hdr]po=

You have to be willing to work. I mean, really work your ass off, not work like you do in the job you hate and not work where you think you’ll get away with slacking off. It is called the grind for a reason, machines don’t stop until the outcome is reached. Goals are not easy to accomplish, they are going to take it out of you, but when you reach them, there is one hell of a view.
— 

Grind by Amy Kennedy

24/03/17

Like this? Check out my book!

Poza tym nie potrafię wołać o ratunek, wzywanie pomocy jest takie upokarzające, nie potrafiłbym krzyknąć „ratunku” nawet w przypadku zagrożenia życia, nie wyobrażam sobie, że krzyczę „pomocy”, gdy tonę w jeziorze, gdy bandyta wyciąga ku mnie nóż, gdy napada mnie grupa agresywnych gówniarzy […]. Wstyd jest moim defektem, jak sądzę.
—  Krzysztof Varga, „Trociny”
Kobiety mają to do siebie, że oddają, oddają, oddają wszystko, co kurwa mają facetom. Swoje ciało, swój czas, swoje zainteresowania. Aż w końcu dla nich samych już nie zostaje nic. I w pewnym momencie się dziwią. Jak to, byłam taką zajebistą laską, a teraz on jest moim całym życiem i już mnie nie chce?
—  pokolenieikea

“Dziedzilia”

Z pian słonecznych na kłosia powodzi
Krasopani sławiańska się rodzi:

Złotogłowa zbóż pani — pralilia —
Pól gospodza — słoneczna Dziedzilia
                                        — Dziedzilia.

Jako lite makaty bezcenne,
Kręgiem kłosie przelewa się senne;

Śnieżne gryki i krase konicze
Ślątchów miodnych gorące słodycze;

Złoty łubin pod kwietnym płomieniem
Pęka w słońcu dostałym nasieniem,

I jak wejrzeć pył złoty się wlecze
Skroś błękitnej pogody dalecze
                                — dalecze.

Pocałunki słonecznej spiekoty
Na pierś niwom rzucają żar złoty!

Pole kłosów rozkoszą omdlewa…
Pole kłosów się kłoni i śpiewa…

Dzwonnych świerszczy żarliwe chorały
W hymn szaleństwa się kołem rozgrały

Zasię w pieśni ich skwarnej i chwiejkiej
Kadzą ziela balsamne duszejki

I kwitnących zbożowych źdźbeł rzesza
W lotnym wietrze miłosny pył miesza,

Falująca dreszczami ciężkiemi
Pod nagrzanym, zapiekłym tchem ziemi
                                       — tchem ziemi.

Dziwo cudu nad światem się przędzie:
Legła ziemia w dosytnym obrzędzie,

Wyciągnięta miedz kwietnych ramiony
Ku rozdrożnej gontynie zwalonej,

Gdzie z samotni świętego zwaliska
Jasna boga, by płomię, wytryska,

By bijące pól serce odwieczne,
By ich pieśnia i skrzydło słoneczne
                                  — słoneczne.

Nad jej głową u niebios podwoi
Złote słońce, jak młody, bóg stoi

I — porwaną głębokim szafirem —
Opłomienia zwichrzonych gwiazd wirem,

Że w szaleństwie drgającej otchłani
Tan poczyna wieść pól Krasopani,

Krąg ekstazy, co w żarach się słania,
Krąg niezmienny wiecznego kochania
                                        — kochania.

W kształt lotnego złocistych skier leja
Tańczy boga, płomienna zawieja:

Jakby wszystkie kwiatowe opyły
W jeden złoty się tuman stopiły!

Wszystkie wonie, szalone tęsknotą,
Wszystkie luby, co w wichrze się plotą,

Wszystkie szały i sny, i pragnienia
Zatoczyły się w okrąg płomienia
                              — płomienia.

Wciąż szaleńszy ich tan i gorętszy
Ku słonecznej potędze się piętrzy:

Jakichś dłoni tęskniących wytryski…
Jakieś tchnienia i szepty, i błyski…

Rozkosz męki, co zda się konaniem,
A wieczystym odkwita zaraniem…

Tan żywota, co z śmiercią graniczy
W nieskończeniu bolesnej słodyczy
                                     — słodyczy.

Coraz wyżej z gontynnych skał grani
W słońce wzbija się tan Krasopani!

Coraz lotniej w słoneczne przędziwa
Miłośnicza tęsknica się zrywa!

Bronisława Ostrowska

flickr

Hills over Talla resevoir by Fraser Yule