The Horton Gallery is pleased to present off_Key1, the New York solo debut of painter John Pomara. FEB 8 – MAR 10, 2013

John Pomara’s paintings explore the idiosyncrasies of the Internet age: increasingly impersonal communication, the inseparable bond between our lives and technologies, and the anxiety we feel when the virtual infrastructure fails us. In his works, Pomara unpacks speed in the digital era, from the instantaneous connection of email to the halting slowness of buffering videos, uncooperative downloads, and virus-laden technology. 

Pomara is interested in the human element of technology. His spare, abstract paintings depict blurs, glitches, and printing imperfections, contradicting our vision of modern technology as seamless, cold, and rational. Inspired by entropy and mechanical failure, Pomara uses copy machines, printers, and the Internet to create visual representations of error. Dragging an image across a moving photocopier, he creates a blurred “glitch” that may be incorporated into a mature painting. When arranged serially, the works recall film stills and their attendant implications of moving and inert images, as well as the motion studies of Eadward Muybridge. 

Pomara’s materials and process manifest our increasingly mechanized reality. At first glance, it is easy to imagine these sleek works were created by machine. He is interested in the changing nature of touch, and in these paintings, the artist’s hand is nearly invisible. Pomara uses specialized methods to drag and spread his high-grade resins and paints on aluminum panels. His process evokes the assembly line and Pop screen-printing. The end results are glossy, reflective surfaces that resemble screens more than paintings. Standing before Pomara’s paintings, we see our reflections, but not quite. They suggest the ultimate “ghosts in the machine,” the true progenitors of error – ourselves. Pomara’s paintings beautifully display the flawed and idiosyncratic nature of humanity, irrepressibly expressed even in technology, our most “perfect,” uniform creation.

Falling for Your Hallelujah. Rozdział II.

image

Od Tłumaczki: Mam nadzieje, że tak bardzo nie skopałam tego rozdziału jak mi się wydaje. Pewnie nadal będziecie przeklinać Hazze ;)

—-

Dzień drugi: Kawa (z mlekiem, bez cukru) i Muffinka pomarańczowa z przyprawą.

Następnego dnia, czyli w piątek, ponieważ ważne zmiany nigdy nie nadchodzą w poniedziałek, Louis robi wszystko normalnie, zanim nie widzi kształtu chłopaka pod granatowym śpiworem, więc zatrzymuje się w drzwiach kawiarni. Zastanawia się, czy powinien obudzić go i zażądać odpowiedzi (mianowicie: dlaczego obozujesz pod moją pracą? Kim jesteś? Dlaczego tak bardzo obchodzą mnie te pytania?) ale tego nie robi. Louis pozwala mu leżeć.

Read More

Mistletoe

image

Autorka: cwaniak

Od autorkiRozdział dedykowany bliźniakowi, bo tak. Z wyrazami miłości xoxo

XXX

Trzymam gorący, porcelanowy kubek w dłoniach i staram się je jakoś ogrzać. Para unosi się nad naczyniem i roznosi po pokoju niesamowity, winny aromat połączony z cynamonem. Uśmiecham się i podchodzę do okna. Przyglądam się, jak biały puch leży na stoku i mieni się tysiącem kolorów, niczym najpiękniejszy diament. Promienie słoneczne muskają każdy płatek, roztapiają je i zdają się uśmiechać do wszystkich. Wzdycham i biorę łyk napoju. Gorąca ciecz ogrzewa moje gardło. Winny aromat znika w bukiecie zapachów, które wybuchają jak wulkan, każdy osobno i po kolei. Najpierw odrobina kminu muska podniebienie, jednak po chwili przeistacza się w goździki i lekko pomarańczową nutę. Na końcu czuję kardamon, ostry, ale zarazem ciepły. Bije od niego lekka kamforowo-cytrynowa nuta. Pozornie osobne składniki, złączone w całość, dają niesamowitą mieszkankę grzańca galicyjskiego, który przyjemnie rozgrzewa o poranku mój wychłodzony organizm.

Read More

Obudziłem się i podlałem litrem soku pomarańczowego rozrośniętą we mnie
suchą, pustynną roślinę kaca. Nareszcie sam.
—  Jacek Podsiadło “Tak jakby nas nie było”
Woobin

*Tego wieczoru postanowiła zostać w mieście, poznać kolejne ciekawe stworzenia. Siedziała przy barze na wysokim krześle sącząc różowo-pomarańczowego drinka, kiedy przyuważyła pewnego mężczyznę. Jego aura nie była taka jak innych osobników w pomieszczeniu, co wydało jej się bardzo atrakcyjne i ciekawe. Zobaczmy kogo my tu mamy. Z gracją zeskoczyła z siedzenia i chwytając za szklaneczkę podeszła do siedzącego w kącie mężczyzny i usiadła na przeciwko* Masz coś przeciwko jeśli się dosiądę? 

Dzień VII część pierwsza

Przedostatni dzień w tym głupim szpitalu. Tyle się dzieje, że nie mam już siły. Nie wychodzę dzisiaj z łóżka. Nawet na papierosa. Może jak zostanę w jednym miejscu to zaznam choć trochę spokoju. Niestety, mój plan runął przez głupi pęcherz. Poszłam do łazienki. Jakaś pani poprawiała w lusterku makijaż. Makijaż w szpitalu? Myślałam że to zabronione, sama bym się zaczęła malować. Spytam się potem Dawida. Po załatwieniu spraw, po które król chodzi piechotą, wróciłam do łóżka. Na stoliku czekało na mnie śniadanie. Tylko nie takie jak zwykle. Na talerzu znajdowały się 4 kanapki posmarowane grubą warstwą kremu czekoladowego. Do tego znajdował się sok pomarańczowy w dużej szklance i kilka owoców w misce. To sen, tak? Ja jeszcze śpię, oczywiście. Podeszłam bliżej, by się upewnić, że to nie są żadne moje halucynacje. Gdy obróciłam się w drzwiach stał uśmiechnięty Dawid.
- To wszystko twoja sprawka?
- Tak – odparł z wielkim bananem na twarzy – Jestem z siebie dumny!
- Ale ja nie zjem tego sama… - głupio mi było trochę, ale cieszyłam się trochę, że tak się stara mój PRZYJACIEL.
- Phi, chciałabyś sama. To jest porcja dla obojga – po czym podszedł i usiadł przy mnie na łóżku i podał mi kanapkę. Jedliśmy w ciszy. Czułam, że moja anoreksja dzięki takim śniadankom szybko by zniknęła, a zamiast jej pojawiłyby się wielkie fałdy tłuszczu na moim brzuchu. Fajne uczucie, jak ktoś się o ciebie stara, zabiega. Musiał pewnie wcześniej to wszystko kupić dla mnie, przygotować, no i sprytnie to podrzucić. Spojrzałam na niego – wcinał aż mu się uszy trzęsły. Może pierwszy raz skonstruował tak trudne danie. A co jeśli on będzie chciał wdzięczności za to wszystko ode mnie? Przecież ja nie mogę…
- Opowiadaj coś – szturchnął mnie, gdy skończyliśmy jeść kanapki.
- A co ja mam ci opowiadać? Nie jestem rozrywkową, a tym bardziej gadatliwą osobą…
- Ale za to bardzo pyskatą!
- Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Przepraszam Dawid, ale ja nie szukam przyjaciół, tym bardziej związku. To chyba nie dla mnie. Od pewnego czasu jestem przywiązana do mojej samotności. Nie mam przyjaciół i potrafię z tym żyć. Chyba nasz układ nie ma sensu, więc szybko sobie kogoś znajdziesz – bolało mnie coś w środku jak to mówiłam. Może mam jednak uczucia? Ale czemu teraz? Czemu w ostatnich dniach mojego życia? To wszystko jest tak zdrowo popieprzone…
- Dla mnie jesteś idealna. I wiesz co? – przybliżył się do mnie – Mi też ten układ nie pasuje – po czym szybko jego usta znalazły sobie miejsce na moich wargach. To był mój pierwszy pocałunek w życiu – w szpitalu, na łóżko z moim lekarzem. Był dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam kiedyś jako mała dziewczynka – namiętny i długi. Te jego usta… wilgotne i miękkie od rozkoszy. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się w tym wszystkim zapomniałam i oddałam chwili. Gdy się oderwał od moich ust patrzył na mnie niczym na boginię. Byłam w jego oczach boginią i katem zarazem. Odgarnął włosy w mojego czoła. Oboje szybko oddychaliśmy. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Spuściłam głowę do dołu. Tak bardzo chciałam go pocałować jeszcze raz, ale już za bardzo go skrzywdziłam. Musiałam to skończyć.
- Dawid! Ja umrę niedługo! Czy tego chcesz czy nie. Ale zapamiętam sobie ten pocałunek do końca życia. Chociaż w mojej sytuacji to nie jest dobre powiedzenie…
- Ale Ola, czemu teraz? Czemu kiedy ja… czemu? Wytłumacz mi to – położył delikatnie rękę na moim policzku. Ciepło jego dłoni było takie przyjemne i kojące ból na mojej duszy. Czemu on na mnie tak działał? Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech.
- Proszę cię. Nie rób z tego jakieś słabej telenoweli! Nie ma dla mnie miejsca na świecie! – krzyknęłam. Zabrał dłoń, wstał z łóżka i odszedł do drzwi.
- Nie pozwolę ci umrzeć – powiedział surowym głosem i odszedł. Tak po prostu, jakby kilka minut temu nic się nie stało. Ale dla mnie to był sygnał, że muszę umrzeć. Uczucia stają mi się coraz bliższe, a to nie jest dobre w mojej sytuacji. Wiem, że zranię moim odejściem ludzi, ale muszę umrzeć. Musze uciec ze szpitala. Nie wiem jak, nie wiem gdzie, ale muszę uciec.

Zobacz co myślą o Tobie obserwatorzy.

  • Czarny: Chodź na randkę.
  • Zielony: Uważam, że jesteś słodki/a.
  • Niebieski: Twój blog jest świetny.
  • Szary: Chcę, byś mnie zauważył/a.
  • Turkusowy: Mamy wiele wspólnego.
  • Żółty:FUCK ME, LET’S FUCK.
  • Pomarańczowy: Twój blog mi się nie podoba.
  • Brązowy: Nie lubie Cię.
  • Różowy: Uważam, że jesteś nieatrakcyjny/a.
  • Czerwony: Nienawidzę Cię.
  • Biały: Wyjdź za mnie.

Wieczory są ciche i kojące, przypominające zapachem te jesienne. Tęsknię po cichutku za nimi, nawet pociekły łzy. Znów zamknę sie w sercu i będę podlewać korzenną herbatą, podaną z pomarańczą, anyżem i radosnym smutkiem. W blaszane doniczki włożę świeży wrzos. Natura zatacza kolejny z kręgów (obiecaj mi spacery po lesie).

Text
Photo
Quote
Link
Chat
Audio
Video