udnie

4

Francis Picabia (French, 1879-1953)

Picabia dabbled in a variety of different styles; his art reflects the trends of his time, ranging from Impressionist to Cubist, Dada, and Surrealist. Toward the end of his life, he was creating “girlie paintings” to decorate brothels.

1. I See Again in Memory my Dear Udnie, 1914

2. Udnie (Young American Girl, The Dance), 1913

3. Dances at the Spring, 1912

“Mnogo je lakše ne znati stvari ponekad. Stvari se menjaju i prijatelji odlaze. Ali život ne prestaje ni za koga. Želim da se smejem. Ili možda da se naljutim. Ili ću možda samo slegnuti ramenima na to kako su svi bili čudni, pogotovo ja. Mislim da je ideja da svaka osoba treba da živi sopstveni život i pravi izbor sa kojim ljudima će ga deliti. Ne možete samo sedeti i stavljati svačiji život ispred vašeg i misliti da se to računa kao ljubav. Jednostavno ne možete. Morate da radite stvari. Ja ću raditi ono što želim da radim. Ja ću biti ono što stvarno jesam. I ja ću shvatiti šta je to. I svi mi možemo da sedimo i pitamo se, osećajući se loše jedni zbog drugih, i kriviti mnoge ljude za ono što su uradili, ili nisu ili ono što nisu znali. Ne znam. Pretpostavljam da uvek postoji neko da bude kriv. Možda je to samo drugačije. Možda je dobro sagledati stvari iz druge perspektive, ali ponekad, mislim da je jedina perspektiva biti stvarno tamo negde. Jer u redu je osećati stvari. Ja sam stvarno bio tamo. I to je bilo dovoljno da se osećam beskonačno. Osećam se beskonačno.” 
― Stephen Chbosky, The Perks of Being a Wallflower

Strasno ju je poljubio u usta. Mirisao je na limun, sapun i pastu za zube. Osetivši njegovo telo priljubljeno uz svoje, na trenutak je osetila ubod čežnje. Stari osećaji preplavili su njeno telo. Poznati, a ipak čudni, kao kad zbog nagle toplote u proleće počne da puca led na zamrznutoj reci.
—  Skandalozno - Tili Bagšo
kiedyś wyszedłem po fajki do sklepu nie wiem czemu w sumie
przecież rzuciłem je dwa dni temu a to trzecie popołudnie
—  buka ‘czarownica z monopolowego’

W to cynamonowe popołudnie przyszedłeś do mnie napić się herbaty z argentyńską cytryną i lipowym miodem. Siedzieliśmy w milczeniu przy kuchennym stole i wsłuchiwaliśmy się płatki śniegu uderzające z hukiem w okienną szybę. Wiatr biegł oszronionym polem, zawodząc złowieszczo.
W kuchni było ciepło, z pieca wylatywały trzaskające radośnie iskry, po czym cichutko gasły w ciemnym popielniku. Obłoczki pierzastej pary unosiły się nad naszymi kubkami, zakrywając nasze wstydliwe spojrzenia.
Chciałam coś powiedzieć, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że nie znam żadnych słów i nie potrafię złożyć najprostszego nawet zdania.
Więc siedzieliśmy w milczeniu w to cynamonowe popołudnie pachnące herbatą, Argentyną i wspomnieniami.

anonymous asked:

Co będzie za 10 lat?

Przyjmijmy, że jestem wszechwiedzącym człowiekiem, pół bogiem, pół człowiekiem.
Patrząc na świat (bo oczywiście, jakże śmieszne byłby piosanie o swoim życiu, tak) za 10 lat, chaos odbija się echem o ściany budynków, o ściany umysłu w mojej głowie.
Każdy z obrzydzeniem patrzy na resztki ludzkości tych kukieł.
Ciągła niestabilność.
Wolno wybijający zegar odmierza samo południe.
Nicość w rzeczywistości trwają tak od dobrych 10 minut.
Kalce cierni nieustannie dręczące umysły, myśli, psychike człowieka, który wkracza powolnie w swoje jakże odrażające obłędy.
Za 10 lat, dnia 17 grudnia 2024 roku myśli każdego człowieka są białe, blade i puste, przewidujące nadejście Antychrysta, nadejście wojny, tak.

Przepraszam, ale kiedy przeczytałam to pytanie weszłam w stan dumania nad tym. Taki obraz mi się namalował, o. Ja taki poeta i pisarz, tak. Dziękuję.
A tak naprawdę: co będzie jutro?

Trochę słońca z Poznania 4 all. #słońce #slonce #sun #poznan #city #miasto #poznań #polska #poland #wielkopolska #day #osiedle #południe #zlapalem #cityofpoznan #nowemiasto #okno #window #bloki #flats #kierunek #malta #jezioromalta #maltalake #maltapoznan (w: Home - Nowe Miasto)

Niedziela, dzień podczas którego bezczynnie leżąc na podłodze patrzymy się w sufit dokładnie obserwując każdą jego niedoskonałość, a w głowie mamy zupełną pustkę, tak jak i w sercu i w duszy. Przez moment jakim jest ten jeden dzień w tygodniu, możemy wsłuchać się w ciszę, złudnie przestać istnieć.
Od Jacoba Cd Carrie

-Nie, nie wściekam się, tylko Johnny popsuł nam to popołudnie. - powiedziałem i już szliśmy do samochodu. Z Marleyem. Stwierdziliśmy że może z nami iść na tą imprezę, przecież nie zostawimy go samego.

*W samochodzie*

-Dobrze że go wzięliśmy? - zapytałem wskazując wzrokiem Marleya.

<Carrie?>

Exercitium - pars III.

            Motorniczy zadźwięczał dzwonkiem i tramwaj gwałtownie ruszył spod przystanku. Zaparłem się mocno nogami i chwyciłem kurczowo metalową belkę nad swoją głową.
            Choć naokoło były jeszcze wolne miejsca siedzące, to wolałem postać i poobserwować szybko przewijające się miasto za poobklejaną reklamami szybą. Poza tym nie lubiłem stałego rytuału, który musiał odbyć się za każdym razem, gdy chciałem ustąpić komuś miejsca; czułem się przy tym - nie wiedzieć tak do końca czemu – mimowolnie zawstydzony.
            Choć zbliżało się południe, to słońce nie zaszczycało miasta swoją obecnością - od dwóch dni było pochmurnie i wydawało się, że orzeźwiający deszcz jest tylko kwestią czasu.
            Tramwaj zatrzymywał się co chwila na większych skrzyżowaniach, a ja w bezmyślnym transie obserwowałem puste chodniki. Wyobrażając sobie, że moje oko ściśle przylega do obiektywu, szukałem na ulicach jakiegoś inspirującego pierwiastka.
            Gdy miałem gorszy dzień, to zdarzało się, że kilka razy przejeżdżałem od początku do końca całą trasę, miętosząc dwudziestoczterogodzinny bilet w dłoni mokrej od potu.
            Tego dnia było inaczej.
            Wagon skręcił w wąską uliczkę obsadzoną rosłymi klonami i poczułem, że moja krew stała się burzliwa, a w twarz uderzyła mnie fala gorącego powietrza – niezawodny znak, że ujrzałem coś inspirującego.

Zima

Słońce złożyło wypowiedzenie
Jego szare bielmo pokryła jaskra
Nie zdecydowało się wziąć chorobowego

Zmęczyło się tym krajem
Kto nie jest zmęczony?

W swej niedyspozycji nie rozmrozi
Wesołymi iskierkami z płomienistych dłoni
Blach znaków drogowych które
Same przestały rozumieć co znaczą

Śnieżne wyspy ciągnących na południe chmur
Zwierciadło lodu
Na chodnikach szklistych odbija

Ulokowani w samym środku białej pustyni
Brniemy w styczniowe szaleństwo

Śliska szosa odnowiona przed zimą
Nobilituje miasteczka bez nazw
Porozrzucane niedbale gdzieś pod Krakowem
Smucą się śnieżnie

Zmarznięte cienie udręczonych drzew
Robią nam za poddańczy szpaler

Szymony telegraficzne wetknięte jak
Krzyże w małopolską ziemię
Oczerniają fioletowy step

Słupy wysokiego napięcia z dumy sobie samym skwierczą

Tych zdrajców starego porządku
Zdehumanizowana nowoczesność
Udekorowała orderami anten

Wynoszą się pysznią i szpecą krajobraz
Szepcą przełożonym donosy

Flesz fotoradaru w zastępstwie
Zamarzniętego tymczasem słońca
Jedynym blaskiem dnia