jeśli nie my to kto.

Ostatnio odnowiłam kontakt z C.W. Wieczór był miły, planów brakowało, więc zapakowałam się i wybrałam się doń by posiedzieć, podyskutować pod wódeczkę z fajkiem.

Tak oto zjawiłam się w Wilanowie mniej więcej koło 23. Poszliśmy do sklepu zakupić gieżetę(nasza nazwa Gorzkiej Żołądkowej), zakąski i coś jakieś papierosy. Kolega E. wyraził jeszcze chęć zanabycia Amareny – wina marki wino, na którym uczą się pić całe pokolenia.

Po powrocie do mieszkania C.W. ustaliliśmy podział obowiązków. K. zasiadł do Hearts Of Iron, E. do Guild Wars 2, a my z C.W. malowaliśmy figurki. Ostatnio towarzystwo wpadło na genialny pomysł zadbania o swoje armie Warhammera. Z racji, że często daję się mu namówić na różne durne pomysły w stylu „przemaszerujmy przez miasto w mundurach radzieckich” to i tym razem prośba „pobaw się z nami” powędrowała do mnie. Wiadomo, że jedyna armia jaką posiadam to stare żołnierzyki ojca, którym kiedyś pourywałam rączki, jednak zawsze przecież mogę być dobrym niewolnikiem do malowania figurek towarzystwa. A w zamian mogę też coś pożyczyć od czasu do czasu.

Zaczęło się więc takie spokojne siedzenie, popijanie i dyskutowanie o II Wojnie Światowej. Miałam materiały przygotowane na jakieś tam zaliczenie przygotowane przez znajomą. Sprostowywaliśmy ich zawartość. Humor dopisywał. Nie powiem, że nie.

Założyliśmy formację samobójczą. Opiliśmy jej powstanie. Zaśpiewaliśmy Kalinkę, a potem Międzynarodówkę. Wywiązała się dysputa na temat tego czym tak naprawdę jest koktajl Mołotowa. Kolega K. uznał, że prościej będzie po prostu „flaszka z benzyną” albo „cichy środek perswazji” na co kolega E. stwierdził, że pod pojęcie „flaszki z benzyną” podchodzi ta nieszczęsna Amarena, którą akurat spożywa.

Zaczęliśmy więc w ten sposób wspominać stare, dobre czasy kiedy bardzo intensywnie spędzaliśmy wspólnie wolne chwile. Czasy pełne głupich wybryków jak mazanie jakichś wyniosłych haseł na murach czy wspomniane wyżej marsze. Wierzyliśmy wtedy, że jesteśmy trochę rewolucjonistami, którzy mają jakąś tam małą moc sprawczą mogącą coś zmienić, poprawić. Młodzi, kształcący się i z wielkich ośrodków. Krewcy krzykacze, którzy mieli zawsze dużo różnych pomysłów. C.W. wspominał moje bycie cynicznym chuliganem.  Najbardziej pamięta jak stojąc w środku nocy na moście rozbiłam butelkę o ziemię krzycząc „jeśli nie my to kto”. A wtedy mieliśmy właśnie taki stosunek do świata. Pełen optymizmu, nadziei, wiary nawet jeśli wyrażany tak bardzo nihilistycznie.

Dziś, kiedy mija już 4-5 rok od tamtych zdarzeń jesteśmy świadomi tego, że ta wiara mówiąc kolokwialnie „poszła się jebać”. Nie jesteśmy już altruistycznymi rewolucjonistami naćpanymi po czubek idealizmem, ale skrajnie samolubnymi konformistami. Utonęliśmy w marazmie i jesteśmy tego świadomi. Nie chce nam się zmieniać kraju, ludzi, obyczajów. Nic. Chcemy tylko, żyć w dostatku i dobrobycie, a gdzie czy pod czyimi rządami to nieważne.

Druga myśl była taka, że pomimo zmian, które się dokonały na przestrzeni tych 4-5 lat to w sumie nadal pozostaję kalkulującą na zimno suką ze skłonnościami destrukcyjnymi. Przytaczając cytat mojej ulubionej blogerki HiWitch „mentalnie jestem dresem i trochę pedałem, bo lubię chłopców”. Lubię od czasu do czasu trochę adrenaliny. Głównie wyżywam się na grach komputerowych, ale czasem w przypływie emocji zakłócam(tylko trochę) porządek publiczny(np. budząc ludzi o trzeciej nad ranem śpiewając „Baranka Bożego”).

Podobno gdzieś nawet chodzą zakłady czy policja zabierze mnie na komisariat czy na Kolską. Są też jacyś marzyciele(np. kolega E.), którzy wierzą, że pogłoski o mojej piromanii okażą się być prawdą i że którejś nocy po prostu wsadzę do pustej butelki szmatę, podpalę to wszystko i „pizdnę” przez okno. Przesada.

Akurat jeśli o ten aspekt mojego życia chodzi to jestem ostrożna staram się, żeby nikt(i nic) nie ucierpiał, ale dlatego też twierdzę, że od czasu do czasu mogę sobie pozwolić na takie ekstrawagancje. W końcu młodzież musi się wyszumieć.

Potem jeszcze wspominaliśmy kilka pomniejszych incydentów jak odgrywanie Makbeta po pijaku, inscenizowanie różnych bitew, albo perypetie mojego pseudo-związku z K.

Poprosiłam kolegę C.W. o jakieś dobre mapy, bo chcę sobie jeszcze raz zobaczyć jak, kiedy i gdzie przebiegały jakie granice. Wtedy kolega grający w Hearts Of Iron spojrzał na nas „artystów-malarzy” przez ramię wzrokiem błogim i pełnym jakiejś niespotykanie dzikiej euforii. Powiedział dość dziwnym, pijanym głosem : „Granice już nie mają znaczenia”.

Nie do końca wiedzieliśmy o które granice mu dokładnie chodzi, ale zdaliśmy sobie sprawę, że on jakąś właśnie przekroczył.       

image

Text
Photo
Quote
Link
Chat
Audio
Video