stanis

10

 

EXCLUSIVE

ENERGY

PHOTOGRAPHY BY MANUEL MONCAYO  featuring  EDGAR,  SOTOS,  STEFAN  and  MORITZ

VECTOR TRACING BY STANY DE HUY

Discover more photography by Manuel Moncayo on his website, facebook + Instagram, and view previously featured work on Summer Diary Project tumblr.

The Summer Diary Project.  Follow us on Facebook + Instagram + Twitter

Please do not reproduce any content from these pages in their entirety without permission. Limited usage of some images on any other site is welcome, provided they are accompanied by a working link to this post and photographer credit.

All content © Beachcruiser Media or their respective owners.

Take me to church.

Tytuł: Take me to church (tłm. Zabierz mnie do kościoła)

Motto: We were born sick” - you heard them say it

Inspiracja: ”Take me to church”, Hozier

Czas i miejsce: średniowieczna Anglia (1415r.)

Główni bohaterowie: Harold Edwar Styles & Louis William Tomlinson

Postacie drugoplanowe: John Styles, Dorothy Styles (jedynie wspomniana), Eve Styles, Joseph Styles, Charles Styles, Arthur Tomlinson, Frances Tomlinson, Emily Tomlinson

Ostrzeżenia: przemoc, homoseksualizm, prześladowanie, morderstwo.

Od autorki: Pierwszy shot po dość naprawdę długiej przerwie. Piosenka do tej pory nie jest w stanie wyjść mi ani na moment z głowy, przez co wręcz nie mogłam uwolnić się od wizji średniowiecznej zakazanej miłości. Mam nadzieję, że wam się spodoba i wyrazicie szczere opinie na jego temat.

AU! ONE DIRECTION NIE ISTNIEJE.

            Promienie słońca wpadały przez niewielkich rozmiarów otwór, oświetlając stadninopodobne pomieszczenie i przy tym delikatnie pieszcząc okaloną loczkami twarz młodego mężczyzny. Ziewnął przeciągle. Otworzył powoli oczy, by móc zerknąć na obejmującego go w pasie chłopaka.

- LouLou? – wychrypiał, poniekąd przerażony dźwiękiem swojego głosu.

Wczorajsza noc zdecydowanie należała do najlepszych w ich wspólnym życiu, bowiem kochali się po raz pierwszy. Mimo, że emocje powinny już opaść, Harold nadal w głębi duszy przeżywał to wydarzenie wciąż i wciąż.

Drugi mężczyzna przebudził się, sennie przetarł powieki.

- Nawet nie dasz mi pospać, Hazz. Nie lubię cię – żachnął się.

- E, tam. I  tak wiem, że mnie kochasz – Harry pokazał mu język.

- I tu masz całkowitą rację, kochanie – Louis odsunął się. – Kocham cię najmocniej na świecie.

Pochylił się i ich usta złączyły się w czułym pocałunku. Harold jęknął.

- Coś się stało?

- Uhm, nie, nic takiego. Po prostu…wczoraj wyszedł z ciebie prawdziwy zwierzak, Lou – wymarotał.

Spomiędzy warg Tomlinsona wydobyło się stłumione „Oh”. Styles uniósł lekko kąciki ust.

- Nie, żeby mi się nie podobało…

- Naprawdę?

- Tak, BooBear. Naprawdę.

Oboje wybuchnęłi śmiechem.

            Nagle ich uszu dobiegł odgłos ciężkich kroków, zapewne należących do rosłego, siwiejącego mężczyzny. Nieprzyjemny dźwięk ciągnięcia za sobą metalowych grabi sprawił, że Harry zerwał się na proste nogi.

- Cholera, mój ojciec! – jęknął, nie kryjąc rosnącej w nim panikii. – Musisz uciekać, Lou. Wyjdź tylnymi drzwiami, dobrze?

Mężczyzna skinął głową i czym prędzej opuścił budynek. Konie, słysząc nadchodzącego gospodarza, zarżały radośnie. Styles wytrzepał ubranie z siana, kiedy drewniane drzwi skrzypnęły niepokojąco głośno.

            John Styles, prosty chłop, mąż Dorothy, syn czwórki dzieci był człowiekiem z zasadami. Nie lubił, kiedy mu przerywano oraz stawiano w trudnych sytuacjach. Wiarę uważał za najważniejszy priorytet, dążył do tego, by wszystko było jak należy. Często wpadał w ataki szału, przez co niejednokrotnie Harry, jako najstarszy z rodzeństwa, który zawsze stawał w ich obronie, dostawał po głowie. Tym razem jednak ojciec nie zamierzał denerwować się na pozostałą trójkę dzieci, jednak właśnie na swojego pierworodnego syna.

- Haroldzie, możesz mi wytłumaczyć, co ty u diaska tutaj robisz? – warknął, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.

- O, tata. Cześć…ja…no ja…wiesz, tak sobie pomyślałem, że… – rozejrzał się w poszukiwaniu jakieś dobrej wymówki. – No wiesz, wygodnie jest spać na sianku, nie?

John westchnął ciężko. „Samo utrapienie z tym dzieciakiem, nic więcej” – pomyślał sobie.

- Idź lepiej do miasta. Matka upiekła podpłomyki, ktoś musi je sprzedać – wydał rozkaz i nie czekając na odpowiedź, wyszedł.

Chłopak odetchnął z ulgą, po czym od razu skierował się w stronę domu.

***

- Poooooodpłomyki gorące! Pooodpłomyki pachnące! Lubią je starsi, lubią je brzdące! – krzyczał z całych sił Harold, zachęcając potencjalnych klientów.

Opadł zrezygnowany na drewinaną skrzynkę, przewracając oczami. Wziął do ręki jeden z placków i ugryzł go, czego zaraz pożałował, bo część jego zęba się odkruszyła.

- Co za jebane gówno – zaklął pod nosem.

- Ejże! Ładnie to tak mówić? – usłyszał głos, który doskonale znał.

Podniósł głowę i kiedy jego zielone oczy ujrzały rozpromienioną, piękną twarz Louisa, uśmiechnął się nieco zakłopotany.

- Co tutaj robisz?

- Ja? – śmiech Tomlinsona był dla niego niczym odgłos tysięcy dzwonków. – Lepiej powiedz mi, co ty robisz w mieście?

Chłopak wymownym gestem kiwnął głową w stronę nagryzionego podpłomyka. Louis, w odróżnieniu od niego, nie musiał się martwić o pieniądze, czy utrzymanie rodziny. Jego tata był burmistrzem, więc żyli w dostatku i nigdy niczego im nie brakowało. Czasem zazdrościł Tomlinsonowi takiego życia, za co karcił się w myślach, ponieważ Bóg uważał zazdrość za grzech.

- Placki, huh? – Lou sięgnął po jednego i spróbował go. – Tfu! Co za paskudztwo! – ledwo przeżuty kawałek wypluł na ziemię.

- Mi to mówisz? Myślisz, że  dlaczego ludzie nie chcą tego kupować?

Tomlinson spojrzał uważniej na swojego chłopaka. Zawsze chciał mu jakoś pomóc, ale nie wiedział jak. Poza tym, Harold odmawiał mu za każdym razem, gdy to proponował.

- Hej, wiesz co? Poproszę wszystkie – odparł po chwili, uśmiechając się szeroko.

- Że jak? – zdziwił się Styles.

- Że tak! Pakuj mi je, szybciutko.

Harry, nadal lekko zszkowany, posłusznie przerzucił wszystkie podpłomyki do średnich rozmiarów drewnianej skrzynki, a potem wręczył ją Tomlinsonowi, który grzecznie mu zapłacił.

- Nie musisz… – zaczął, ale Louis mu przerwał.

- Muszę. Do zobaczenia w kościele!

Odwrócił się i odszedł. Harry jeszcze przez dłuższym moment wpatrywał się w niego, aż do momentu, gdy Lou zniknął za rogiem.

***

W domu Tomlinsonów roznosił się przyjemny zapach pieczonej nad paleniskiem wieprzowiny. Arthur wraz z dziećmi siedzieli przy dużym, drewianym stole, oczekując na obiad, który Frances starannie przygotowywała. Podpłomyki, kupione przez Lou leżały głęboko schowane pod łóżkiem chłopaka, zupełnie jak listy od Harry’ego. Nikt nie mógł dowiedzieć się o ich słodkiej tajemnicy.

- Frances! Długo jeszcze? – niecierpliwiła się głowa rodziny.

- Już, kochanie, już.

Po chwili na stole pojawił się dzik, przyozdobiony owocami. Arthur oblizał się ze smakiem. Rodzina zabrała się do jedzenia.

***

- Haroldzie.

Chłopak przełknął cicho ślinę. Dopiero co wrócił z miasta, chciał nieco odpocząć po kilku godzinach stania na ulicy, gardło go bolało od nawoływania klientów. Kompletnie nie miał pojęcia, o co ojciec chce przyczepić się tym razem.

- Haroldzie, pozwól na chwilę – powiedział nieco głośniej John i Harry grzecznie skierował się do pokoju, w którym przebywał tata.

- Tak, ojcze?

- Usiądź – wydał mu krótkie polecenie, więc syn posłusznie je wykonał. – Możesz mi powiedzieć, co to do cholery jest? Twoje rodzeństwo znalazło to u ciebie w pokoju.

Mężczyzna szybkim, nerwowym ruchem podniósł rękę, w której trzymał plik kartek. Siedemnastolatek wciągnął ze świstem powietrze do ust, czując, że robi mu się słabo. Jego listy. Ojciec znalazł listy od Louisa.

Momentalnie zaczął się pocić, ręce mu drgały, nie potrafił spojrzeć na Johna. Miał gulę w gardle, nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa. Zerknął z rozpaczą na dwóch braci i siotrę, którzy najwyraźniej świetnie się bawili i byli dumni ze swojego czynu.

            Chwilę potem poczuł piekący ból w policzku. Kiedy łzy cisnęły mu się do oczu, zacisnął mocno powieki, ponieważ nie chciał się rozpłakać na oczach ojca. Siedział sztywno, ledwo co oddychając, nadal milczący i w rozsypce.

- Jesteś chory – powiedział wreszcie John. – Jesteś kanalią. Nie zasługujesz na to, by żyć.

Nie sądził, że słowa taty tak go zabolą. Wręcz przeciwnie – po tak wielu razach, kiedy ojciec prał go na kwaśne jabłko, myślał, że uodpornił się całkowicie na to, co o nim uważał. Dziwne.

- Nie zamierzam mieć pod swoim dachem kogoś takiego jak ty – kontynuował pan Styles. – Spotka cię kara za to, co zrobiłeś.

Po tych słowach podszedł do niego, złapał syna za ubranie i siłą wyprowadził z domu, prowadząc prosto do bram kościoła.

***

- Słyszycie? – odezwała się Emily.

Pan Tomlinson, jego żona oraz jedyny syn, podnieśli głowy, po czym spojrzeli w stronę otworu w ścianie. Przez ulicę szła spora grupa ludzi z widłami, pochodniami, którzy wykrzykiwali przeklaństwa, pogróżki oraz dobitne hasła:

- Zabić homoseksualistę!

- Spalić geja!

- Do piekła z nim!

Arthur zmarszczył brwi.

- Czyżby kogoś złapali? Chodźmy się dowiedzieć, o co chodzi – poradził.

Znaleźli się na zewnątrz, oglądajac ten przerażający pochód, który zakończył się dopiero wewnątrz kościoła. Przy schodach, prowadzących do ołtarza leżał skulony młody mężczyzna. Ludzie raz po raz kopali go w brzuch, głowę, pluli na niego oraz wyzywali od najgorszych, jak gdyby był plugawym robakiem. Burmistrz przepchnął się przez tłum, chcąc rozpoznać chłopaka. Złapał za jego głowę i ciągnąc za przydługawe włosy, podniósł do góry.

            Louis, który stał na samym przodzie, słumił w sobie krzyk.

Z ust Harry’ego cieknęła strużka krwi. Miał podbite jedno oko, mocno opuchnięty policzek. Ubrany jedynie w bieliznę, klęczał na nogach. Jedna ze zgromadzonych osób, mocniej ścisnęła rączkę pejczu w dłoniach, zamachnęła się, po czym wymierzyła ostry cios prosto w środek pleców Stylesa. Chłopak zawył z bólu, naprężając swoje ciało. Louis spojrzał na człowieka, który dopuścił się takiego czynu.

            Był to sam John Styles.

Młody Tomlinson czuł, jak jego wnętrzności skręcają się ze sobą. Chciał pomóc Harry’emu, jednak nie mógł nic zrobić. Burmistrz z podnieceniem obserwował katowanie chorego, podobnie jak reszta tłumu, prócz dwóch osób – Lou oraz Emily. Brat spojrzał na siostrę, lecz ta nie odwzajemniła spojrzenia. Stała nieruchomo, wpatrując się w podłogę. Louis przeniósł wzrok na swoją miłość.

            Wtedy Harold uniósł głowę i ich spojrzenia się spotkały. Ból oraz rozczarowanie, jakie Tomlinson ujrzał w oczach swojego chłopaka były nie do zniesienia. Stał jednak jak wryty, nie mogąc ruszyć nawet jednym palcem. Był jak sparaliżowany.

Cierpienie jego drugiej połówki wdarło się brutalnie w ciało Louisa i wywierciło ogromną, piekącą dziurę w jego sercu. Pojedyncza łza spłynęła po policzku chłopaka, który odzyskał siłę w nogach tylko po to, by odwrócić się na pięcie i wyjść ze spokojem z budynku. Emily natychmiastowo podążyła za bratem.

- Czyś ty oszalał?! – wrzasnęła na niego, podchodząc do brata i potrząsając nim. – Jak możesz? Po tym wszystkim, co razem przeżyliście?! Po tym, jak wyznaliście sobie miłość i obiecaliście już do końca życia być ze sobą i troszczyć się o siebie? – dziewczyna traciła nad sobą kontrolę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego jej brat okazał się potworem bez uczuć. – Brzydzę się tobą, słyszysz? JESTEŚ ZEREM. Nic niewartym tchórzem, który nie potrafi walczyć o swoją miłość!

Louis spojrzał jej głęboko w oczy. W jego własnych znajdowała się tylko ziejąca pustka.

- Ja… – zaczął cicho, jednak urwał mu się głos.

Skinął powoli głową. Ruszył z miejsca, wymijając ją, pchnął wielkie wrota kościoła i wrócił do środka.

            Najwyraźniej tłum nie tracił na sile, bo nadal z zapałem katowali młodego mężczyznę. Harry był na granicy wytrzymałości, cały się trząsł i zanosił płaczem, a Louis nie mógł dłużej na to pozwalać.

- DOSYĆ! – krzyknął na całe gardło, na co ludzie zaprzestali swoich brutalnych czynności. – Czy wy widziecie, do czego doprowadziliście tego biednego chłopaka?! Macie serce zadawać mu tak wielkie cierpienie, w dodatku w obliczu Boga?! Kogoś, kto kocha bez względu na to, kogo miłujemy? Ludzie, opamiętajcie się!

Arthur Tomlinson wystąpił naprzeciw synowi.

- Louisie Williamie Tomlinsonie, nakazuję ci, byś nie mieszał się w nie swoje sprawy. Ten człowiek… – syn przerwał mu niegrzecznie.

- …nie dopuścił się niczego złego i nie może być karany za swoją miłość. Każdy ma do niej całkowite prawo. I mylisz się ojcze, to jest moja sprawa. Tak, dobrze słyszysz. Nie różnię się niczym od Harry’ego. Kocham go i jesteśmy razem od bardzo dawna, a ty masz gówno do gadania w tej sprawie.

Mężczyzna z wrażenia wciągnął ze świstem powietrze. Otworzył szeroko oczy.

- Słucham?! Co ty opowiadasz za bzdury? Ty, gejem? Jesteś z porządnej rodziny, nie jak ten parszywy chłop. Ty nie możesz być chory.

- Zaskoczę cię, jestem tak samo równy, jak on. I to prawda, ojcze, jestem gejem.

Ciszę, która nastała po słowach chłopaka, przerwał wreszcie jego ojciec.

- W takim razie ja nie mam już syna.

Kopnął z całej siły Louisa w brzuch. Młody mężczyzna upadł, zwijając się z bólu i cicho pojękując. To nie było pierwsze i ostatnie uderzenie. Tłum zgromadzonych wiernych z chęcią okładał na różne sposoby na zmianę jego, jak i półżywego Harolda.

- Śmierć homoseksualistom! – krzyczeli.

- Nie chcemy w naszym kraju takich odmieńców – wołali.

Louis po raz kolejny poczuł uderzenie bata na swoim ciele. Ryknął przeciągle, dławiąc się zbierającą w jego ustach krwią. Ostatkiem sił spojrzał na Harry’ego, który leżał nieprzytomny na zimnej podłodze. Łzy spływały ciurkiem po bladych policzkach Tomlinsona, kiedy chwycił mocno za dłoń swojej miłości.

- Kocham cię, Hazz – wyszeptał, płacząc jak bezbronne dziecko. – Kocham cię, mój miły. Wszystko będzie dobrze, obiecuję ci. Do zobaczenia po tamtej stronie, zaczekaj na mnie.

Osunął się z łoskotem na ziemię. Tłum wiernych jeszcze przez jakiś czas katował zwłoki chłopców. Przestali dopiero, gdy burmistrz rozkazał wynieść ciała z kościoła i spalić na tyłach budynku.

anonymous asked:

marta. ?

Marta: Co sprawia, że płaczesz?
Dosłownie wszystko jest w stanie doprowadzić mnie do łez. Płaczę z byle powodu, najczęściej też ze złości.