Święta, święta i po świętach.

Czas ten spędzilam, tak jak tradycja nakazuje, bardzo leniwie  i z ciągłymi dostawami jedzenia. Oprócz erasmusowej Wigilii jaką sami sobie urządziliśmy, na bożonarodzeniowy uroczysty obiad (najważniejszy posiłek w trakcie całych Świąt dla Chorwatów!) zaprosił nas nasz profesor. Totalnie nie wiedząc, czego się spodziewać, pojechaliśmy do Cavtat, małego miasteczka położonego około 10 km od Dubrownika, skąd odebrał nas Mato. Okazało się, że oprócz pensji wykładowcy, zarabia jeszcze jako właściciel gospodarstwa agroturystycznego, gdzie przyjął nas razem ze swoimi rodzicami, żoną i trójką dzieci.

Na początku byliśmy odrobinę onieśmieleni – już przy wejściu zaoferował nam 8 rodzajów rakiji, a do tego typowe dla tego regionu słodycze i small talk o bzdurach. Po jakimś czasie zostaliśmy zaproszeni do stołu, od którego nie wstawaliśmy przez kilka godzin – zaczęło się od przystawek, poprzez zupę, danie główne, aż do deseru, wszystko domowej roboty. W trakcie całego posiłku Mato dbał o to, by nikomu nie zabrakło wina i żeby konwersacja toczyła się gładko. Czas mijał bardzo szybko i aż trudno było uwierzyć, że siedzieliśmy tam już 5 godzin. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce, kiedy to siedzę obok mojego wykładowcy, razem z nim i jego bliskimi piję wino u niego w domu i rozmawiam o tym jak spędzi Sylwestra. Jednak zdaję sobie sprawę, że tutaj sprawy mają się trochę inaczej i zaproszenie to wynikało z tego, że Mato też spędził kiedyś Święta zagranicą, bez rodziny i wie, jakie to uczucie.

Bo co jak co, jakkolwiek fajnie i zabawnie by nie było ze znajomymi, to Święta to czas rodzinny i tylko wśród nich można poczuć magię tego czasu.

Po Świętach miałyśmy z Becią wyruszyć na kolejny wypad autostopowy. Miała być Grecja, wylądowałyśmy w Albanii. Dużo by opowiadać, jakie kłopoty i przygody miałyśmy na drodze, więc może podzielę się tylko tymi najciekawszymi. Otóż pierwszego dnia, szło nam raczej średniawo, a rekordowy czas spędziłyśmy na granicy chorwacko-czarnogórskiej – 3 godziny! Becia zdążyła się zaznajomić z tamtejszym psem, po czym udało nam się podjechać do Hercezg Novi, wtedy zrobiła się już 14, zdecydowałyśmy się kupić croissanty i wrócić do Dubrownika.

Nie poddałyśmy się tak szybko – drugiego dnia powtórzyłyśmy całą procedurę i mimo, że akurat na granicy nie miałyśmy już żadnego problemu, żeby złapać podwózkę, w Herceg Novi znów wylądowałyśmy około 14. Tym razem jednak nie dałyśmy za wygraną i uznałyśmy, że „co ma być, to będzie” i pojechałyśmy dalej. Miałyśmy niesamowite szczęście, że trafiłyśmy popołudniu na pana Borysa, sympatycznego sześćdziesięciolatka, który zaproponował nam nocleg u siebie, żebyśmy nie jeździły po ciemku. To była dobra decyzja, żeby zostać z nim w Kruče, gdyż dzięki temu miałyśmy okazję zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w czarnogórskiej wiosce niedaleko Albanii. Następnego dnia już z mniejszymi problemami dotarłyśmy do Tirany.

31 grudnia razem z naszym hostem zaopatrzyliśmy się w fajerwerki, przygotowaliśmy wspólnie pyszny obiad, obejrzeliśmy widowiskowe sztuczne ognie (chyba naprawdę całe miasto je puszcza!) i poszliśmy do klubu. Powrót do Dubrownika, wbrew naszym obawom, był wręcz ekspresowy – po 19 byłyśmy już na miejscu, zmęczone, ale zadowolone.

Text
Photo
Quote
Link
Chat
Audio
Video