyzją młodego lekarza.

-Zayn, na słówko.- Mówiąc to, Harry chwycił przedramię swojego przyjaciela i pociągnął go za sobą do korytarza, gdzie najpierw wziął kilka głębokich oddechów, drapiąc się po głowie, zanim zdołał cokolwiek powiedzieć.- Mógłbyś przejechać się do apteki?

-Czego potrzebujesz?

-Przede wszystkim, kompresy żelowe chłodzące. Dużo. Przynajmniej dwadzieścia, muszę obłożyć połowę ciała.-Zaczął wymieniać, dla wzmocnienia przekazu licząc na palcach.-  Leki przeciwbólowe, maść znieczulającą i kilka butelek wody.

-Nie masz takich rzeczy na wyposażeniu?

-Zayn, do cholery, jestem weterynarzem. Jaką dawkę znieczulenia mam mu wstrzyknąć? Dla psa czy krowy?

-Racja…-Zayn skinął głową w zrozumieniu.- I to mu pomoże?

-Nie wiem, tak myślę…-Odrzekł młodszy brunet, po czym ucisnął palcami płatki własnego nosa, przymknąwszy w skupieniu oczy.- Nie jestem lekarzem, wbrew pozorom leczenie zwierząt różni się od leczenia ludzi. Ostatnio nie chciał słyszeć o szpitalu, mogę spytać, ale zapewne nic się w tym temacie nie zmieniło, a ja nigdy nie miałem do czynienia z poparzeniem całego ciała, więc pozostaje mi jedynie kombinować i działać zgodnie z logiką.

-Rozumiem.- Mulat przytaknął na znak, że wciąż słucha, nawet jeśli Harry mruczał pod nosem, zupełnie jakby mówił do siebie.

-Jeśli obłożyłbym całe jego ciało żelem chłodzącym, mógłbym doprowadzić do wychłodzenia organizmu, a tego nie chcę. Nie mogę jednak zająć się połową ciała, kiedy ta druga jest w dokładnie tym samym stanie i to sprawia mu ból. Na mój gust, dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji będzie opatrzenie najpierw góry, wiesz, od szyi do bioder. Skóra na nogach jest bardziej wytrzymała od tej na piersi czy szyi, prawda?-Spytał i zaraz kontynuował, nie czekając nawet na odpowiedź.-Znieczulę go od pasa w dół, żeby choć przez jakiś czas nie czuł bólu, a w tym czasie postaram się zająć torsem i plecami.  Och!- Dodał jeszcze, gdy Zayn już skierował się do wyjścia z ośrodka, powodując tym u starszego delikatne wzdrygnięcie.- Weź też jakieś gazy jałowe, sądzę, że się przydadzą. I wstąp do mojego mieszkania, możesz? W mojej sypialni, dokładniej w ostatniej szufladzie pod dużą szafą są takie zielone spodenki z jedwabiu. Przywieź mi je, razem z najdelikatniejszą moją koszulą, jaką tam znajdziesz. Nie pytaj, po co mi to.- Napomknął, marszcząc brwi w zastanowieniu, jakby jeszcze nie był pewny tej decyzji. Malik jednak nie czekał na dalsze instrukcje; uniósł kciuk w geście zgody, przejął klucze przyjaciela i opuścił budynek, pozostawiając po sobie jedynie ciche echo trzaśnięcia drzwiami wejściowymi.

Przy akompaniamencie własnego ciężkiego oddechu Harry wrócił do pokoju socjalnego, tylko po to, by jeszcze bardziej podupaść na duchu, jak tylko usłyszał zmordowane postękiwania Louisa, który usilnie próbował podnieść się z kanapy. Przekrzywił głowę, obserwując zmarszczki wokół zaciśniętych oczu szatyna oraz spięte mięśnie jego patykowatych ramion.

-Po co to robisz?- Ostrym wydźwiękiem swoich słów przeciął otaczającą ich martwą ciszę, tym samy zwróciwszy na siebie uwagę mężczyzny.- Sam zadajesz sobie ból.

-Boli znacznie bardziej, g-gdy leżę.- Odparł niebieskooki.- Naprawdę okrop-

-Wierzę.-Harry wszedł mu w słowo.- Przepraszam, jakoś… jakoś nie mogę zapanować nad swoim tonem dzisiaj, nie wiem, dlaczego brzmię tak opryskliwie.- Poprawił się natychmiast i odchrząknął znacząco.- Posłuchaj, umm, Connor. Jestem Harry, tak przy okazji. Wybacz, ale nie mam pojęcia, czy już ci się przedstawiałem, czy…

-Nie było ku temu okazji, tak myślę.-Louis wymamrotał niepewnie, ze wzrokiem wbitym w podłogę i dłonią nadal zaciśniętą na podłokietniku fotela tuż obok kanapy.

-Lub po prostu jestem niewychowanym gburem.

-Możliwe.

Dwudziestolatek parsknął na to w rozbawieniu, kręcąc głową na klimat sytuacji, w jakiej się znajdowali. Szybko jednak wrócił do tego, co chciał powiedzieć.

-Mój przyjaciel pojechał do apteki po kilka rzeczy dla ciebie. Czy mógłbym obejrzeć twoje nogi? Muszę wiedzieć, czy maść wystarczy, czy jednak nie zadziała przy skali obrażeń skóry.

-Może jednak nie?-Tym razem głos szatyna był wyczuwalnie drżący i załamał się w połowie zdania. Uniósł twarz na wysokość wzroku Harry’ego, a ten przełknął głośno ślinę na widok cierpienia w oczach o barwie oceanu, które było wręcz namacalne.-Nie zdejmę tych spodni, nie dam rady.- Dopowiedział z trudem, zaraz potem wypuszczając powietrze przez spękane usta. Góra jego policzków przyjęła barwę zmąconej czerwieni, jeszcze bardziej podkreślając porowatą cerę, pokrytą licznymi sińcami, zarówno świeżymi, jak i tymi nieco starszymi, już żółknącymi.- Mam wrażenie, że wtopiły mi się w nogi już na stałe. Nie ściągaj mi ich, proszę.- Mruknął bez przekonania, zupełnie tak, jakby był mu już obojętny jego dalszy los.- Nie wytrzymam więcej…

Cokolwiek jeszcze chciał powiedzieć, Harry nie mógł tego usłyszeć, gdyż z momentem, w którym pierwsza łza wpłynęła na drżący podbródek i z niemym hukiem rozpadła się na podłodze przed kanapą, mężczyzna wymusił na swoim organizmie kaszel, by zdusić w sobie potrzebę płaczu, a gula stanęła mu w gardle, uniemożliwiając mu wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku, poza bolesnym jękiem. Styles nie myślał zbyt wiele, po prostu podszedł do niego, delikatnie rozluźnił uścisk jego dłoni na podłokietniku i zamknął ją w swoich dwóch, po czym kucnął przy nim i przez dłuższy moment po prostu patrzył, a łagodna zieleń jego oczu koiła skołowane nerwy, powoli rozsyłając spokój do każdej komórki wątłego ciała.

-Rozetnę je, tak? Zupełnie tak, jak zrobiłem to ze swetrem. Connor, musimy je zdjąć.- Mówił cicho i wolno, z zadowoleniem obserwując, jak Louis kiwa nieśmiało głową.- Gdy Zayn wróci, będę musiał schłodzić kompresy, tak? To trochę potrwa, dlatego w tym czasie zajmę się twoją sunią. Nie stanie ci się tutaj krzywda, rozumiesz mnie? Jestem tu, żeby ci pomóc i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby to spełnić. Powiedz mi jeszcze, tylko spokojnie, bez zbędnych nerwów, czy może chcesz jechać do szpitala?- Wypytywał, jednak gdy tylko zobaczył rodzący się na nowo strach w niebieskich oczach, pokręcił głową w zrozumieniu.- Czyli nie chcesz. Wolałem zapytać.

Potem nie padło między nimi już żadne słowo, ale nie było to niekomfortowe, a raczej potrzebne. Louis jedynie obserwował uważnie każdy ruch Harry’ego; to, jak sięgał po raz kolejny po nożyce, jak ujął między palce miejsce zakończenia szwów w jednej z nogawek spodni i z jaką ostrożnością poprowadził płynne cięcie wzdłuż całej nogi, uwalniając skórę z ciasnego materiału, który dla niego był niczym więzienie. Był już spokojniejszy, gdy Harry tę samą czynność powtórzył na drugiej nodze, jednak zmieszał się odrobinę, jak tylko młody weterynarz odrzucił zniszczone spodnie i wbił swoje spojrzenie w poranione kończyny.

-Jezu Chryste…- Styles powiedział tylko i zakrył usta dłonią, a jego oczy rozszerzyły się znacznie na widok opuchniętej skóry, pomazanej przez nieznanego okrutnego artystę krwią i ropą. Rumień, pokrywający obszar od stóp do bioder, zdawał się być znacznie bardziej intensywny, aniżeli ten szpecący tors i ramiona bezdomnego. Ziścił się scenariusz, który nie pojawił się nawet w najczarniejszych myślach bruneta, dlatego też zamrugał kilkakrotnie, nie dowierzając w to, co widział.

-Harry…

-Connor, kto ci to zrobił?

-Nikt.

Skinął głową, bo nic innego nie mógł zrobić. Chwilę zajęło mu oczyszczanie ran najdelikatniejszym środkiem odkażającym , jaki tylko mógł znaleźć w swoim gabinecie, a potem okrył zranione ciało podkładem, uznając to za najlepsze wyjście przez wzgląd na fakt, iż był to najcieńszy materiał w wyposażeniu jego ośrodka. Bez słowa zostawił Louisa w pokoju socjalnym i zamknął się w swoim gabinecie, całą uwagę skupiwszy na pomocy Teddy, o której przez moment zapomniał, jednak wolał zachować ten wstydliwy sekret dla siebie. W jej sytuacji czuł się znacznie pewniej, bo wiedział dokładnie, co musiał zrobić. Stan psa wbrew pozorom nie był tak poważny, jak podejrzewał na początku; jednak ze względu na ciążę suki jego ruchy nabrały znacznej delikatności i o wszystkim myślał dwa razy, by na pewno nie popełnić żadnego, nawet nieznacznego błędu. Po usunięciu sierści, która utrudniała mu dostęp do złamanego żebra, wykonał badanie rentgenowskie dla potwierdzenia tego, co zdążył już wyczuć. Spędził chwilę nad obrazem klatki piersiowej psiny, przy okazji określając liczbę miotu, potem zaś w skupieniu zajął się usztywnianiem okolicy złamanej kości. Od powrotu Zayna do ośrodka mijała już druga godzina, gdy ostatecznie podał jej bezpieczne dla ciąży środki przeciwbólowe i dopilnował, by zasnęła w wygodnej pozycji. Po wszystkim umył dokładnie ręce, odkaził je i opuścił gabinet, masując okrężnymi ruchami palców swoje pulsujące skronie.

-Już zmęczony?

Posłał Zaynowi krótkie spojrzenie i pokręcił głową, wzdychając przy tym cicho.

-Mam przed oczami jego ciało, tak okrutnie poparzone… I przez to łeb mi pęka, mam wręcz natłok myśli z tym związany.- Powiedział prosto, doceniając to, że mulat nie mówił zbyt wiele, zamiast tego zdając się na mimikę twarzy.

-Łóżko?- Mruknął jeszcze zachęcająco, ale młodszy zaprzeczył, niemo prosząc go jeszcze o trochę czasu. Przejął schłodzone kompresy oraz siatkę zresztą rzeczy, o które prosił, wziął głęboki wdech i wszedł do pokoju socjalnego, gdzie Louis siedział w tej samej pozycji, w jakiej go zostawił.

Nabrał sporą ilość maści na palce, rozgrzał ją nieco w dłoniach i poprosił mężczyznę o położenie się na brzuchu, na co niebieskooki zmarszczył brwi w zdziwieniu, a zaraz potem spiął się cały, gdy tylko Harry sięgnął do jego pośladków.

-N-nie!- Wrzasnął, mimowolnie kuląc się w sobie.- Nie tam, błagam. Nie dotykaj mnie… Proszę, nie krzywdź…- Wyszeptał błagalnie, czym wymalował autentyczne oszołomienie na twarzy bruneta, który przez długą chwilę nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Gdy już udało mu się zapanować nad własnymi emocjami, zaczął mówić, jednak każde jego słowo nacechowane było niepewnością.

-Posłuchaj mnie uważnie. Muszę je nasmarować, są oparzone. Powiem ci, co stanie się potem, dobrze? Maść musi się jakoś wchłonąć, a jest jedynym wyjściem, bo nie mogę obłożyć ci całego ciała kompresami, zamarzłbyś mi tutaj. Wiem, że możesz się wstydzić i całkowicie to rozumiem, ale może moglibyśmy spróbować?- Spytał cicho, delikatnie masując jednym palcem dół jego pleców.- Nie ma tu nikogo oprócz mnie, a ty nie masz niczego, czego bym nie widział u siebie, codziennie rano przed lustrem.- Zaśmiał się przy tym krótko w nieudanej próbie rozluźnienia napiętej atmosfery.- Masz zmasakrowane stopy, więc przytrzymałbym cię przez jakiś czas, aż maść zaczęłaby działać, co ty na to?

-To konieczne, prawda?- Usłyszał w odpowiedzi, co wywołało delikatny uśmiech na jego twarzy, a świadomość, że najwidoczniej mocno zraniony mężczyzna ufa mu na tyle, by stać przed nim zupełnie nago, rozesłała przyjemne ciepło po jego podbrzuszu.

-W twoim stanie tak, skoro tak bardzo bronisz się przed szpitalem.

-W porządku.

Więc stało się, tak.  Doszło do tego, że Harry stał na środku pokoju socjalnego, z ramionami uniesionymi prostopadle do reszty ciała, a Louis wspierał się na nim, wręcz wisząc w powietrzu, a co dziękował Bogu. Nie mówili nic, słowa nie były im potrzebne. I tak prawdę mówiąc, nie przyznając tego głośno, bali się, że jedno słowo mogłoby wprowadzić aurę niezręczności. Więc tylko stali, na tyle blisko siebie, by wzajemnie czuć swój oddech na skórze, i to było dobre.

-Czym mógłbym…-Louis odezwał się ledwo słyszalnie, długą chwilę później. Przerwał jednak w połowie zdania i zadrżał nieznacznie w obawie przed ośmieszeniem, którego Harry nie był w stanie wyczuć.- Mógłbym się przyt-

-Connor.-Harry wtrącił mu się w słowo, po raz kolejny tego dnia. Nie czuł się jednak winny, bo coś mówiło mu, że szatyn i tak nie byłby w stanie dokończyć swojej myśli.- Ta sytuacja może być dla ciebie trudna, to jednak nie zdarza ci się codziennie… Zapomnij, że jestem obcą osobą, mogę cię o to prosić? Uznajmy, że jestem twoim dobrym kumplem, tak? Zrób cokolwiek, co sprawi, że poczujesz się pewnie. Nie krępuj się.

-Dobrym kumplem?

-Cokolwiek, Connor.

I wtedy stało się coś, czego Harry nie przewidziałby w najśmielszych snach. Uścisk na jego szyi znacznie się zacieśnił, Louis wręcz zatopił się w nim, jakby od tego zależało jego życie. Gorące powietrze uderzyło w miejsce tuż pod jego uchem, towarzysząc głośnemu, swobodnemu westchnieniu i to odebrało mu dech w piersi, taka magia się w tym ukryła.

-Dziękuję ci, Harry. Za wszystko.

-To znaczy?

-Za to, że jesteś dobrym człowiekiem.- Szatyn wyszeptał wprost do ucha weterynarza, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo to na niego wpłynęło; jak bardzo tego potrzebował.- Bardzo dziękuję.

-Nie ma za co.

A potem?

Potem czar prysł, ponieważ maść się wchłonęła i Louis zaczął drżeć z zimna, więc Harry założył mu jedwabne spodenki i swoją najdelikatniejszą koszulę zaraz po tym, jak spędzili dziesięć minut w oczekiwaniu na działanie chłodzących kompresów.

Kilka razy Styles upewniał się, że Louis czuje się dobrze i znieczulenie objęło całe jego nogi, więc przestał czuć ból. A kiedy zobaczył spokój na twarzy bezdomnego mężczyzny, w końcu uwierzył. I przygryzł dolną wargę, stojąc w drzwiach pokoju i z dziwnym rodzajem przyjemności obserwując, jak Louis przymyka oczy z czymś w rodzaju uśmiechu na ustach.

-Connor, uhm…- Zaczął, niezręcznie drapiąc się w tył głowy.- Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że o coś cię podejrzewam, ale… erm…- Wyjąkał cicho.- Nie masz nic przeciwko, żebym, ehm, zamknął drzwi na klucz?

-Nie ufasz mi.

Jeśli Louis uderzył w sedno sprawy, Harry nie dał tego po sobie poznać.

-To nie tak, ja-

-Spokojnie.- Tym razem to niebieskooki był tym, który wszedł w słowo drugiemu.- Nie masz żadnych podstaw, by mi ufać. Jestem obcy.- Stwierdził wyjątkowo stanowczo, wyglądając przy tym zupełnie tak, jakby testował smak tego słowa na swoich ustach.- Zamknij je.

-Przepraszam…

-Nie szkodzi. Rozumiem. Dobranoc, Harry.

-Spokojnych snów, Connor.

Z ostatnim słowem, Harry zamknął za sobą drzwi do pokoju socjalnego na klucz. I nawet nie musiał tłumaczyć tego Zaynowi; mulat jedynie położył rękę na ramionach młodszego przyjaciela i pociągnął go do wyjścia z ośrodka, osobiście dbając o to, by dwudziestolatek dotarł bezpiecznie do łóżka we własnym mieszkaniu.


I chociaż znowu byli w dwóch różnych miejscach, śnili o sobie nawzajem.

youtube

HSH, in Brasile arriva una nuova serie TV gay con Edilson Nascimento

Something To Do With My Hands
Her Space Holiday
Something To Do With My Hands

Her Space Holiday - Something To Do With My Hands

I don’t care where you move I don’t care if it’s far
All that I ask is that I know where you are 
In case our timing is right
In case you need more from me
Than a bit of advice
Or a tongue full of sympathy

Home Sweet Home 2: How Dreams Come True | Chwila ulotna

Tytuł: Home Sweet Home 2: How Dreams Come True | Chwila ulotna

Gatunek: obyczajowy, romans

Czas i miejsce akcji: głównie obrzeża Londynu, od 2032 roku

Paring: Larry Stylinson

Bohaterowie: Louis Tomlinson – Styles, Harry Styles, Darcy  Styles, Rosie Styles i inni.

Opis: Louis ciągle może być tym seksownym tatuśkiem, do którego wzdychają koleżanki jego córek, a Harry super-tatą rozchwytywanym podczas babskich wypadów do kina, jednak to wcale nie oznacza, że problemy kryzysu wieku średniego ich nie dotyczą, a dzień, w którym muszą poradzić sobie z prawdziwie kobiecymi sprawami, nie nadchodzi.

Ostrzeżenia: Tematyka miłości homoseksualnej, jeśli Ci to nie odpowiada, nie czytaj! Mpreg, feminizacja.

To cudeńko powyżej, tak, mam na myśli baner, wykonała kochana Susie! ♥

Od autorki: Dawno mnie tutaj nie było i wiem, że możecie być wkurzeni, czy coś, jednak nie ukrywam - w wakacje nie miałam dużo czasu na tumblra, moja wena też nie wyglądała tak, jak bym sobie to wyobrażała, a przyszła szkoła i pierwszy tydzień spędziłam zakopując się w podręcznikach z biologii i chemii, a luźniej już chyba nie będzie. Wszyscy mamy szkołę i na pewno wiecie coś o tym.

Miałam plany by skończyć HSH w wakacje, ale jak to często u mnie plany zostają planami, dlatego teraz dodaję przedostatnią część. Została jeszcze jedna, ale nie mówię, kiedy dodam, bo i tak nie dotrzymam terminu.

Teraz miłego czytania, kocham Was. x

   - Harry – Louis wzdycha zirytowany, chyba po raz piąty tej nocy, przewracając się na plecy i trącając palcem ramię swojego męża, który od momentu, gdy zapadł w sen, nie przestaje denerwująco głośno chrapać, uniemożliwiając tym samym sen jemu samemu.

  - Louis – Harry mruczy na wpół świadomie, wyciągając po omacku rękę, by przyciągnąć go do swojego torsu. Louis wywraca oczyma, ale zwija się w kulkę i wtula w jego pierś, przymykając powieki.

To nie trwa jednak więcej niż kilkanaście sekund, gdy uciążliwe chrapanie przy jego uchu powraca, a Louis niemal zgrzyta zębami, odpychając się ponownie od torsu swojego męża.

  - Do jasnej cholery, Harry! – Nie wytrzymuje, siadając na łóżku i sięga, by zapalić stojącą na stoliku lampkę. Harry patrzy na niego zdezorientowany, wyglądając całkowicie niewinnie z głową uniesioną znad poduszki, zmrużonymi oczami i przyklapniętymi lokami. Louis mimo tego, że chrapie, tak cholernie go kocha. - Chrapiesz! Od dwóch godzin próbuję zasnąć – narzeka rozdrażniony, przecierając piąstką oczy. Harry marszczy czoło, siadając naprzeciw niego. Kołdra zsuwa się z jego ramienia i wygląda jak słodki kociak, Louis przez moment czuje się nawet winny, że go obudził, ale on i ich mały orzeszek chcą trochę odpocząć, okej?

Chryste, Louis nie jest pewien, czy w wieku czterdziestu lat powinien być taki ckliwy, ale jest pieprzona druga nad ranem, jego mąż ciągle jest tak cholernie uroczy, że konkuruje nawet z Gemini ubrudzoną dżemem truskawkowym, a on jest w ciąży i to już nie jego wina, że hormony robią swoje, dobra?

Keep reading

Home Sweet Home 2: How Dreams Come True | Koniec i początek

Tytuł: Home Sweet Home 2: How Dreams Come True | Koniec i początek

Gatunek: obyczajowy, romans

Czas i miejsce akcji: głównie obrzeża Londynu, od 2032 roku

Paring: Larry Stylinson

Bohaterowie: Louis Tomlinson – Styles, Harry Styles, Darcy  Styles, Rosie Styles i inni.

Opis: Louis ciągle może być tym seksownym tatuśkiem, do którego wzdychają koleżanki jego córek, a Harry super-tatą rozchwytywanym podczas babskich wypadów do kina, jednak to wcale nie oznacza, że problemy kryzysu wieku średniego ich nie dotyczą, a dzień, w którym muszą poradzić sobie z prawdziwie kobiecymi sprawami, nie nadchodzi.

Ostrzeżenia: Tematyka miłości homoseksualnej, jeśli Ci to nie odpowiada, nie czytaj!

To cudeńko powyżej, tak, mam na myśli baner, wykonała kochana Susie! ♥

Od autorki: Moje tempo przyprawia o zawrót głowy, wiem, ale dzisiaj o 14 usiadłam i do teraz kończyłam pisanie, więc hmm, wyrobiłam się jakoś. Mam nadzieję, że nie znajdziecie literówek, poprawię ten tekst później, bo jestem pewna, że teraz ani bym tych błędów nie zauważyła.

Hmm, co do mojej asertywności - za to co znajdziecie na końcu, możecie podziękować tej osóbce, bo kilka dobrych argumentów wystarczyło, żeby mnie przekonać. Ah, i nie wiem, jak z takiego durnego początku, przeszłam do dramatu na końcu, haha. xx 

To, że Louisowi ciężko pogodzić się z dorastaniem swoich córek, jest faktem oczywistym dla wszystkich jego bliskich przyjaciół. Po tylu latach bycia całkowicie oddanym wychowaniu dziewczynek, przywykł do tego, że czasami kończył, będąc przedmiotem żartów swoich przyjaciół, a to Harry zawsze był tym, który stawał w jego obronie i zapewniał, że to w porządku i że każdy rodzic chce dla swoich dzieci jak najlepiej.

Dlatego Louis nie jest ojcem, który stara się, by jego córki dorosły jak najszybciej. Oczywiście, że nie - obydwoje z Harrym uważają, że wszystko przyjdzie w swoim czasie, a Louis, mimo że czasami ma ochotę chronić swoje córki przed złem całego świata, po długich wieczornych rozmowach w łóżku, przyznał rację swojemu mężowi, że najlepszą nauką jest nauka na błędach i powinni pozwolić swoim córkom je popełniać. Oczywiście w miarę rozsądku - bez obaw, Louis ma wszystko na oku. 

To jest kompletnie niezamierzone, gdy w pewien wiosenny poniedziałek, podczas wspólnych zakupów, Louis, wcześniej upewniając się, że Harry został w poprzedniej alejce, przystaje przy dziale z produktami kobiecymi. Hmm, bardzo kobiecymi.

Zagryza wargę i układa dłoń na biodrze, skanując wzrokiem dziesiątki paczek różnych, ale niczym nie różniących się podpasek, a zaraz obok tamponów i Chryste, kim jest Louis, by wiedzieć, czym różni się zielona paczuszka od różowej i jaka jest różnica pomiędzy zamalowanymi trzeba kropelkami, a dwoma? 

Faktem jest jednak to, że powinien wiedzieć takie rzeczy i już niedługo będzie musiał sobie z tym poradzić, bo to nie tak, że dziewczynki na zawsze pozostaną dziewczynkami.

Przeciera twarz dłonią i potrząsa głową, odwracając się, by przejść na półkę z przyborami toaletowymi, nim Harry pojawi się ponownie przy jego boku. 

To jest pięć dni później, gdy zatrzymuje się po raz kolejny przy tym samym dziale, będąc już bardziej świadomym tego, co ma zamiar kupić po przewinięciu kilku stron internetowych dla nastolatek i półgodzinnej rozmowie ze swoją mamą przez telefon. 

I hmm, być może to właśnie teraz zaczyna się ten czas rodzicielstwa, którego razem z Harrym skrycie obawiali się od początku.

Keep reading

2

mikoshiba is too cute