cienki

malystyl Dzisiaj proponujemy również kolorowy zestaw od @lamamalove Buggy i cienkie bluzeczki w różnych żywych kolorach i kocyk w kropeczki.
Zapraszamy do naszego sklepu !!!
#malystyl #lamama#modnedziecko #dobrebopolskie #oryginalne #rzeczy #dlanajmlodszych #butik #kidsroom #fashionkids #instaclothes #instakids #polishkids #outfitforkids #outfitoftheday #kidsstore #kidsstyle #polishdesign #polishgirl #polishboy #cracow #poland #dobrebopolskie #moda #dlanajmlodszych #komfort

Okulary Ray-Ban – najpopularniejsze modele okularów tej marki

Różnorodność okularów przeciwsłonecznych dostępnych na rynku jest ogromna. Niemniej jednak niektóre cieszą się o wiele większą popularnością od innych. Postanowiliśmy wymienić i w skrócie opisać te modele, które święcą triumfy na całym świecie.

Na pierwszym miejscu znajdują się nieśmiertelne Aviatory, które zawdzięczają swoją popularność m.in. filmowi „Top Gun”, w którym nosił je główny bohater, grany przez Toma Cruise’a. To pierwszy model okularów przeciwsłonecznych zaprojektowany przez markę Ray-Ban (1936-1937 r.). Początkowo jego ramki produkowano z tworzywa sztucznego, ale później zdecydowano się na stworzenie metalowych. Oprawki są cienkie, wytrzymałe i doskonale współgrają z dość dużymi soczewkami w kształcie kropli łzy. Zasłaniają znaczną część twarzy, co nie każdemu może odpowiadać. Oznacza to jednak, że doskonale chronią oczy i delikatną skórę wokół nich przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Ich fason jest dość klasyczny i uniwersalny, więc większość osób będzie w nich doskonale wyglądać.

Drugie miejsce na naszej liście zajmują Ray-Ban Wayfarer, które zostały zaprojektowane w 1952 r. W porównaniu do Aviatorów ich design był wyrazistszy, a linia ramek masywniejsza. Dość często pojawiały się w produkcjach filmowych, co wpłynęło na ich większą sprzedaż. To okulary przeciwsłoneczne o kanciastym kształcie, które mają szerokie oprawki i zauszniki, a więc są dobrze widoczne na twarzy. Przy właściwym doborze rozmiaru, będą pasować niemal każdemu. To elegancki i stylowy produkt, który będzie pasował na co dzień, jak i na większe wyjścia.

Trzeci kultowy model to także produkt marki Ray-Ban. Mowa tutaj o modelu Clubmaster, który zyskał największą popularność głównie wśród mężczyzn. Okulary trafiły do sprzedaży w 1986 r. i zyskały popularność dzięki temu, że ich fason był bardzo podobny do Wayfarer (kanciasty kształt i dość wyraziste oprawki), z tą różnicą że dół ramek był lżejszy – tradycyjne oprawki zastąpiono cienkimi metalowymi, co zapewniło im niesamowity efekt. Jeżeli chodzi o ten model to jest mniejszy, od wyżej wymienionych, więc będzie doskonale pasował osobom o drobniejszej i szczupłej twarzy.  

Intruz na własnej planecie

Jednolicie mleczna mgła oblepia auto, które zwalnia w mazistej masie do sennego dryftu, i koła poddają się, i płyniemy tylko przed siebie unoszeni kilka centymetrów nad jezdnią. Kaskada rozjarzonych punktów prowadzi nas za ręce, spełnia swoją własną przepowiednię, czarując nam przed oczami sensy, choć od kilku minut wiem już, że kręcimy się tylko w kółko, i spośród miriady skrywanych sekretów wypluwa nam pod koła jedynie asfaltową szosę - metr po metrze - jak gdyby ta monotonna niespodzianka mogła nas jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.

Słowa Agenta Chemika rezonują mi w głowie zwielokrotnione metalicznym echem, przy każdym powtórzeniu ujawniając nowe znaczenie i pole do coraz absurdalniejszych interpretacji. Słysząc je jako lekki szept, odwracam głowę. Chemik rozmawia przez telefon, myśli wychodzą mu z głowy jak cienkie smużki zorzy i rozplatają się jak pajęczyna prostych zagadek po najdalszych zakamarkach miasta pogrążonego w tymczasowej śmierci. Światło, światło przyszło na świat.

We wspomnieniu przemykamy wśród palm w kompletnych ciemnościach otoczeni przez milczące czarne sylwetki - bezokie, pozornie martwe - a ja trzęsę się ze strachu jak nigdy dotąd. Nie mogą usłyszeć, że oddycham inaczej. Gdy rozpoczynają rytuał, rozlega się pieśń i widzę orszak obnoszący po sali drewniane niemowlę. Symbole zła wykute na skórze zaczynają nas palić. To jest zbyt dosłowne, by dało się przekonująco opisać - mówię sobie kąsany przez wygłodniałe szaleństwo. Myśl umyka, rozprasza się w świetle latarni i znów jestem w teraźniejszości.

- Jestem z Artystką i Pisarzem.

Mgła ustępuje nocy. W oddali dostrzegam zarys wież utrapienia. Wychodzę z ciała i patrzę z daleka, jak gnamy, dostosowuję percepcję do pędu i teraz auto sunie jak pocisk widziany w zwolnionym tempie. Mikro-odkształcenia pojawiają się na powierzchni karoserii, a nasze sylwetki tkwią w fotelach, twarze wyfazowane w kosmos bezlitosnej emocjonalnej amnezji. Z całej siły próbuję być przy tym obecny, ale wciąż zapominam, jak to się robi. Myślałem, że wejdzie mi to w nawyk. Teraz notuję sobie wskazówki jak żyć w różnych miejscach na ciele. Zmywalne piętna w zamian za te niezatarte, które zbieram w zderzeniach z każdym nowym doznaniem.

Nie robimy zdjęć, skradając się w lesie neonowych drzew, nie próbujemy zapisywać tych momentów drobnych olśnień, by nie uronić ani kropli bezcennej ślepoty i kalejdoskopowych powidoków. Krajobraz zmienia się, gdy przyspieszamy bieg pór roku - intruzi na własnej planecie - a wspinaczka wydaje się trwać wieki. Próbuję powiązać końce prowizorycznych skutków i przyczyn, siedząc skulony na kiblu w obcym mieszkaniu i wpatrując się w trzy szóstki wyryte w ścianie tuż pod sufitem. Ich wścibskie japy odwzajemniają spojrzenie.

Krążymy nerwowo jak stado wron rażone prądem obiecującego niepokoju, zanim chłód nie wciągnie nas z powrotem do gry. Podbijamy stawkę, choć chwilami nie jestem pewien, czy ryk, którym emanujemy, nabiera materialnej formy, czy jest tylko moją osobistą halucynacją, gdy tak naprawdę tańczymy tylko w miejscu jak bezmyślne otępiałe kukły.

Nie znam odpowiedzi, nie szukam jej już, szczerze mówiąc. Tuląc korę Drzewa Wiadomości, sądzę, że nie pragnę więcej lektur, że pragnienie nie wypłynie już ze mnie żadnym znanym sposobem, póki nie rozsadzi po prostu mojego ciała w ostatecznym akcie syntezy tęsknoty.

Dzielimy się specyficznym niewypowiedzianym zrozumieniem odbijanym jak świetlne impulsy między lustrami naszych oczu. Wiem, że potrzebuję przemaszerować nizinę podłości, żeby wyjść z niej jako kompletny byt. Siadam w końcu także na dywanie i mam ochotę zaprzedać logikę dla najdzikszej abstrakcji, która hipnotyczną repetycją poniesie mój głos miliony mil wgłąb - pierwotny krzyk zastępuje słowa, znika marzenie słów, znika pryncypat twierdzeń. Omamiony kotłowaniną myśli, pozwalam wyprzeć się na powierzchnię podświadomości i obserwuję wielokolorowe fale fluorescencyjnej ektoplazmy spływające po ścianach. Cieszę się, że nie mam kamery - pamiętam, że tak pomyślałem. - Dobrze, że zapisuję ten plastyczny ciąg przestrzennych form jako niebezpieczne wspomnienie, równie niepowtarzalne jak nieusuwalne. Dystans dywanu tworzy mapę nieskończonego dobra, która powoli znika pod siecią wyznaczanych po niej tanecznym krokiem tras. Przeżywamy słodki koszmar zapętlonego początku, aż wśród spojrzeń dostrzegam w końcu mgnienie kosmicznego źródła.

- Jesteś najlepsza, ale jesteś najgorsza - mówi Chemik. Na zewnątrz rodzi się nowe słońce - zielone. Wszystko jest na opak.

261220151930

Czekałam na to, aż ktoś po mnie przyjedzie. Wiatr przenikał moje nogi, które osłaniały tylko cienkie rajstopy. Podejchał czarny samochód. Wysiadł z niego On i przez chwile się na mnie popatrzył. Ale nie tak jak zwykle… Patrzył tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Tak, jakbyśmy nigdy wcześniej się nie widzieli. Tak, jakby próbował poznać moje najskrytsze tajemnice spoglądając na mnie i moje drżące z zimna nogi. Dopiero po kilku sekundach intensywnego wpatrywania się we mnie wydusił z siebie kilka słów. Po powrocie do domu myślałam o tym wzroku.. Myślałam o Nim. Zastanawiałam się, co sprawiło, że tak na mnie spojrzał…