Veni, Vidi, Katovici (część pierwsza)

image

Na OFFie kupiłem w kawiarni literackiej Ha! Artu “Horror Show” Orbitowskiego. W promocji dorzucano jeden z zeszytów wydawnictwa, więc bez namysłu wybrałem ten ze słowem “Radom” na okładce. W ten sposób poznałem Ziemowita Szczerka, który okazał się być bardzo intrygującym literackim odkryciem (“Przyjdzie Mordor i nas zje” !). Cytowanie na głos jego wypowiedzi o Radomiu w “Pijalni Wódki i Piwa” (sic!) na Mariackiej zaowocowało nawiązaniem nowej znajomości i interesującej konwersacji. Pomogło mi to pozbierać pod kopułą wszystkie refleksje z ostatnich wizyt w Katowicach.

Nie planowałem wyjazdu na Taurona, ale bilet spadł mi za darmo z nieba, więc potraktowałem to jako doskonały pretekst do kolejnego spontanicznego wypadu na Górny (!) Śląsk. Jego przebieg stał się zaś manifestacją tego, co rozumiem pod pojęciem “biedy na bogato”. Pojechałem w sobotę wieczorem, bez ogarniętego noclegu, pakując jednak do plecaka wszystkie utensylia, które pozwalają na nieplanowane przedłużenie pobytu. Po festiwalu zabunkrowaliśmy się na afterze w epokowym Hotelu Katowice. Do oporu, czyli do południa. Potem przemieściliśmy się na “mariackie” rejony. Siedzieliśmy tam, wesoło napijając, dopóki nie zaczęliśmy dygotać z zimna i zmęczenia. Co dalej? Do momentów granicznych było jeszcze daleko i mimo że w każdym nas wciąż grało faustowskie - “Chwilo trwaj, jesteś piękna!” - trzeba było podjąć jakąś decyzję. Wpadł mi do głowy pomysł, który wpada tylko po wprowadzeniu do organizmu odpowiedniej ilości elementów baśniowych. “Idziemy do Altusa i wynajmujemy pokój najwyżej jak się da!” Bo nie lubię podróżować na fazie, ani wracać na zwale do pustego mieszkania. Bo mogłem sobie na to pozwolić i nie lubię umartwiać się tym co będzie jutro. Bo miewam szalone pomysły i lubię nagłe zwroty akcji. Bo jako młodzi Polacy chcemy łączyć ułańską fantazję przodków z zachodnią beztroską i luzem. Bo bardzo lubię Katowice i nigdy nie oglądałem ich z lotu ptaka. Bo mamy głupie poczucie humoru i lubimy estetykę kontrastów.

image

Dostajemy apartament na 20 piętrze i pędzimy do Żabki po zapasy alkoholu. Pijemy whisky z colą bez lodu i słuchamy muzyki z laptopa. Siadam na szerokim parapecie i przez ogromne okna obserwuję w nocy Węglokoks, Haperowca, katedrę, rynek i ledwo widocznego Tauzena w oddali. Ze Sky Baru na 27 piętrze widać Spodek i Nowe Muzeum Śląskie. Wracając rozlewam drinka na korytarzu i na tym miękkim dywanie zostaje widoczna plama. Taka mała pamiątka. Zanim następnego dnia się wymeldujemy wysyłam na swój wrocławski adres sygnowaną kopertę z rachunkiem i karteczką w środku: “Bo mnie kurwa stać!”. Może nie ma w tym wszystkim nic szczególnie zabawnego, ale ja się bawiłem wyśmienicie i nikt mi tego nie zabierze.

image

Mam ze sobą w podróży wspomniany zeszyt Ha! Artu. Tematem numeru jest dziennikarskie gonzo. Już wcześniej, zainspirowany, obejrzałem dwa filmy o Hunterze S. Thompsonie. “Las Vegas Parano” widział chyba każdy, ale ja jakoś nie lubię Johnnego Deppa i bardziej podobał mi się “Where Buffalo Roam” ze świetną rolą Billa Murraya. Mam zbyt dużo dystansu do siebie i świata by kopiować czyjeś role i mity, ale być może kierowała wtedy mną jakaś podświadoma projekcja marzeń o dzikim i frywolnym życiu. Kiedyś mówiło się “raz kozie śmierć” dziś wystarczy “YOLO”. Część z tych zachowań to jest świadoma kreacja, ale chyba bardziej dla samego siebie. Zanim wyjedziemy z Katowic opierdalamy kebaba na Stawowej. Dla przekory właśnie. Mogliśmy przecież udać się do oklaskiwanego “Len Arte” czy chociażby “Archibaru”. Ale to może dlatego, że trochę męczy mnie ta nadmierna estetyzacja konsumpcji, te wszystkie szczypiorkowe emulsje, kleksy śmietany, sery Korycińskie i wołowiny z gorgonzolą. W poniedziałkowy poranek nie myślę jeszcze poważnie o jedzeniu, trzeba coś na szybko wrzucić żeby nas nie skręcało w podróży. Sobotnia noc dobiegła końca. Powtórka akcji z “Alkusem” planowana na Mayday.  

Dla tych, którzy nie mają mnie na facebooku, powtórzę, że to w sumie pierwsza próba pożenienia architektonicznych połajanek i pijackich brewerii. A więc gonzo własnej redakcji, wystrzyżone z, mniej lub bardziej zajmujących, kwaśnych szczegółów i pikantnych detali, po to by nie rozsadzić formuły tego bloga. Z tego też powodu wpis rozpadł mi się na dwie części. W tej drugiej będzie już o Katowicach, a nie Kato-WITZ-ach i Kato-VICE-ach. A ja się jeszcze zastanowię, gdzie mógłbym publikować wszystkie inne literackie rykoszety.    

Text
Photo
Quote
Link
Chat
Audio
Video