Banks - Goddess (2014), recenzja Tomasza Pawelca

http://allaboutmusic.pl/banks-goddess-2014-recenzja-tomasza-pawelca/

Jilian Banks w muzycznym świecie posługuje się po prostu nazwiskiem. Od 2013 roku sukcesywnie zakochują się w niej kolejne osoby. Ja również padłem ofiarą uzależnienia od tej młodej artystki. Dlatego Goddess było dla mnie jedną z najważniejszych premier muzycznych roku. Jak poradziła sobie Banks …

Lubimy mieszać

Przed chwilą zahipnotyzowana mocą obrazu Tomasza Alana Kopera postanowiłam “podzielić się” nim na blogu (tutaj można zobaczyć o czym piszę). Wszystkie dzieła tego artysty budzą moje emocje. I nie chodzi tu o podobanie się czy nie - doceniam zawsze warsztat ale nie tylko o niego też chodzi. Musi kopnąć, poruszyć, przytrzymać, zaniepokoić i wyprosić choćby na chwilę z ciepłej strefy komfortu. To jedno z najważniejszych zadań sztuki. Może najważniejsze. Obraz o którym mowa poruszył wiele i wiele tytułów cisnęło mi się do głowy. Ale to tylko nazywanie, które samo w sobie okrawa nas i zubaża - niech więc mówi każdemu do ucha i duszy to co ma być usłyszane.

A kiedy już wysłyszymy, to co nie zawsze chcemy, można zrobić coś dla przeciwwagi. Ogniska palą na polanach, jabłka i śliwki spadają z drzew, to najlepszy czas na najprzytulniejsze ciasto jakie znam - na szarlotkę. Zawsze kojarzyć mi się będzie z moją Mamą a moim dzieciom z Babcią - ten zapach, słodko-kwaśny smak, początek szkoły i koniec lata. Początek i koniec jednocześnie. Może więc można byłoby dalekie echa tego stanu wrześniowego znaleźć jednak na obrazie Kopera? Nie wiem, tak po prostu sobie to płynie…

Na szarlotkę i racuchy najlepsze są antonówki a najlepsza na nie pora jest właśnie teraz. Trzeba jednak przy zakupie (zwłaszcza 20 kg na zaprawy:) zachować czujność - za bardzo zielona antonówka, choć z natury taka jest, jest niedojrzała i kwaśna ponad nasze potrzeby a ta za bardzo żółta może być już przejrzała.

image

 

antonówki, co do których czułam, że może są za żółte w środku wyglądały tak

image



Przygotowujemy kruche ciasto

40 dag przesianej przez sito mąki pszennej

25 dag masła

1 lub 2 żółtka + 1 całe jajko

1 łyżeczka proszku do pieczenia

0.5 szklanki cukru

Masło wykładamy na stolnice i kroimy nożem. ąkę mieszamy z proszkiem do pieczenie i dosypujemy do masła. Kruche ciasto powinno być zarobione jak najszybciej, aby uniknąć ogrzania nadmiernego masła (dlatego dłoni używamy pod sam koniec łączenia składników). Dodajemy jajka, chwilę łączymy w dłoniach aby ciasto utworzyło kulę. Wkładamy ją do woreczka i do lodówki na min 1 godzinę.

Obieramy jabłka, kroimy na ósemki, dusimy w garnku na odrobinie wody przez ok 10 min. Chodzi o to aby zmniejszyły swoją objętość ale nie rozpadły się. Odcedzamy je na sicie.

Wyciągamy ciasto z lodówki i dzielimy na dwie części. Jedną kroimy na równe plastry (ok 5mm) i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przerwy między plastrami łączymy palcami ( trochę jakbyśmy plasteliną wykładali dno). Wykładamy jabłka na tak przygotowany spód, posypujemy cukrem (ok. 4-5 łyżek) i cynamonem (2-3 łyżeczki). Drugą część ciasta kroimy na plastry i przykrywamy jabłka - mogą pozostać przerwy - widać to na drugim zdjęciu.

image

image

image



Ciasto wkładamy do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i pieczemy 45 min. Na ostatnie 15 min zmieniamy grzanie na góra - dół.

Kiedy przestygnie, co nie zawsze ma niestety miejsce - możemy ciasto popruszyć cukrem pudrem lub pokryć lukrem (0.5 szklanki cukru pudru+sok z jednej cytryny, wymieszać, nie dodawać wody, nie zagotowywać, wyleć na ciasto)

Do dzieła!

Zdjęcie promujące komiks pt. “Ostatni Przystanek” autorstwa Tomasza Grządzieli.

"Komiks jest całkowicie niemy i opowiada splatające się historie kilku postaci, które każdy z nas może na co dzień spotkać w każdym tramwaju - menela, emerytów walczących o miejsca siedzące, kanarów i innych. Tyle, że poddane ostrej hiperboli i rzucone z impetem o ścianę. To swoista laurka wystawiona temu środkowi komunikacji miejskiej i całemu Gdańskowi. Uznałem, że to będzie dobry, pełnometrażowy debiut na rozgrzewkę - komiks nie zadający ważnych pytań, ale stawiający na rozrywkę po pachy i efektowny graficznie. Miałem dziką frajdę rysując go i mam nadzieję, że czytelnik będzie miał równie dużo zabawy w czasie jego lektury. Ludzie się piorą po mordach, tramwaje rozjeżdżają przechodniów i demolują Gdańską Starówkę". - źródło: http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/tramwaje/1

2

W sobotę 6 września w gigantycznym namiocie ustawionym w ogrodach Arkad Kubickiego odbył się 5. bal Fundacji TVN „Nie jesteś sam”. W czasie uroczystości odbyła się aukcja charytatywna, dzięki której udało się zebrać ponad 800 tys. zł. na rzecz remontu Kliniki Rehabilitacji Instytutu Matki Polki w Łodzi. Goście – ponad 400 osób, w tym wiele gwiazd stacji - bawili się przy akompaniamencie orkiestry pod batutą Tomasza Szymusia. Uwagę przykuwała nie tylko wysmakowana scenografia sal, ale także wykwintna dekoracja stołów. Zobaczenie tylu pięknych ludzi w jednym miejscu było dla mnie prawdziwą przyjemnością.

DS

1. Na zdjęciu jestem z mężem Wojciechem Soszyńskim w sukni francuskiej marki Polka, torebka Gucci. 

2. Uroczysty bankiet odbył się w gigantycznym namiocie w ogrodach Arkad Kubickiego.

Zdjęcie: TVN24.pl

JAK TO JEST WEJŚĆ W UMYSŁ DRUGIEGO CZŁOWIEKA? – RECENZJA Z WYSTAWY TOMASZA MROZA „ŚPIJ SPOKOJNIE W KOSMOSIE, ŻÓŁW CIĘ NIE U…” W GALERII FOKSAL.

Mikołaj Sobczak

image

Jadę autobusem. Za oknami parują chodniki. Przed chwilą spadł deszcz, a temperatura wysoka. Przypomina to nieco fragment scenerii z bagiennych opowieści: hollywoodzkich fantazji na temat narodzin bluesa, gdzie w biednej drewnianej chatce, pośród chaszczy i legend o duchach, jakiś mężczyzna smętnie przygrywa na bandżo. Z filmowego rozmarzenia wyrywa mnie znajoma twarz. Witamy się serdecznie, po dłuższym okresie niewidzenia.

- Jak wystawa na Foksal? Nie mogłem być na wernisażu.

- To koniecznie wpadnij!

- Tak? Tomek Mróz dał radę?

- Bardzo! Jestem wyjątkowo zadowolona. Dawno nie byłam tak usatysfakcjonowana wystawą.

- Na pewno warto się przejść, tym bardziej, że Tomek zawsze wydawał mi się tym najbardziej poszkodowanym z Penerstwa.

- Tu chodzi o coś innego. Nie o żadne „poszkodowanie”. Po prostu jego rzeźby są szalenie drogie, czasochłonne. Nie jest łatwo zrobić Mrozowi wystawę, bo trzeba mieć naprawdę gruby portfel. Wiesz, on stosuje specjalne żywice, sylikony, to wszystko długo schnie, do tego robotyka.

- A to na jego wystawę zbudowali w Foksal taki drewniany domek? Byłem tam kiedyś i powiedziano mi, że zmiana ekspozycji, pełno desek.

- Dokładnie. Ale to przyjdź na wystawę między 16.00 a 18.00, jak chcesz zobaczyć ją w pełni.

- W pełni?

- Od 16.00 do 18.00 jest rzeźba performatywna.

- W takim razie, będę na pewno. A słuchaj, co to znaczy w tytule to: „u”. Bo to jest: „Śpij spokojnie w kosmosie, żółw cię nie u…”.

- Ujebie. Myślałam, że to oczywiste.

- Może gdyby zamiast kropek były gwiazdki? Nie wiem… Ujebie? I o czym jest ta wystawa?

- Chyba o nim.

Następnego dnia pojawiam się w galerii Foksal ok. 17.00. Widzę, iż na dawną, białą salę ekspozycyjną wchodzi się przez niskie drewniane drzwi, niczym do szopy. W środku ciemno. Racjonalizuję sobie: przecież nic mi się tam nie stanie. Wymogi przeciwpożarowe, ostrzeżenia dla zwiedzających… Na pewno nic nie wyskoczy, nie ukąsi, nie… Ujebie. Jednak serce wali rozdygotane. Przekraczam próg dziwnej chaty. Czujnik ruchu od razu to wyłapuje. Zapala się światło. Na drobnym łóżeczku po prawej stronie od wejścia, pod kwiecistą pierzyną, zaczyna kołować w szybkim tempie niezidentyfikowany byt. Nie sprawdzę co tam jest. Pulsuje, goni własny ogon. Demon kołujący w dziecięcym miejscu snu. A może tylko zwykłe zwierzę z bagien? Wszystko jest tutaj stworzone z hollywoodzkim polotem. Nieco scenograficzne, może: „Lynch’owskie”. W jednej chwili stałem się aktorem w ponurym spektaklu Tomasza Mroza. Mimo woli.

Nad łóżkiem wypłowiały plakat z nagą kobietą, a obok niego obraz. Malowana (chyba na aksamicie) głowa sarenki, tak niewinnej, niczym Bambi, albo dziecko skłaniające główkę do snu, na kwiecistą podusię. „Śpij spokojnie…” – szepce mu do ucha przyroda. Jednak jest ona drapieżna, wcale nie przyjazna. Nie ma nic wspólnego z kwiatkami na tkaninie, ani sarenką, której miękkość futerka podbija użycie „puszystej” tkaniny. Niewinność została odarta w najbrutalniejszy sposób: bliski gwałtu, porwania, przetrzymywania, podduszenia, ponieważ w foksalowej chacie panuje strasznie morowy klimat.

W doniczce stoi zielony kwiatek. Podejrzanie się błyszczy, a jego owoc – niczym ten z Raju – leży zerwany, nadgryziony na podłodze. Roślina wykonuje wolne, flegmatyczne ruchy, a więc – ona też jest z tego okropnego snu, śnionego w burzową, letnią noc, przesyconą elektrycznym powietrzem. Na stole zaś ogromna półprzezroczysta, brązowawa bryła. Połączone ze sobą stożki z zatopionym wewnątrz pierścieniem. Tajemnicza konstrukcja, zbyt ciężka, zbyt ostra, niczym kolejna wariacja uśpionego mózgu na temat bryły z „Melancholii” Durera. Tuż pod moimi nogami, wielki złoty rewolwer. Ktoś popełnił samobójstwo – to pierwsze co przychodzi do głowy. Ciężar wydarzenia nadal zalega w małej przestrzeni. Właściciela domu nie ma. Wyszedł/Odszedł. Jednak został po nim przedziwny mały teatrzyk: ze sceną, purpurową, aksamitną kurtyną oraz scenografią w formie filmu video przedstawiającego insekty atakujące rzeźbę Mroza wykonaną z szyszek, zaniesioną w swoje naturalne środowisko – na leśną ściółkę. Kto miał wystąpić na tej mikro-scenie? Może niewielkie trolle – bohaterowie innych prac artysty, które chociażby w poznańskim Arsenale, urządziły sobie ognisko, odprawiając przy nim niepokojące rytuały. Kiwały się, skrzeczały, kręciły. A wszystko to mogliśmy obserwować tylko wpełzając przez niewielki otwór do ich świata. Być może ta scena jest rodzajem teleportera do zupełnie innych wymiarów, albo czasów (np. na wystawę „Arbeitsdisziplin. Duch sztuki poznańskiej około 2012”).

Najważniejszy element zostawiłem na koniec, ponieważ zajął mi najwięcej czasu. Na wprost drzwi, było okienko. Takie jak z rysunków dzieci: kwadratowe ze szprosami w kształcie greckiego krzyża. Za nim, w całkowitej ciemności, ledwo widoczny, siedzący mężczyzna. Ma biały podkoszulek, bokserki. Pali wolno papierosa. Czerwony żar jest jedynym wyraźnym punktem. Jak flegmatyczny świetlik porusza się po sinusoidzie: usta-kolano, na którym opiera się dłoń. Podobno tym mężczyzną jest Tomasz Mróz. Słyszałem jeszcze, iż poluje na wiewiórki. To wszystko jest jednak nieważne. Liczy się jego twarz. Owrzodziała, nienaturalnie duża, ze skórą popękaną od wilgoci, albo rozkładu. Zmierzwione włosy dodają wszystkiemu niepokojącej naturalności. Czyżbym widział właściciela domu na chwilę przed samobójstwem, albo obudzeniem się z mrocznego snu? Kim jest palacz za oknem? Wyszedł ze swojego pokoju, abym mógł spokojnie zobaczyć jego mieszkanie, a może to zupełnie ktoś inny – obserwator, planujący coś mrocznego. W każdym razie – nie szykuje się nic dobrego. W najmniej katastroficznym wypadku: mamy do czynienia z głęboką bagienną melancholią.

W tekście kuratorskim do wystawy, znalazło się bardzo ciekawe zoologiczne spostrzeżenie: „Żółwie to zwierzęta, które znane są z tego, że nie odróżniają jawy od snu. Ten stan zawieszenia jest dla artysty receptą na przetrwanie.” Przeczytałem to z premedytacją, dopiero po obejrzeniu wystawy. Chciałem dać się ponieść własnym emocjom. Może i dobrze, ponieważ dzięki temu przeżyłem opresję, znalazłem się w komfortowym koszmarze - mogę się obudzić kiedy chcę, wychodząc z galerii. Klaustrofobiczna kryjówka Tomasza Mroza nie jest budowlą, gdzie spędza życie, z dala od cywilizacji. Jest to depresyjny świat snów, pozaświadomość, dzięki której rzeczywistość mniej boli. Artysta zaprasza nas, nieco nieśmiało do strefy bezpieczeństwa, która wbrew oczekiwaniom, nie jest wcale komfortowa. Jest w niej wiele lęku, zagrożenia, melancholii, a sam autor ucieka w ciemność, daje widzowi czas na spokojne przyjrzenie się własnemu wnętrzu. Dlatego dziękuję Tomkowi Mrozowi za tak wyjątkowy gest. Zostałem wpuszczony do środka jego umysłu. Jedyne co mogę zrobić to poczuć się zawstydzony wiążącą się z tym doświadczeniem intymnością.

Text
Photo
Quote
Link
Chat
Audio
Video