6 mam

Types/stages of Heroin:

Type #1: Opium
Type #2: Morphine base/HCL
Type #3: Heroin base (most suitable for smoking, the Afghan heroin on the European market which needs to be heated a bit with citric acid before injection is this type)
Type #4: Heroin HCL (white heroin)

It is rare to encounter type #1 and #2 in the heroin market because they are not heroin.

Black tar heroin does not fit in here as it is uses a different method altogether to get from opium to heroin. This method does not utilize acetic anhydride (which is watched and hard to get) but regular acetic acid. It is easier, cruder. The product is not just heroin, but also 6-MAM and 3-MAM. 6-MAM is more potent than heroin and 3-MAM is less potent than heroin. Toxicity of its metabolites are not fully certain. 

  • Padmé: Anakin, we've talked about this before.
  • Anakin: Why not? You're mine, aren't you?
  • Padmé: Your possessiveness level is a tad...
  • Anakin: I've always been yours!!!
  • Padmé: *smiles* yes, you are-!
  • Palpatine: *pops in* Excuse me. I hate to break your love fest, children. BUT. *points at Anakin* YOU ARE MINE!
  • Padmé: Ani:)))), hand:))))) me:)))))))) your:)))))))))))) lightsaber:)))))))))))) please.:))))))))))))))))))))
  • Anakin: *sweating* Yes, mam.
  • -6 hours later have passed and still Palpatine was running for his life from one tiny, lightsaber wielding, senator-
Home, sweet homeless- 4

Opis: Harry ma 20 lat, pstro w głowie i drobne problemy z alkoholem. Ale ma też mały ośrodek weterynarii ojca do prowadzenia, mimo braku odpowiedniego wykształcenia. Kiepsko, prawda? A co, jeśli dodam, że w krótkim odstępie czasowym stracił rodziców i siostrę, zostając z dwuletnią siostrą i kilkumiesięcznym siostrzeńcem? Cóż, właśnie tak jest. A Louis ma 25 lat i nie ma nawet tożsamości. Urodzony we Francji, oskarżony o serię morderstw na swojej rodzinie i poszukiwany listem gończym, wydaje wszystkie pieniądze na ucieczkę do Holmes Chapel i ląduje tam na ulicy. Harry mija go wiele razy, zawsze wykazując się dobrym sercem, jednak dopiero po tym, jak niemal staje się świadkiem brutalnego gwałtu, przyjmuje go do swojego domu. W ten sposób wzajemnie zmienią swoje życie.

Ode mnie: mówiłam, że poprzednia część jest najdłuższą w tym opowiadaniu? Witam ponownie, tym razem mam ponad 6 tysięcy słów. Koniecznie dajcie mi znać. Ach i tak, w zeszłym rozdziale wprowadziłam jedną postać, tym razem mam dwie. To krótkie przedstawienie ich roli w tej historii :)


chwilowy brak bety, wybaczcie błędy.

za motywację podziękowania należą się @cuteboobearx Xx.

MASTERPOST


Harry’ego obudził cichy szloch Brada w łóżeczku pod ścianą, Louisa zaś uderzenie w kontener, przy którym spał.

Harry podniósł się powoli z materaca i podszedł do swojego dziecka, ziewając z szeroko otwartą buzią, kiedy Louis został kopnięty w brzuch i siłą postawiony na nogi, nie mogąc się nawet odezwać przez szeroki pas taśmy izolacyjnej na ustach.

Harry oparł łokcie na drewnianej barierce i patrzył na chłopca przez chwilę, co już wystarczyło, by ten przestał płakać. Delikatnie ułożył malca w swoich ramionach, po czym ucałował jego główkę, napawając się pięknym zapachem dziecięcej niewinności, i leniwie skierował się do kuchni, delektując się ciszą wokół siebie. Ciepłe promienie słoneczne wdzierały się do mieszkania przez okno, przez co, mimo bardzo wczesnej pory, cały świat budził się już do życia i Harry nie potrzebował nawet zapalać światła, by widzieć każdy szczegół swojego mieszkania; od zabawek, niechlujnie porozrzucanych po całym salonie, przez brudne ubranka, których nie miał siły włożyć poprzedniego dnia do kosza na pranie, i czekoladowy batonik, z zapałem wtarty w sam środek puchatego dywanu, po trzy samotne puszki po powie, leżące gdzieś w kącie kuchni.

-Zrobimy ci zaraz mleko, nie marudź, skarbie, bo obudzisz naszą małą diablicę, a zaraz potem cały blok.- Zagruchał czule prosto do ucha Brada, kołysząc się przy tym na boki, zapatrzony we wnętrze lodówki. Zrobił mentalną notatkę, by udać się przed pracą na zakupy, ponieważ jego królewna poprzedniego dnia spektakularnie rozbiła wszystkie jajka, z czego połowę na nogach opiekunki, a jajecznica była jej ulubionym śniadaniem, zaraz po chlebie z parówką i dużą ilością keczupu. Od razu zaczął myśleć nad sąsiadami, którzy ewentualnie zgodziliby się poświęcić chwilę na posiedzenie w jego mieszkaniu, kiedy on wyskoczyłby szybko do sklepu. Nie chciał budzić Olivii, ale też nawet nie dopuszczał do siebie pomysłu zostawienia jej samej, choćby na kilka minut. Mógł mieć problemy wychowawcze, jednak był odpowiedzialnym rodzicem. A przynajmniej starał się nim być.

Włączył radio, dźwiękami porannej audycji zagłuszając szczekanie psa pod blokiem, gdy wstawił butelkę z mlekiem do podgrzewacza.

-No co?-Spytał chłopca, a rozbawienie malowało się na jego bladej twarzy.-Do muzyki jest przyzwyczajona. A na twój głosik wyczulona, bąbelku.- Dodał z uśmiechem i pstryknął mały nosek, w odpowiedzi otrzymując szeroko otwartą w uśmiechu buźkę  i wesołe machnięcie rączkami. Z salonu zabrał przenośne legowisko wraz z kilkoma zabawkami i poszedł do łazienki, a tam posadził dziecko na miękkim materiale i włożył głowę z wyjątkowo przetłuszczonymi lokami pod kran z ciepłą wodą.

Z chwilą, w której wylewał gruszkowy szampon na swoje włosy, Louis wydał z siebie, stłumiony przez taśmę, jęk bólu w reakcji na uderzenie o twardą, chropowatą ścianę. Jego policzek piekł niemiłosiernie, co oznaczało dla szatyna, że był mocno podrapany, a w mostku coś chrząsnęło, natychmiast roznosząc ból po wszystkich żebrach. Zacisnął oczy, łkając i oddychając ciężko w przerażeniu, niemal się zapowietrzając, a łzy łączyły się z wydzieliną, cieknącą mu z nosa, by wspólnie spłynąć po taśmie i z niemym hukiem wbić się w ziemię, a po jakimś czasie zniknąć, jakby nigdy nic się nie stało; jakby w tym miejscu nie działa się komuś krzywda. Chłodne powietrze uderzyło w skórę na jego pośladkach i wrzasnął, desperacko kręcąc głową i płacząc jeszcze bardziej. Szarpał się w każdą stronę, na ile pozwalało mu przyciśnięte do niego ciało, próbował wyrwać ręce ze stalowego uścisku, a serce biło mu w zawrotnym tempie, balansując na granicy wytrzymałości aorty.

-Takie ścierwa jak ty nie mają specjalnych przywilejów, musisz zapracować na każdy grosz, kochanie. Zadbam o to.- Ochrypły szept dotarł do jego ucha, na co żółć niekontrolowanie podeszła mu do gardła. I jakby los nie upokarzał go wystarczająco, jeden dotyk obcego mężczyzny między jego pośladkami sprawił, że zwymiotował, a taśma zatrzymała ohydną maź we wnętrzu jego buzi, rozciągając tylko jego policzki.

Świat wokół niego zaczął wirować, więc przycisnął czoło do zimnej ściany; mrok powoli łapał go w swoje sidła, a dusza zdawała się uciekać w popłochu, zbyt przerażona tym, co działo się z jego ciałem. Na swoim karku czuł gorący oddech swojego oprawcy, oczami wyobraźni już widział, co miało się niedługo wydarzyć i nie mógł poradzić nic na to, że setki łez żłobiły kolejne czerwone korytarze w porcelanie skóry na jego twarzy. Napięte mięśnie wciąż walczyły o resztki szacunku do samego siebie, który w tamtym momencie był poważnie zagrożony, jednak wszystko, o czym mógł myśleć, to pomruki napastnika, tłumione przez szum w uszach i dźwięk szaleńczego bicia jego własnego serca. Coś w nim pękało, sam nawet nie wiedział, co to było, ale bolało bardziej, niż najgorsze tortury. Wtedy marzył już tylko, by to był zwiastun jego końca, by Bóg zabrał go do siebie właśnie w tamtym momencie, bo czuł, że już dłużej nie wytrzyma. Pragnął po prostu zamknąć oczy i zniknąć już na zawsze. Nie chciał być świadomym, gdy rujnowano go w najpodlejszy sposób; bawiąc się nim jak lalką, upokarzając go, a potem wyrzucając w zapomnienie, by żył  w nienawiści do własnej osoby, codziennie zmagając się z trudem dźwigania ciężaru, jakim jego ciało miało stać się po tej krzywdzie. I czy chciał się z tym pogodzić, czy też nie, właśnie był doszczętnie niszczony, a to sprawiało mu tak potworny ból, że nawet nie mógł myśleć, iż to miał być zaledwie początek cierpienia.

Jego umysł nie zarejestrował groźnego warczenia Teddy, a nawet ugryzienia napastnika; w pewnym momencie po prostu upadł na ziemię, niezdolny do ustania na drżących nogach i nieprzytrzymywany już przez obcą osobę za nim. I chociaż w pierwszym odruchu doczołgał się za kontener, sprawnym ruchem zerwał taśmę z buzi i wypluł to, co wcześniej w obrzydzeniu zwrócił, to zaraz potem położył głowę tuż obok i pustym wzrokiem patrzył przed siebie, mrugając wolno, gdy już naprawdę musiał. Widział rozmazaną postać, odchodzącą jak najdalej od miejsca niedokonanej zbrodni. Słyszał przekleństwa, opuszczające jego usta, oraz ciągłe powarkiwanie swojego psa. Czuł dreszcze, jakie przechodziły go pod wpływem zimnego powietrza, ale nie miał siły, by podciągnąć, opuszczone do połowy ud, spodnie. Więc leżał tam, gotowy na upragniony pocałunek śmierci, a Teddy usiadła przy jego prawym biodrze i ułożyła przednie łapy oraz pysk na pośladkach swojego pana, zasłaniając je zupełnie tak, jakby wiedziała, że ratuje tym jego honor.

Milczała, oddając hołd poległej duszy szatyna.


-Dziękuję ci bardzo, wrócę za jakieś dziesięć minut, obiecuję.

Harry po raz piąty powtórzył do swojej sąsiadki, gdy ubierał buty, by wyjść na poranne zakupy. Alice, młoda blondynka z trzeciego piętra bloku, po raz kolejny pokręciła tylko głową, uśmiechając się do niego ciepło.

-Idź już w końcu, zamiast wciąż powtarzać jedno i to samo, bo się rozmyślę.- Odparła zaczepnie, marszcząc przy tym zabawnie nos, na co Brad w jej ramionach zaśmiał się krótko, a Harry zaraz po nim.

-Lecę.- Mruknął tylko, zanim chwycił swój portfel i wyszedł z mieszkania, po czym zbiegł po schodach, myśląc jeszcze raz o tym, co powinien kupić. Zwykle zapisywał sobie wszystko na kartce, ale tego dnia był tak rozleniwiony, że nawet z tego zrezygnował. Martwił się przez to o swój dzień, ponieważ Eleanor już zorganizowała czas jego maluchom, za co był jej niezmiernie wdzięczny, bo wcale nie musiała tego robić. Dzięki temu on zyskał czas na naukę do egzaminu, jednak źle się to zapowiadało, biorąc pod uwagę to, że ledwo wstał, a już czuł się zmęczony całym dniem.

Chłód na zewnątrz nie pomagał mu zebrać myśli. Mógł się spodziewać takiej pogody, bo ciepłe lato nigdy nie trwało w Anglii zbyt długo, jednak naiwnie wierzył, że cienki sweter był jeszcze o tej porze wystarczający. Tym czasem naciągnął bardziej rękawy na nadgarstki i skrzyżował ręce na piersi, usilnie starając się utrzymać ciepło przy sobie. Wiatr mierzwił jego, jeszcze odrobinę wilgotne, włosy, ale bardziej, niż ryzykiem choroby, przejął się widokiem przed sobą.

Dziwnie znajomy szatyn wychodził właśnie z wnęki między blokami, w której znajdowały się kontenery na śmieci dla mieszkańców osiedla. Odziany był w zwykłe szare spodnie, buty, wyglądające na naprawdę ciężkie, prostą białą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę- strój szkolnego buntownika, jak Harry natychmiast stwierdził. Klął pod nosem, trzymając się mocno za własne przedramię i wyglądał na typ faceta, który szuka pretekstu do bójki, więc Styles odwrócił wzrok i skierował się w stronę sklepu, jednak już po kilku krokach stanął jak wryty, mocno zdziwiony, gdy usłyszał, że ten woła go po imieniu.

-Harry? Harry!-Mężczyzna podbiegł do niego, uśmiechając się szeroko, jak tylko Harry odwrócił się do niego twarzą.-Harry Styles.-Powiedział, stojąc już naprzeciw bruneta, który marszczył na niego brwi, jakby starał się coś sobie przypomnieć.- Liam. Pamiętasz mnie?- Podpowiedział i Harry otworzył szerzej oczy, zanim się odezwał.

-Liam Payne…

-Dokładnie.- Liam zaśmiał się krótko.- Kopę lat, stary.-Dodał jeszcze, klepiąc przy tym ramię zielonookiego.-Miło cię widzieć.

-Taa, jasne.-Harry mruknął wymijająco i dość ostentacyjnie wychylił się, by kiwnąć w stronę wnęki.- Co tam robiłeś?

-Przechodziłem tędy i stwierdziłem, że mam pełno syfu w kieszeniach, a tam jest śmietnik, więc…

-Tak racja. Podobnie jak na chodniku, jakoś co piętnaście metrów…-Zauważył, ale Liam machnął na niego ręką, śmiejąc się sztucznie.- Co ci się stało w rękę?

-Jezu, od zawsze jesteś taki dociekliwy?

-Po prostu pytam.- Wzruszył ramionami na podirytowany ton szatyna. Liam był o kilka lat starszy od niego, jednak spędził z nim rok w jednej klasie, powtarzając rok po raz któryś z kolei. Wzorem cnót to on nigdy nie był i Harry wiedział, że źle skończy, co potem okazało się prawdą, bo Payne zniknął zaraz po uzyskaniu pełnoletności i krążyły plotki, że wylądował we więzieniu. Dlatego też zawsze trzymał się od niego z daleka, jednak Liam często przystawiał się do niego na imprezach u wspólnych znajomych, najwidoczniej uznając, że stali się przez to dobrymi znajomymi, których po latach można zaczepiać na ulicy.

-Więc, wciąż tu siedzisz?- Payne przywrócił go do rzeczywistości, nieznacznie zasłaniając mu widok na wnękę.-Może pogadamy u ciebie, co? Nie jest dzisiaj najcieplej…

-Idę do sklepu, potem będę bardzo zajęty, więc-

-Jasne, pójdę z tobą, mam po drodze, tak właściwie.- Wszedł mu w słowo, na co Harry zacisnął usta w wąską linię, ale nawet nie zdążył nic powiedzieć, a został wypchnięty na chodnik.

-Jak widać, wciąż tu siedzę.- Zdecydował się odpowiedzieć, bo tylko to mu pozostało. Nie miał zamiaru narażać się komuś takiemu jak Liam.

-I nie ciągnie cię do większego miasta?

-Nie, jakoś nie. A ty?-Zapytał, od razu tego żałując, gdy zobaczył, jak mina Liama rzednie.

-Wróciłem na jakiś czas na stare śmieci. Nie wiem, czy tu zostanę, ale póki co mam tu parę spraw do załatwienia.

-Rozumiem.-Harry odparł i obaj zamilkli, przez dłuższą chwilę po prostu idąc obok siebie. Brunet ze znużeniem obserwował ich buty; nieco zniszczone glany Liama i jego własne, połyskujące sztyblety. I nawet naszła go niecodzienna myśl, ile razy Payne musiałby kopnąć, mając na sobie te glany, żeby zabić człowieka. Nawet, jeśli było to dość przerażające, jakimś trafem bardzo pasowało mu to do osoby Liama.

Ten chłopak znany był ze słabych nerwów i niezwykłej impulsywności. Nie można było na niego krzywo spojrzeć, bo natychmiast wprowadzał pięści w ruch, siłą zdobywając szacunek w szkole. Chociaż to raczej był zwykły strach, dla niego nie stanowiło to żadnej różnicy. Bójki były na jego porządku dziennym, żaden nauczyciel nie potrafił sobie z nim poradzić, a wręcz podporządkował sobie ich wszystkich do takiego stopnia, że sekretarka, która oskarżyła go o gwałt, wycofała pozew dwa dni później. Dopiero, gdy zniknął, a jego podejrzane towarzystwo się wykruszyło, wszyscy właściwie odetchnęli z ulgą i ludzie znowu zaczęli chodzić wieczorami po ulicy bez obawy przed napadem.

Chyba nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że on kiedyś wróci. A Harry szczerze wątpił, by rzekoma odsiadka zmieniła go na lepsze.

-Hej, a co z Gemmą?- Szatyn odezwał się nagle, na co Styles momentalnie zesztywniał.- Dawno jej nie widziałem, w sumie chętnie bym-

-Zmarła ponad pół roku temu.-Mruknął ponuro, mrugając kilkakrotnie, by powstrzymać łzy, natarczywie pokrywające jego oczy szklaną taflą.

-Och…

-Muszę już iść, cześć.-Dodał, po czym włożył ręce do kieszeni spodni i ruszył szybkim krokiem przed siebie, tym razem ignorując wołania za sobą.

Wciąż nie oswoił się ze śmiercią siostry, do tej pory zdarzało mu się ją wołać w domu, gdy czegoś nie potrafił lub nie chciał zrobić, a potem wściekał się i krzyczał, że powinna z nim być i mu pomóc, gdy kulturalnie o coś prosił. Czasami też nie wstawał od razu do Brada, tylko mamrotał w przestrzeń, że to jej dziecko, więc to ona miała się nim zajmować. Był tak rozbity emocjonalnie, że zawsze w takich sytuacjach padał na kolana i po prostu płakał, bo na nic innego nie było go stać. Mówienie o niej w czasie przeszłym wbijało kolejne sztylety w jego serce, więc tego nie robił, a nawet starał się o tym nie myśleć. Próbował odrzucić wszystko, co związane z jej odejściem, nie odwiedzając jej grobu i traktując jej śmierć jak daleką podróż. Bywało, że niej dzwonił, a brak sygnału połączenia tłumaczył sobie brakiem zasięgu w miejscu, które akurat zwiedzała. Tak było mu łatwiej i nikt nie mógł go za to winić.

Dosłownie biegał między kolejnymi alejkami w sklepie, zgarniając najpotrzebniejsze produkty do koszyka, marudząc przy kasie na zbyt wolną pracę kasjerki, a potem równie szybko wrócił do mieszkania, gdzie przygotował śniadanie dla swoich dzieci, spakował książki do torby i poczekał na przyjście Eleanor, by pocałować ją w policzek w podzięce za poświęcenie wolnej soboty. W jego umyśle panowała zupełna pustka, przyjemna pustka, której nie chciał zamieniać na nic innego, bo rozsyłała przyjemne ciepło po całym jego ciele, chociaż na jakiś czas zdejmując z jego barków ciężar złych wspomnień i problemów, z którymi zmagał się na co dzień. Niestety tym razem nie trwało to długo, gdyż, trzymając już dłoń na klamce drzwi do swojego auta, spojrzał w stronę wnęki, z której niecałą godzinę wcześniej wychodził Liam, wyglądający co najmniej, jakby kogoś tam brutalnie pobił.

Przygryzł dolną wargę, próbując zobaczyć cokolwiek z odległości, w jakiej stał, ale widział jedynie jaskrawożółty kontener i nic poza tym. Odruchowo spojrzał na zegarek, jakby szukał wymówki, chociaż i tak wiedział, że nigdzie się nie spieszył. Dłoń wyciągniętej przed siebie ręki zacisnął w pięść i potrząsnął nią w niemocy, na powrót rozluźniając ją w pewnym momencie, a potem westchnął ciężko i odbił się od maski samochodu. Poprawił pasek torby na ramieniu, rozejrzał się dookoła i powoli skierował się do wnęki, mentalnie przygotowując się na to, co mógł tam zobaczyć.  Spodziewał się krwi, nieprzytomnego ciała lub ciężko pobitej osoby, niezdolnej do ustania na nogach. Te domysły przyprawiły go o szybsze bicie serca i znacznie cięższy oddech, więc kolejne kroki stawiał bardzo opornie, modląc się, by pojawiła się jakaś sąsiadka i zajęła go nużącą rozmową  na tak długi czas, aż faktycznie poczułby się zmuszony do wyruszenia w drogę do swojego gabinetu, nękany wyrzutami sumienia z powodu nadchodzącego egzaminu, do którego nawet nie zaczął się przygotowywać. Nic takiego się jednak nie stało, jak na złość dla niego, więc w końcu doszedł do podejrzanego miejsca i ze ściągniętymi brwiami zaczął rozglądać się za jakąkolwiek oznaką ludzkiej krzywdy, której sprawcą mógł być Payne. Między ciemnoniebieskim a zielonym kontenerem leżał skrawek kartonu, co było standardem już od paru lat, obok żółtego śmietnika leżał otwarty worek, na który Harry pokręcił głową, ponieważ gdy sam zostawił jeden ze swoich worków w ten sposób, to na zgromadzeniu rady mieszkańców został dotkliwie upomniany przez oburzonych sąsiadów, a okazało się, że ktoś w ich bloku miał specjalne przywileje. Zanotował więc sobie w głowie, by pójść na następne spotkanie i urządzić dokładnie tę samą burzę i rozkoszować się swoją zemstą. Następnie przyjrzał się jeszcze czarnemu kontenerowi, a gdy i w jego pobliżu nie zauważył niczego podejrzanego, postanowił jeszcze sprawdzić, czy może ofiara Liama nie leżała przypadkiem pod śmietnikami. Kucnął więc, dłonie oparł na ziemi i schylił się tak nisko, jak tylko mógł w tej pozycji i spojrzał najpierw pod czarny, potem pod żółty, a na koniec wszedł na karton między niebieskim a zielonym kontenerem i zajrzał za nie, natychmiast się odsuwając, gdy zobaczył wymiociny.

-Och, na litość boską.-Mruknął zniesmaczony i odruchowo zasłonił usta i nos dłonią, dopiero teraz czując cały ten smród starych śmieci.- Pieprzeni studenci, nachleje się to takie i rzyga, gdzie popadnie, bo do domu ciężko dojść po imprezie. Więcej ich przyjmijcie, albo od razu podopiecznych miejskiego zakładu karnego, co się będziecie czaić.-Marudził, w pośpiechu wychodząc z wnęki.- Albo tych wszystkich dorosłych licealistów, w końcu studenci nie są tacy źli, urżną się i idą spać, a taka wielce dojrzała młodzież będzie się tylko pieprzyć, gdzie popadnie, palić, ile fabryka dała i zalegać z czynszem, bo mamusia kieszonkowego nie chciała dać, a praca jest męcząca.- Warcząc nieustannie, wsiadł w swój samochód, odpalił silnik i wyjechał z parkingu, a na najbliższych czerwonych światłach stęknął boleśnie i oparł czoło o kierownicę.- Właśnie zjechałem sam siebie, jakim geniuszem trzeba być, żeby to zrobić… W dodatku już rozmawiam ze sobą na głos, głowa to za mało… Wciąż to robię. Tak, Harold, jesteś idiotą. -Stwierdził, rozmyślając głośno nad własnym życiem. Dźwięk klaksonu uświadomił mu zmianę świateł, więc ruszył tak gwałtownie, że nawet nie zdążył wcześniej zmienić biegu, przez co silnik zgasł i Harry uniósł głowę do góry w irytacji.-No już, Boże, zbawi cię ta sekunda?!- Wykrzyczał do niecierpliwego kierowcy za nim, ponownie przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył, tym razem już z jedynki, gładko przechodząc na dwójkę i w ten sposób rozpędzając się do piątki. Mężczyzna w zielonym Passacie wyprzedził go, trąbiąc jeszcze na niego, gdy znaleźli się obok siebie, na co Harry pokazał mu środkowy palec, ale pozwolił się wyprzedzić tylko po to, żeby zaraz stanęli razem na kolejnych światłach. Muzyka sączyła się cicho z radia, zagłuszając jego skołatane myśli, telefon zawibrował na półeczce przed skrzynią biegów, oznajmiając wiadomość od operatora sieci o zbliżającym się terminie zapłaty rachunku za abonament, a zielone oczy bruneta zmrużyły się, wyczekując na moment pojawienia się zielonego światła na sygnalizacji. Gdy to się stało, odczekał symboliczną sekundę, po czym z całej siły zacząć uderzać w swój klakson, popędzając Passata przed sobą, tak po prostu, z czystej, niewyładowanej wciąż złości. Z piskiem opon ruszył zaraz za nim, trzymając się bardzo blisko jego tylnego zderzaka, a chwilę później przycisnął dłoń do ust, polegając sromotnie w próbie powstrzymania szlochu. Chciał zjechać z drogi, chciał uderzyć z impetem w drzewo, chciał odejść, chciał… Chciał przestać narzekać na studentów tylko dlatego, że Gemma była jedną z nich. Chciał przestać kląć na niedojrzałych licealistów, bo sam nim był i chęć bycia dorosłym przysłoniła mu kontakty z rodziną, które docenił dopiero, gdy ich stracił. Chciał nie myśleć, jak wiele pięknych chwil z rodzicami przegapił, żyjąc w przekonaniu, że sam musiał o siebie dbać, a mama i tata tylko go ograniczali. Chciał zapomnieć, jak bardzo ranił dwie najważniejsze osoby w swoim życiu, skrzętnie ukrywając swoją miłość do nich, uważając okazywanie uczuć za wstyd. Chciał cofnąć czas, by to wszystko naprawić. Ale nie mógł.


Nie zauważył, kiedy wjechał na prawy pas. Nie zauważył też, że naprzeciwko również ktoś jechał i trąbił na niego, by wrócił na swój pas. Odruchowo skręcił kierownicą jeszcze bardziej w prawo, unikając zderzenia czołowego, a na widok barierek odbił w lewo i z całej siły pociągnął za hamulec ręczny. Był już przekonany o swojej śmierci, więc zamknął tylko oczy i pożegnał się ze światem, bo to definitywnie miał być jego koniec.

Zakołysał się na boki w swoim fotelu i pozostał w bezruchu przez kilka kolejnych sekund, a wokół rozbrzmiała symfonia różnorodnych rodzajów klaksonów. Nie tak wyobrażał sobie przywitanie w niebie. Czytał o harfach i chórach aniołów wśród bieli chmur i rażącego światła Pana. Przyznał, że trochę się zawiódł, ale postanowił otworzyć oczy i wtedy wszystko stało się jasne. Wciąż żył.

Stał w poprzek ulicy, po obu stronach mając przynajmniej parę samochodów z wściekłymi i zszokowanymi ludźmi w środku. W nic nie uderzył, niczego nie uszkodził, nic się nie stało. Więc opuścił dźwignię hamulca ręcznego, wrzucił wsteczny bieg, wycofał trochę, skręcił kierownicę i odjechał, jak gdyby nigdy nic, drapiąc się niezręcznie w tył głowy.


Na małym parkingu przed swoim ośrodkiem obszedł samochód dookoła, chcąc się upewnić, że w nic nie uderzył. Nie zauważył jednak nawet pojedynczej ryski, więc odetchnął z ulgą, z fotela pasażera zabrał torbę i dziarskim krokiem ruszył do szklanych drzwi równie małego ośrodka weterynarii. Pogwizdując beztrosko, wyjął klucze z kieszeni kurtki, otworzył drzwi i już chciał wejść do środka, kiedy usłyszał ciche skomlenie psa zza bocznej ściany budynku. Zmarszczywszy brwi w konsternacji, podszedł do źródła tegoż dźwięku i właściwie sam nie był pewien, czy zdziwił go widok bezdomnego mężczyzny, czy też nie. Co prawda, bywał tu regularnie od blisko czterech lat, Harry mijał go jeszcze za czasów przymusowego chodzenia do pracy z Desem, więc w pewnym sensie był już do tego przyzwyczajony. Jednak nigdy nie widział, żeby szatyn siedział, przyciśnięty do ściany, z mocno wyprostowanymi plecami, właściwie niepewny tego, czy pozostać w tej pozycji, czy może skulić się w sobie. Nie widział też nigdy, by unosił twarz ku górze, zaciskając zęby i powieki, z z jego rzęs łzy spadały na policzki i spływały aż do wyraźniej linii żuchwy, a potem po szyi pod brudny sweter. Gdy słyszał jego głos, zwykle prosił o jedzenie, a nie popiskiwał krótko. Na to Harry z pewnością nie był przygotowany.

Pies siedział obok swojego właściciela, spoglądając to na niego, to na młodego weterynarza. Gdy smutne psie oczy spotkały te Harry’ego po raz pierwszy tego dnia, po ponownym zwróceniu uwagi na swojego pana, uniósł łapę i dotknął nią jego uda, jakby prosząc o jakąkolwiek pomoc dla niego. Za to Harry kochał zwierzęta.

-Hej.-Odezwał się, by jakoś przekazać mężczyźnie, że ktoś przy nim jest. Szatyn uchylił powieki i zaraz otarł wilgotną twarz,starając się jakoś przywrócić się do ładu, chociaż doskonale wiedział, że jest już za późno.-Boli cię coś, prawda? Wiem, zadaję głupie pytania, przecież gołym okiem widać, że skręcasz się z bólu. Plecy?

-N-nerka.- Wyjąkał w odpowiedzi.- Prawa. Tylko prawa. To nic, naprawdę.- Dodał, sapiąc ciężko.- To n-nic.

-No jasne, tylko umierasz.-Harry burknął oschle, jednak opamiętał się, jak tylko zobaczył grymas na twarzy bezdomnego.- Posłuchaj, może zawiozę cię do-

-Nie!- Louis przerwał mu natychmiast, wręcz krzycząc.-Żadnego szpitala, poradzę sobie.

-Człowieku, nie rozumiesz, że możesz mi umrzeć w męczarniach pod ośrodkiem, kiedy ja będę siedział w swoim gabinecie, zupełnie nieświadomy? Mam, kurwa, potąd śmierci, słyszysz?- Mówiąc to, sugestywnie narysował dłonią prostą linię nad swoją głową. Był stanowczy, zbyt stanowczy, co zauważył po strachu w błękitnych oczach. Nic sobie jednak z tego nie zrobił.-Dobrze, szpital nie. Sam cię wyleczę. Albo chociaż spróbuję. Ja i twój pies tego chcemy, więc tak jakby zostałeś przegłosowany, dziękuję bardzo. Chodź.-Mruknął ostro, po czym wyciągnął rękę i pomógł mu wstać. Louis nic nie mówił, w ciszy dał się zaprowadzić do gabinetu, w którym już raz był, klęcząc i prosząc o życie swojego ukochanego psa. Zrozumiałym więc dla niego było, że wzdrygnął się na sam widok pokoju, ale nawet nie miał czasu, żeby coś powiedzieć, bo zaraz został posadzony na wysokiej kozetce, na której sam prawdopodobnie by nie usiadł.

-Masz uczulenie na jakieś leki?- Harry zapytał i uśmiechnął się delikatnie, gdy szatyn pokręcił głową.- Świetnie, dam ci jakieś przeciwbólowe, są silne, więc powinny ci choć trochę pomóc.-Oznajmił już łagodniejszym tonem, ale to nie wprowadziło nawet odrobiny spokoju do umysłu bezdomnego mężczyzny. Obserwował w skupieniu, jak Harry wyciąga ze swojej torby opakowanie leków, a potem sięga do szafki w swoim biurku i wyjmuje z niej coś materiałowego. Wbił zdziwiony wzrok w poduszkę w kształcie rogala, co Harry zauważył dopiero, gdy podał mu tabletkę i butelkę wody, a on ich nie przyjął.

-Co to jest?-Louis zapytał w końcu. Połknął tabletkę i popił ją dużą ilością wody, nie tylko przez wzgląd na pragnienie, ale też z powodu wąskiego przełyku, a co za tym idzie, obawy przed utknięciem pigułki w gardle.

-Poduszka.

-Widzę. Ale dlaczego ma kabel?

-Bo to elektryczna poduszka. Najnowsze modele już nie mają kabli, ale ta jest dość stara, mój tata używał jej zawsze w zimowe dni.

-Och…

-W każdym razie, skoro boli cię nerka, zapewne się przewiałeś.

-Wiem, to nie pierwszy raz.-Mruknął słabo, spuszczając głowę.- To właściwie moja rutyna…

-Dziwię się, że jeszcze żyjesz. Nerki to nie przelewki, gdybyś doprowadził do zapalenia-

-Wszystko to wiem.

Harry zacisnął usta w wąską linię, po czym owinął poduszkę wokół talii Louisa i zapiął ją na jego brzuchu.

-Wygrzejesz solidnie to miejsce i powinno być w porządku. To potrwa, więc po prostu się połóż na ten czas i nie wiem, spróbuj nawet zasnąć.

-Dziękuję panu.

-Wydajesz się być starszy ode mnie, bez urazy, więc jaki tam pan.- Brunet machnął lekceważąco ręką, ale nie wyjawił swojego imienia, więc i Louis nie zdradził swojego.

-W porządku.- Odrzekł tylko i niepewnie położył się na boku na kozetce, kiedy Harry zajął już swoje miejsce na krześle i zaczął wyjmować książki z torby.- Czy…Umm…Czy Teddy może położyć się przy mnie? Nie jest przyzwyczaj-

-To kozetka dla psów, co oznacza, że zwykle leżą na niej psy. I inne zwierzęta, ale to już rzadziej.-Styles oparł, nawet na niego nie patrząc. Na to Louis zamknął na chwilę oczy i westchnął cicho, a Harry dopiero po chwili zrozumiał, jak to zabrzmiało.- Przepraszam, nie to miałem na myśli.

-Nie ma sprawy, słyszałem już gorsze rzeczy.-Szatyn odpowiedział krótko, jednak jego głos załamał się na końcu i Harry wiedział już, że naprawdę mógł urazić Bogu ducha winnego człowieka. Podniósł się z krzesła i podsadził psa, układając go przy boku Louisa, a potem z uśmiechem na twarzy patrzył, jak sunia pociera nosem policzek swojego pana i kładzie się, grzbietem do niego, zaraz ruszając jedną łapką. Louis objął ją ramieniem, przekładając rękę pod przednią kończynę kundelka i układając dłoń na kozetce, wnętrzem do góry, a zaraz potem znalazła się na niej łapa.

-No proszę…- Styles odezwał się po krótkiej chwili obserwowania sceny przed sobą.-Dawno nie widziałem takiej więzi między właścicielem i zwierzęciem…

-To moja przyjaciółka.-Usłyszał w odpowiedzi i uniósł jedną brew.

-To ona?

-Tak. Na początku myśleliśmy, że to on, więc przyzwyczailiśmy się do Teddy, a po pierwszych szczeniakach już nie chcieliśmy mieszać z imionami. Poza tym, Teddy to też damskie imię.

-Naprawdę przepraszam za swoje zachowanie, mam dzisiaj po prostu zły dzień.

-Nie szkodzi. Jeszcze raz dziękuję, nie musiał pan.

-Pan?

-Nie musiałeś.

Harry skinął głową, nadal nie myśląc nawet o tym, by się przedstawić. Po prostu umknął mu ten szczegół przejścia na ty. Wrócił na swoje krzesło, rozsiadł się wygodnie i zaczął przerabiać materiał, potrzebny mu do zdania egzaminu zawodowego, a Louis długo przyglądał mu się dyskretnie, walcząc ze snem.

Puszyste włosy były pierwszym, na co zwrócił uwagę. Miały piękny odcień gorzkiej czekolady i wywijały się w każdą stronę, tworząc niezwykle urocze loczki, ciaśniejsze przy uszach i luźniejsze na całej reszcie głowy. Wydawały się być naprawdę zdrowe i miękkie i Louis zastanawiał się, czy są tak samo przyjemne w dotyku, jak loczki jego dawnej przyjaciółki ze studiów. Leigh-Anne była jedyną osobą z loczkami w jego środowisku i to było chyba to, co kochał w jej wyglądzie najbardziej. Potrafił spędził godziny na zajęciach, po prostu drapiąc skórę jej głowy i rozwijając dla zabawy pojedyncze kosmyki, tylko po to, by zobaczyć, jak szybko zwijają się z powrotem w sprężynki. Kręcone włosy z pewnością były w jakimś sensie jego słabością.

Z włosów jego wzrok opadł nieco niżej, na twarz. Patrząc na jego profil, główną rolę zdecydowanie odgrywała ostra linia żuchwy. Dokładnie widział każde napięcie mięśni twarzy, każde zaciśnięcie szczęki i jej rozluźnienie. A gdy brunet zasysał policzki w skupieniu, zwijając usta w dzióbek, odsłaniał również kości policzkowe i to w pewien sposób zaczarowało Louisa. Sam miał wklęsłe policzki i wręcz stale uwydatnione kości, jednak u weterynarza wyglądało to wyglądało zupełnie inaczej, bo był zdrowy i zadbany, kiedy Louis przypominał wrak człowieka.

Na usta spojrzał już wcześniej i trochę mu ich zazdrościł. Były wręcz idealnie wykrojone, pulchne w środku i zwężające się przy przy kącikach, o kolorze dojrzałych malin. Przypominały mu te, należące do jego najmłodszej siostry i mimowolnie zaczął myśleć o tym, czy również u niego wygląda to tak zabawnie, gdy wydyma dolną wargę.

Jakkolwiek miałoby to zabrzmieć, Louis musiał przyznać, że miał do czynienia z naprawdę pięknym człowiekiem. Jedynym, co nie pasowało do jego osoby, były oczy. Nie widział ich zbyt długo, ale i tak zdążył zauważyć, że kryło się w nich coś dziwnego; coś, co osłabiało jego wizerunek silnego, młodego i otwartego na życie mężczyzny.

I właśnie myśląc o tych zielonych, intrygujących oczach, w końcu poddał się, wtulił nos w miękką sierść swojego psa i odpłynął do krainy Morfeusza, a Teddy zaraz po nim.


Godzinę później Harry odłożył książkę i przetarł zmęczone oczy, przeciągając się przy tym nieco. Spojrzał na kozetkę, gdzie jego goście dość mocno spali, czego zaczynał im zazdrościć. Nie zauważył na twarzy szatyna grymasu bólu, więc uznał, że poduszka elektryczna działała, na szczęście.

Zanim zdążył wrócił do swojego zajęcia, drzwi jego gabinetu otworzyły się i stanął w nich mężczyzna w policyjnym mundurze. Zamrugał kilkakrotnie, podejrzewając się już o omamy wzrokowe, jednak wciąż go widział.

-Można?-Policjant zapytał, uśmiechając się delikatnie, a Harry nieświadomie skrzywił się, usilnie starając się jakkolwiek wyjaśnić zaistniałą sytuację.

-Jestem aresztowany?

-To zależy.- Mężczyzna wszedł w głąb gabinetu i wszystko stało się jasne. Styles parsknął cicho w rozbawieniu, podniósł się i uścisnął rękę mundurowemu.- Trzymasz tu jakieś prochy? Nielegalnych imigrantów?

-Zayn Malik.

-We własnej osobie.-Skinął głową, po czym zdjął czapkę, położył ją na biurku weterynarza i usiadł na wolnym krześle.- Harry Styles.

-Nic się nie zmieniłeś, Zayn.

-Poważnie?

-Te same rysy twarzy i oczy. Twoich oczu nigdy nie zapomnę, były legendą w każdej szkole, do której chodziłem; od przedszkola, po liceum. W dniach policzę ci rozmowy dziewczyn na twój temat w pokoju mojej siostry, który był również moim pokojem. Tak, przy okazji dziękuję ci za spaczone dzieciństwo.-Wymruczał z wyrzutem, na co Zayn roześmiał się cicho w ten charakterystyczny sposób, wytykając delikatnie język w okolicach kłów i marszcząc nos.

-Przepraszam.-Odrzekł bez cienia wyrozumiałości dla prywatnego dramatu młodszego bruneta.

-Co ty tutaj robisz? To jakiś dzień powrotów do Stylesa, czy jak? Jak cię ostatnio widziałem, byłeś jeszcze moim korepetytorem z angielskiego…

-Wyjechałem, przyuczyłem się na policjanta i oto jestem!-Rozłożył ramiona z wyraźnym zadowoleniem.-A ty? Weterynarz..?

-Jak widać.

-Cały Harry. Zawsze wrażliwy na krzywdę innych, ten zawód ci pasuje.

-Nie chciałem być weterynarzem.- Harry mruknął, nieco przygaszonym tonem.-Tak wyszło.

-Nigdy właściwie nie wiedziałeś, kim chcesz zostać, więc może dobrze się stało, że coś zdecydowało za ciebie?-Spytał Malik, z delikatnym uśmiechem na twarzy.

-Może. Ale po co wróciłeś do Holmes, policja niewiele ma tu do roboty…

-Przeniosłem się po wyjściu Payne’a z więzienia.

-Chwila, przecież Liam też tutaj jest…-Zielonooki zmarszczył brwi w konsternacji i przeczesał dłonią swoje loki.- Co się-

-Właśnie dlatego tu jestem. Chcę go osobiście załadować ponownie w kajdanki. Do tego czasu, jest tu spokojnie, nie ma tylu wrażeń, co w Londynie, więc-

-Poczekaj, wytłumacz mi to.

-W porządku, może tak. O mało nie straciłem przez gnoja życia. I dziecka.

Harry zbladł na samą myśl o tym, że Liam parę godzin wcześniej dowiedział się, gdzie mieszka i najwidoczniej próbował odebrać życie swojemu byłemu koledze z klasy. Ruchem ręki poprosił, by Zayn jeszcze nic nie mówił, a potem odkręcił swoją wodę i wypił wszystko duszkiem.

-W porządku, mów.

-Przyszedł do mnie trzy lata temu, twierdząc, że chce współpracować z policją, bo ma dość gangu, do którego należy. Powiedział mi wszystko na temat kolejnej zaplanowanej akcji, uzgodniliśmy z plan schwytania przywódcy… Miał być tam sam, więc nie zorganizowaliśmy większej załogi, jak durnie rzuciliśmy się na tą akcję we czwórkę. A potem się okazało, że to była zwykła pułapka, byli tam wszyscy i po prostu chcieli zrobić sobie z psów zabawki. Zdzira, najpierw grała przede mną niewiniątko i powoływała się na naszą znajomość, a potem sama strzeliła mi w nogę i mnie skatowała. Gdybym nie miał nadajnika, zostałbym tam do usranej śmierci, a to nadeszłoby szybko. Ja prawie zginąłem, a Perrie niemal poroniła, gdy się dowiedziała, że trafiłem do szpitala.

-Czemu on nie siedzi?-Styles wykrztusił słabo, już autentycznie wystraszony.

-Wkopał w to jednego ze swoich kumpli. Użył jego broni do postrzału, mnie sprał w rękawiczkach, a ten idiota się przyznał. Ja przy pobiciu miałem zawiązane oczy, więc sąd uwierzył temu, który otwarcie powiedział, że to zrobił. Wiesz, jak działa dzisiejszy wymiar sprawiedliwości- wszystko na odpierdol, żeby jak najszybciej iść do domu.

-Czemu ten facet się przyznał? Liam ma aż takie wpływy?

-Nie, okazało się, że miał raka, więc było mu wszystko jedno. Zmarł po kilku miesiącach w pace. A Payne łazi po Anglii i śmieje mi się w twarz.

-Czemu cię nie zabił, nie rozumiem…

Zayn westchnął cicho, palcami mierzwiąc kruczoczarne włosy, jakby myślał, czy powinien coś powiedzieć. Przyjrzał się dwudziestolatkowi uważnie, ale ten spojrzeniem wymusił na nim odpowiedź, więc zagryzł dolną wargę, zanim odezwał się ponownie.

-On nie chce śmierci. Chce się znęcać. Kocha widzieć ból, pragnie błagań o oszczędzenie życia, chce bawić się w Boga, decydując o losie ofiary.

-Chryste…

-Haz, posłuchaj mnie. Payne jest nieuchwytny, doskonale wie, jak wymigać się od kary. A teraz jest tutaj, na wolności, w miejscowości, w której patrole policji to rzadkość.

-Czyli Holmes przestało być bezpieczne.

-Chciałem cię ostrzec. Oboje wiemy, co on robił jako dzieciak. Teraz jest jeszcze gorszy.

-Czyli przesiadam się już na stałe na samochód.-Harry mruknął do siebie.-Muszę zakazać El wychodzić z dziećmi…

-Masz dzieci?- Zayn podchwycił natychmiast, chcąc zmienić temat na coś przyjemniejszego, odkąd zobaczył kropelki potu na czole młodszego.-I dziewczynę, hmm, no proszę. Opowiadaj.

-Więc jesteś z Perrie, tak?-Usłyszał w odpowiedzi i roześmiał się ponownie, kręcąc głową w niedowierzaniu.

-Wykręcasz się, to niesprawiedliwe. Zawsze to robiłeś.-Wypomniał z udawanym oburzeniem.-Owszem, jestem z Perrie. Od podstawówki. Mamy córeczkę.-Odpowiedział mimo wszystko, uśmiechając się szeroko na samą myśl o swojej rodzinie.-Ale ty. Eleanor… Dzieci… Harry, mów natychmiast.

-Tak, tak, mam dzieci.

-Twoja mama pewnie jest zachwycona, co? Zawsze kochała dzieci. Och i Gemma, na pewno dumna ciotka.

Na to brunet wyraźnie spochmurniał, co nie uszło uwadze mulata, który zaraz ściągnął brwi zaniepokojony.

-Nie żyją.

-Obie?

-Wszyscy.-Dodał, wzruszając ramionami, wzrokiem błądząc po całym gabinecie. Dostrzegł, że na kozetce Louis poruszał się niespokojnie, jednak uznał, że po prostu coś mu się śni i zaraz przejdzie.

-Rozumiem… Tak właściwie.- Zayn zagadnął niepewnie.-Nie mam tu nikogo znajomego, wszyscy powyjeżdżali w pogoni za karierą. Zostałeś ty i paru ludzi, których niby znam, ale szczerze ich nie lubię. A nie chcemy być tutaj z Perrie sami. Pomyślałem, że cię znajdę i może będziemy mogli od czasu do czasu wyskoczyć na piwo, może ustawić nasze partnerki na wspólny wieczór bez dzieci, żeby je odciążyć…

-Chcesz się od nowa zakumplować?

-Dokładnie. Tym razem bez nauki angielskiego w tle.- Odpowiedział stanowczo, a czuły uśmiech nie znikał z jego twarzy. Jego uśmiech był tym, co od początku wzbudzało w Harrym zaufanie do niego. Styles nigdy nie dopuszczał do siebie zbyt wielu ludzi, jedynie James wiedział o nim dosłownie wszystko. Ale Zayn zawsze był dobrym kompanem do rozmów, bo nie patrzył przez pryzmat problemów Harry’ego i inspirował go swoją osobą. W pewnym sensie stanowił dla niego wzór; cel, do którego nieustannie dążył, jednak nigdy nie udało mu się go osiągnąć. Był dobrą przeszłością. I właśnie pokusa odzyskania tej części dawnego siebie ostatecznie go przekonała.

-Pewnie.-Odparł, przywdziewając delikatny uśmiech.

-Co powiesz na obiad, jutro? Chcę poznać twoje dzieciaki i tą tajemniczą Eleanor.

-To żadna tajemnicza Eleanor, chodziłeś z nią do jednej klasy.

-Nie gadaj, wyrwałeś Calder? I jeszcze ją zaciąż-

-Nie, nie, ona nie jest matką dzieci. Jest dla nich jak ciocia.

-A co z matką?-Zayn zadał kolejne pytanie i Harry nie mógł go winić za zwyczajną ludzką ciekawość. Nie wiedział, dlaczego brnął w kłamstwo o związku, chyba po prostu uznał, że tak będzie łatwiej. Po raz kolejny szedł na łatwiznę, tym razem oszukując kumpla, a nie siebie. Ale Zayn zawsze miał go za normalnego chłopaka, chciał zachować ten stan rzeczy, a historia o byciu ojcem dla swojej siostry i bratanka zdecydowanie nie należała do normalnych. Więc wolał grać.

-Nie mają już matki. Teraz jestem tylko ja.

-W porządku, powiesz mi tyle, ile uznasz za słuszne, nie będę naciskał. Zanim wrócę na swoją służbę, powiedz mi jeszcze… To ośrodek weterynarii?

-Tak?-Odpowiedział pytaniem na pytanie, nie bardzo rozumiejąc. Wtedy Zayn sugestywnie spojrzał na kozetkę, na której Louis szamotał się coraz bardziej i już nawet mruczał coś pod nosem.

-Dlaczego-

-Bezdomny. Cholernie bolały go nerki, chciałem pomóc.

-Wiesz, że-

-Wiem, że obowiązuje zakaz żebrania na ulicy. Ale on tego nie robi. Ukarzesz go za to, że nie ma się gdzie podziać?

-Dasz mi w końcu powiedzieć coś od początku do końca?- Zayn przekrzywił głowę w rozbawieniu, po czym kontynuował.-Są schroniska dla bezdomnych.

-Zayn, ten facet ma jakieś trzydzieści lat, myślisz, że nie wie o istnieniu takich instytucji? Skoro go tam nie ma, widocznie ma swoje powody, by czuć się bezpieczniej na ulicy, aniżeli w przytułku. Nie jest natrętny, ludzie tutaj w większości go tolerują i starają się pomóc, jak ja teraz.

-Nie!-Głośny krzyk przerwał ich rozmowę i oboje spojrzeli w kierunku kozetki. Louis siedział tam, spocony i zdezorientowany, dysząc ciężko i patrząc na nich nieobecnym wzrokiem. Oblizał spierzchniętą wargę, w pośpiechu zerwał z brzucha ciepłą poduszkę i zeskoczył z kozetki, gdy zdał sobie sprawę z obecności policjanta.

-Wszyst- Harry zaczął, jednak szatyn przerwał mu krótkim przepraszam i niemal wybiegł z ośrodka, a w jego ślady zaraz poszła Teddy, pozostawiając zaskoczonych brunetów samych sobie.

-To… było…

-Dziwne.- Styles po raz kolejny dokończył zdanie Zayna.

Kiedy oni patrzyli na siebie ze ściągniętymi brwiami, próbując zrozumieć, co się właśnie stało, Louis zdążył zajść w dół ulicy, gdzie w pewnym momencie został wciągnięty w ślepą uliczkę. Tak rozpoczęło się jego piekło na ziemi.